Cudowna machina wszystko wyleczy, ale czy naciągaczy też?

I właśnie dziś będzie trochę o nieuczciwości wśród naciągaczy firm usługowo – handlowych. Gnębi mnie ten temat już od dawna, więc postanowiłam się podzielić z Wami swoim poirytowaniem w tym temacie.

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pewna kobieta mówiąc, że dzwoni z poznańskiej kliniki (a na wyświetlaczu pisało Zielona Góra) i chciała mnie zaprosić na bezpłatne badanie przepływowe krwi. Zaznaczyła też, że mogę wziąć jeszcze ze sobą co najmniej 3 osoby oczywiście w przedziale wiekowym od 35 do 65 lat. Wyjaśniła też, że za pomocą pulsometru zbadają mi nasycenie tlenem i puls i jeszcze jakieś tam czynniki, które miałyby pokazać jakie jest u mnie krążenie krwi, czy nie mam przypadkiem miażdżycy, jak funkcjonują moje tętnice i takie tam kardiologiczne zmiany. Owa pani grzecznie poinformowała mnie, że badanie trwa bardzo krótko, ale potem będę musiała poczekać półtorej godziny na wynik, który zostanie bardzo dokładnie objaśniony przez ich specjalistów. Całe takie spotkanie miało mieć miejsce w jednym z Krakowskich Sympozjów. Powiem szczerze, że dałam się nabrać i zapisałam się na termin 8 maja (niedziela) 9:00. Oczywiście po rozmowie telefonicznej coś mnie tknęło i postanowiłam sprawdzić to na internecie. Od razu natknęłam się na opinię pewnego lekarza kardiologa, który opisał jak to mniej więcej wyglądało.
Poszedł więc na takie badanie w roli pacjenta.
Na miejscu założono mu na palec taki zwykły pulsometr, który bada nasycenie organizmu tlenem (potocznie zwana saturacją) oraz puls (tętno). Następnie kazano mu poczekać na wynik w jednej z sal, na której pewien pan zrobił wykład na temat dość drogiego urządzenia, które miało niby leczyć wiele poważnych schorzeń. Koszt takiej cud maszyny wychodził coś w granicach 6000 zł. Oczywiście przedstawiciel wyjaśnił, że jeżeli ktoś nie ma teraz gotówki, to może takie urządzenie zakupić na raty. Na tym badaniu było sporo osób starszych, które niestety dały się nabrać na tą całą farsę zorganizowaną przez naciągaczy i oszustów. W sobotę owa pani jeszcze raz zadzwoniła, by potwierdzić moje przybycie na to niby wspaniałe badanie. Podziękowałam i powiedziałam, że jednak nie dam rady być. Moja rozmówczyni powiedziała, żebym się nie obawiała, bo to nie będzie żaden pokaz urządzeń leczniczych, tylko ich terapeuci objaśnią na czym polega  zdrowy tryb życia. To już potwierdziło moje obawy i kategorycznie odmówiłam udziału w tym spotkaniu.

Nie mogę tego zrozumieć jak można tak perfidnie żerować na cudzym nieszczęściu i chorobie. Najwięcej przypadków, które nabierają się na tą całą piękną śpiewkę oszustów są niestety ludzie starsi lub samotni bardzo poważnie schorowani. Pod wpływem impulsu i euforii namówieni na nic niewarte badziewie, które ma niby im pomóc na wszelkie dolegliwości bólowe, czy zwyrodnieniowe podpisują zgodnie papiery ufając naciągaczom i im zapewnieniom o działaniu owego sprzętu. Potem dopiero jest płacz i zgrzytanie zębów, gdy przychodzą tymże osobom odsetki i ponaglenia do spłaty najczęściej podwyższonej o 100% stawki wyjściowej.
Trzeba być pozbawionym wszelkiego sumienia i serca człowiekiem, mam nadzieję, że będzie się taki jeden z drugim smażył za to w piekle.
Niestety coraz częściej słyszy się o tego typu oszustwach i najgorsze jest to, że te pseudo firmy naciągaczy cały czas czują się pewnie i ciągle uchodzi im to bezkarnie.
Moim zdaniem powinno się o tym często mówić, nagłaśniać w mediach, by ludzie stali się bardziej ostrożni i czujni. Ja tak właśnie mam, gdy dostaję jakąś super hiper propozycję handlową bądź usługową, to zaraz zapala mi się czerwona lampka i staram się nie podejmować pochopnie decyzji, tylko dopiero po sprawdzeniu, czy naradzie rodzinnej.

Jest jeszcze druga forma oszustw, o których chciałam wspomnieć. To tzw. obniżenie kosztów dotyczących prądu, gazu, czy telekomunikacji. Chodzą tacy domokrążcy lub dzwonią z infolinii podszywając się za przedstawicieli firmy, w której dana osoba ma zawartą umowę i proponują podpisanie niby aneksu obniżającego koszty utrzymania. Wielu ludzi się na to nabiera. Niestety nic bardziej mylnego, bo okazuje się, że podpisało się zupełnie odrębną umowę w innej firmie i teraz rachunki będą przychodzić podwójnie.
Moja mama kilka lat temu, gdy nie było to jeszcze takie rozpowszechnione dała się nabrać właśnie takiej firmie, która odpowiednio ją zbajerowała i tym samym zachęciła do podpisania dokumentów, które rzekomo miały obniżyć koszty energii elektrycznej.
Bardzo szybko przekonała się, że przedstawiciel, który namówił ją do podpisania, jak się później okazało drugiej umowy, ją oszukał, ponieważ, gdy zadzwoniła do firmy, w której od lat miała zawartą umowę i przedstawiła sytuację konsultant wyjaśnił mamie, że oni o  niczym takim nie słyszeli, i że na pewno wynikło jakieś nieporozumienie. W związku z tym mama zadzwoniła tym razem do tej drugiej firmy, która poinformowała, że jest zawarta u nich niedawno nowa umowa dotycząca dostarczenia energii elektrycznej i nie da się z niej zrezygnować, bo z tego tytułu poniesie się dość wysoką karę.
Przez pewien czas przychodziły dwie zupełnie różne faktury, które musiały być uregulowane. Dość długo mama musiała się z tym borykać żeby to odkręcić, ale na szczęście z pomocą prawnika udało jej się anulować tą druga umowę :) I to przykre doświadczenie nauczyło ją, by nie ufać tym wszystkim pięknie nawijającym makaron na uszy przedstawicielom różnych firm, bo nie wiadomo, czy ich intencje są jak najbardziej uczciwe.

Moi drodzy czytelnicy mam nadzieję, że to co tu opisałam będzie przestrogą dla Was, byście nie podejmowali pochopnie żadnych decyzji. Nie ulegajcie wpływom i namowom różnych odwiedzających Was przedstawicieli, czy to sprzętu medycznego bądź umowy usługowej. Zawsze skonsultujcie to z kimś innym, zadzwońcie do swojej firmy, która Was obsługuje i dowiedzcie się, czy dana promocja lub aneks do umowy jest jak najbardziej prawdziwy. Jak widać licho nie śpi, a po co potem mieć dodatkowe zmartwienia i wydatki?

Ciekawa jestem co Wy na ten temat myślicie, a może ktoś z Was przeszedł właśnie takie perypetie z nieuczciwymi przedstawicielami handlowo – usługowymi?
Śmiało, podzielcie się ze mną swoją historią  :)

Na koniec zapraszam do oglądnięcia o nieuczciwym handlowcu na wesoło :)


Czy siniak zawsze oznacza przemoc?

No właśnie, wiele teraz mówi się o domowej przemocy w rodzinie, z jednej strony bardzo słusznie, bo faktycznie często nie wiemy, czy za drzwiami domów nie dzieje się komuś jakaś krzywda ze strony bliskich lub współmieszkańców.
Do opisania tego tematu zainspirował mnie środowy serial „Na sygnale”, który z resztą bardzo lubię. Zwróciłam szczególnie uwagę na jedną z akcji, ponieważ uświadomiła mi pewną rzecz, mianowicie to, że wystarczy słowo, aby zniszczyć komuś życie.

Pogotowie tym razem zostało wezwane na basen. Okazało się, że jedno z dzieci zaczęło się topić. Po przybyciu na miejsce, pani, która pilnowała dzieciaki zaprowadziła Ratowników do szatni, ponieważ tam siedział ów poszkodowany chłopiec, w raz ze swoją małą i wystraszoną siostrą. Podczas badania okazało się, że chłopiec ma przebite płuco, najprawdopodobniej przyczyną było złamane żebro, dodatkowo wyszło też, że rodzeństwo ma całe ciało w siniakach. Pani doktor stwierdziła, że dzieci są maltretowane przez rodziców i bez namysłu powiadomiła policję o przestępstwie. Stan chłopca nagle zaczął się pogarszać, w związku z tym pogotowie szybko zabrało go do szpitala. Byli tam już rodzice, którzy bardzo się denerwowali i przejmowali losem syna, jednak gdy usłyszeli od przybyłej policji, że są podejrzani o znęcanie się nad swoimi dziećmi, mocno się oburzyli krzycząc: Nie jesteśmy potworami, bardzo kochamy nasze dzieci i nigdy byśmy  ich nie skrzywdzili.
Dziewczynka siedząc na korytarzu z mamą zagadnęła przechodzącą obok lekarkę pogotowia, która podczas rozmowy przyglądając się małej, nagle zauważyła, że ma ona  niebieskie oczy, tak jak jej brat. Coś zaczęło jej świtać w głowie i natychmiast pobiegła do lekarza dyżurującego, by dokładniej przeglądnąć zdjęcie rtg kości chłopca. Po głębszej analizie i konsultacji, okazało się, że dzieciaki chorują na Wrodzoną Łamliwość Kości  Rodzice byli zrozpaczeni, dość poważną chorobą swoich dzieci, a do tego całe to nieporozumienie z maltretowaniem, dodatkowo ich upokorzyło. Jednak odetchnęli z ulgą, gdy wszystko zostało wyjaśnione. Pani doktor oczywiście przeprosiła rodziców za swoją pomyłkę, ale to co oni przeszli podczas przesłuchania, gdy ich synek walczył o życie, nie da się opisać.  Przypuszczam, że dla lekarki Pogotowia była to lekcja życia, o której już  będzie zawsze pamiętała i zanim zbyt pochopnie kogoś oskarży, sprawdzi, czy nie jest to przypadkiem jakaś choroba. 

Zobaczcie, na tym krótkim przykładzie można wywnioskować, jak bardzo można się pomylić w swoich osądach. Ja wiem, że tego typu sytuacje rzadko się zdarzają, ale się zdarzają, więc zanim komuś przyczepimy etykietkę psychola znęcającego się nad swoją rodziną i to gdzieś zgłosimy, upewnijmy się, że się nie mylimy, a jeśli nie jesteśmy do końca pewni swoich obaw, to raczej nie róbmy z tego afery, lecz poprośmy kogoś, by sprawdził nasze, nie do końca pewne podejrzenia.
Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby pani doktor nie była zbyt dociekliwa i nie wykryła choroby u wyżej opisanego rodzeństwa. Zapewne rodzice poszli by do więzienia, a dzieci do rodzin zastępczych. I tak kochająca się rodzina przestałaby istnieć. Kto wie co mogłoby się stać, może nawet w wyniku buntu, rozpaczy doszłoby do jakiejś tragedii.

Kiedyś nikt nie interesował się i nie przejmował posiniaczonymi, czy pokaleczonymi dziećmi. Teraz nasz Kraj wpadł z jednej skrajności w drugą. Tylko ktoś, kto nie ma dzieci i zielonego pojęcia o ich wychowaniu może widzieć wszystkie poobijane dzieciaki jako ofiary przemocy w rodzinie. Nasz syn, gdy był mały miał różne kontuzje, z którymi byliśmy zmuszeni udać się na pogotowie. A to złamana ręka na rowerze, złamany palec u nogi podczas biegania na boso po domu. Pamiętam też, jak nasz synek, gdy miał może około 3 lat, biegając po pokoju wpadł z pewną siłą na szybę od drzwi balkonowych, która pod wpływem uderzenia rozbiła się, gdy zobaczyłam zakrwawioną twarz synka, myślałam, że zemdleję, spanikowałam przez chwilę, po czym zawołałam męża i szybko pojechaliśmy na pogotowie. Na szczęście po obmyciu twarzy i zbadaniu skończyło się na kilku szwach na czole, po których z resztą syn ma do dziś pamiątkę. Miałam okropne wyrzuty sumienia, że nie zareagowałam na czas, byłam tam przy tym jak to się stało, ale to były ułamki sekundy, nic nie mogłam tak na prawdę zrobić.
Teraz sobie myślę, że jakby to wydarzyło się w dzisiejszych czasach, najprawdopodobniej oboje z mężem poszlibyśmy do więzienia za znęcanie i nieodpowiednią opiekę nad synem.
Nie myślcie sobie czasem, że jestem przeciwna pomocy ofiarom przemocy rodzinnej, nic z tych rzeczy. Uważam, że jak najbardziej  należy pomagać, tylko trzeba to czynić z głową i rozsądkiem, by niechcący oskarżając, nie zniszczyć komuś życia. Tak jak mogłoby to się stać, w opisanym przeze mnie powyżej przykładzie.
No cóż wszystko się niby zmienia, ale pytanie, czy na pewno na lepsze?

Na koniec chciałam przedstawić Wam pewien przekaz, który daje do myślenia, nie sądzicie, że pewne zachowania wynosi się z domu, w tym znęcanie fizyczne na bliskich również?


Quad, a może komputer? Jak tu dogodzić Pierwszokomuniście …

Maj, miesiąc Maryjny, piękny rozbudzający przyrodę do życia, kwitną bzy, konwalie. Uwielbiam te kwiaty, a jeszcze bardziej ich zapach :)
Zapewne niektórym, ten okres kojarzy się z Komuniami i słusznie, bo ja właśnie o tym dziś będę pisać.

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Byłam na początku drugiej klasy (obecnie są to trzecie klasy), gdy mama zaczęła się rozglądać za sukienką dla mnie. Wtedy jeszcze nie było tuniczek, a szkoda, bo rewia mody brała górę nad rozsądkiem i skromnością.
Zgadała się wówczas z ciocią (swoją siostrą), że została jej sukienka po mojej kuzynce i jak mi się spodoba, to jest moja  :)  Jasne, że mi się podobała. Ucieszyłam się i nie mogłam się doczekać dnia, w którym ją założę :) Wiadomo, trzeba było dokonać drobnych poprawek, bo kuzynka była wyższa ode mnie. Krawcową trochę poniosło i za bardzo mi ją skróciła, ale przynajmniej było mi widać, moje piękne, białe lakierki ;)  Wianuszek, buty i bieliznę mama mi kupiła, a pelerynkę zrobiła mi moja babcia, była piękna, bielutka z moheru, wtedy takie były modne :) Czułam się jak księżniczka.
Nadszedł dzień pierwszej spowiedzi. Bardzo się denerwowałam i przeżywałam, aż bolał mnie brzuch, grzechy miałam spisane na kartce, a i tak pod wpływem emocji zapomniałam ją wyciągnąć z torebki i mówiłam z pamięci.  Przygotowania w domu szły pełną parą. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie placków. Dokładnie tak było, nie w lokalach jak jest dzisiaj, dawniej samemu wszystko się przygotowywało. Położyłam się wcześniej spać, bo rano musiałam wstać, gdyż Komunię miałam o 8:00. Z wrażenia nie mogłam zasnąć, bardzo to wszystko przeżywałam. Nadszedł ten długo przeze mnie oczekiwany dzień mojej Pierwszej Komunii. Dom był pełen ludzi i wszyscy pomagali mi się ubierać, czułam się w tym dniu bardzo wyjątkowo. Założyłam swój biały strój i pojechałam do kościoła.
Po przybyciu na miejsce siostry zakonne zaczęły ustawiać nas w kościele. Z racji tego, że byliśmy liczną grupą dzieciaków zrobiło się ciasno, więc musieliśmy wszyscy stać przez całą mszę, która trwała prawie dwie godziny. Chłopcy, jak to chłopcy mieli garnitury, czarne, białe, granatowe, a dziewczynki dość skromne sukienki, poza jedną. Powiem Wam, że się bardzo wyróżniała, wszystkie dziewczynki włącznie ze mną, patrzyłyśmy na nią, czując wewnętrzny żal i zazdrość. Pamiętam tą suknię i tą dziewczynkę do dziś. Wyglądała jak taka miniaturka panny młodej. Falbany i tiule były wszędzie, na całej jej sukience, nawet wianek nie był zwyczajny, tylko taki wymyślny, przyozdobiony kamyczkami, kwiatami i perełkami.

Zobaczcie jakie to musiało zrobić na mnie wrażenie, byłam wtedy małą dziewczynką, a ten obraz pozostał w mojej pamięci aż do dziś. Potem liczył się już tylko fakt, że Pan Jezus zagościł w moim sercu po raz pierwszy. Na moim przyjęciu było sporo kuzynostwa, więc ten dzień minął mi bardzo fajnie, na zabawie i wspólnych wygłupach :)
Z prezentów w zasadzie pamiętam tylko taki komplet: kalkulatorek, długopis i zegarek, a wszystko w kolorze błękitnym. Podobało mi się to na maksa, były jeszcze pieniądze, za które kupiłam sobie taki cieniutki, złoty łańcuszek z wisiorkiem :)

Tak się prezentowałam w tym moim uroczystym dniu :)
DSC03929Wiem, że zdjęcie nie jest dobrej jakości, ale nie ma się co dziwić, bo było zrobione wiele lat temu. Ważne jest dla mnie, że mam w ogóle jakąś pamiątkę :)

Tak to wyglądało kiedyś, dawno temu, teraz jest zupełnie inaczej. Przyjęcia są huczne, organizowane w lokalach, lista prezentów jest długa i dość konkretna co jest bardzo kłopotliwe dla gości, zwłaszcza chrzestnych, których najzwyczajniej w świecie nie stać, by sprostać oczekiwania swoich chrześników. Dzieci myślą o tym swoim uroczystym dniu, jak o urodzinach lub Mikołaju, co też fajnego dostaną i ile kasy zbiorą. To się teraz niestety liczy najbardziej. Super rower, Quad, laptop, komputer, wypasione  telefony komórkowe itp. No, po prostu  w głowie się nie mieści. Słyszałam, że niekiedy Pierwsza Komunia wiąże się z pobraniem kredytu, czy to na samo jej urządzenie, czy też na prezenty. Przypomina mi to pewne porzekadło „zastaw się, a postaw się”.
Takie czasem ludzie mają podejście, bo jak będzie skromnie, to co inni powiedzą.
Ja wiem, że nie  wszyscy mają taką możliwość, chociażby rodziny mieszkające w blokach, w których dość często nie ma zbyt dużo miejsca na co dzień, a co dopiero żeby zrobić przyjęcie Komunijne. Niektórzy decydują się na lokal, żeby się nie narobić i nie mieć bałaganu w domu. Ot czysta wygoda i skoro mają na to fundusze, więc nie ma żadnego problemu.
Komunia mojego syna odbyła się w domu. Z racji tego, że było w nim sporo pomieszczeń jak i  dużo miejsca na polu, wszyscy czuli się swobodnie i mieli gdzie rozprostować kości :)  Do pomocy miałam zamówiona panią, która okazała się bardzo przydatna, dzięki temu mogłam spokojnie zająć się gośćmi i w pełni uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu mojego syna.

I jeszcze jedną ważną sprawą na jaką zwróciłam uwagę są stroje Pierwszokomunijne. Tam gdzie są tuniki dla chłopców i dziewczynek jest dobrze, wszyscy wyglądają w miarę jednakowo, a zarazem pięknie i wyjątkowo. Jednak z opowiadań słyszałam, że nie jest tak wszędzie do końca sielankowo. Nieraz, którąś z matek ponosi próżność i chęć wyróżnienia swojego dziecka z tłumu, ubierając córcię całkiem inaczej, niż to było ustalone. Mam oczywiście na myśli wykwintne i bogato przystrojone suknie.  Przypuszczam, że pozostałe dziewczynki, tak jak my kiedyś, zazdrościły swej koleżance jej pięknej sukni, jaką miała na sobie w dniu Komunii. Pytanie, czy owa wyróżniająca się dziewczynka czuła się z tym dobrze? A może było jej przykro, że wygląda całkiem inaczej niż jej rówieśniczki, które bynajmniej nie były, przez tą całą sytuację, przyjaźnie do niej nastawione.

Bardzo jestem ciekawa, co o tym wszystkim sądzicie.
I jakie macie doświadczenia związane z tematem Pierwszej Komunii Św.

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Śmiercionośna maszyna …

Dziś będzie bardzo smutno, prawdziwie i drastycznie ……

Pewnie zastanawiacie się jakież to ustrojstwo mam na myśli? A niektórzy może już coś podejrzewają? No to, żeby zaspokoić Waszą ciekawość napisze krótko, MOTOR.
Jako, że wiosna zawitała i cieplej się zrobiło, wyruszyły ze swych garaży żwawo na ulice miast i nie tylko, na co psioczą niektórzy kierowcy samochodów. Bardzo nie lubię tego, jak stojąc w korku, nagle wyłania się obok mnie, nie wiadomo skąd, taka maszyna i pcha się między autami. Nieraz, aż ciarki mnie przechodzą, jak widzę, gdy motocyklista idzie na żywioł wyprzedzając inny pojazd, a z przeciwka coś nadjeżdża, lub wymuszając pierwszeństwo, myślę sobie wtedy, zdąży, czy nie zdąży. Wystarczy mały kamyczek, ba, nawet żwirek, czy nagła utrata równowagi i nieszczęście gotowe. Słyszałam, że kierowcy motorów często, mają zamontowaną taką żyłkę przy kasku, która podczas uderzenia podcina gardło, by kierowca od razu stracił życie bez cierpienia. Niektórzy mają też w kasku zamontowane kamerki i nagrywają swoje przejażdżki, niekiedy niestety nagrywając własną śmierć.

Tak było w tym przypadku, zobaczcie ……   :(



Uważam, że sposób jazdy zależy dużo od wieku.
Znajomy męża, zapalony motocyklista, właściciel pięknego ścigacza, powiedział kiedyś, że, gdy był młody i głupi, to tak właśnie sobie szarżował i kusił los. Na szczęście, jednak nic mu się nie stało, i nie chcę nawet myśleć, ileż to osób nie miało tyle szczęścia. Szpan, wyluzowanie, a do tego brak wyobraźni i odpowiedzialności bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i ogładą.
Dziś ów kolega jest dużo starszy, można powiedzieć o 20 lat i mówi, że dopiero teraz, tak na prawdę, dojrzał do jazdy na motorze. Już tak nie szaleje, nie kusi losu, lecz bardziej rozsądnie i rozważnie z dużą uwagą podchodzi do swoich przejażdżek. Można by rzec, że bardziej mu zależy na życiu, niż wtedy, gdy był dużo młodszy.

Zapewne słyszeliście, że mamy wiele rodzai tych dwukołowych potworów, począwszy od skuterów, ścigaczy, poprzez choppery (czopery), a skończywszy na Motocrossach. Jest, to głównie zabawka, którą najczęściej posiadają mężczyźni, chociaż coraz częściej słyszy się, że i kobiety lubią tego typu środek transportu :)

Powiem Wam, że jak byłam jeszcze taką smarkulą, a potem podlotkiem, to lubiłam przejażdżki na motorze. Nie byłam wtedy jeszcze tak świadoma, czym może taka przyjemność grozić. Woził mnie wujek, woziło kuzynostwo, ale wszystko odbywało się całkiem bezpiecznie.
Natomiast, gdy dużo później, parę razy przewiózł mnie chłopak mojej psiapsióły, to już nie było tak całkiem  spokojnie. W jazdę wkradała się brawura i zbyt duża prędkość. Wtedy mi się to podobało, ale patrząc z perspektywy czasu, nie wiem, czy teraz bym się odważyła na taką przejażdżkę.
Człowiek z biegiem lat nabiera pewnego dystansu do życia, staje się bardziej zrównoważony, rozsądny i odpowiedzialny. Doświadczenie, które nabywa wraz z wiekiem, uświadamia co może się wydarzyć, gdy zbyt nieumiejętnie i nierozważnie podchodzi się do pewnych spraw.

Mi podobają się ścigacze, mężowi Choppery, ale na szczęście nie mamy funduszy na takie zabawki, więc możemy spać spokojnie ;)
Syn, natomiast był posiadaczem dwóch skuterów. Miał nawet dwa, na szczęście nie groźne wypadki, nie ze swojej winy.
Pierwszy, gdy syn ustawiając się do skrętu w prawo, miał zielona strzałkę, nagle w obok stojącym samochodzie otworzyły się drzwi uderzając w nadjeżdżającego syna, który wywrócił się wraz ze skuterem. Skończyło się na siniakach i otarciach.

Drugi zaś wyglądał poważniej, mianowicie, syn jechał prosto główną drogą i na skrzyżowaniu, nagle z bocznej drogi, z jego lewej strony wyjechała kobieta samochodem, uderzając w skuter syna, który wywrócił się. Dobrze, że podczas jazdy młody miał zawsze na głowie kask. To jest ważne, nawet, gdy jedzie się gdzieś bardzo blisko.
Kobieta twierdziła, że nie zauważyła nadjeżdżającego skutera. Jednak zachowała się bardzo w porządku, zatrzymała się, udzieliła chłopakowi pomocy i zadzwoniła po policje i karetkę. Po telefonie od ratowników medycznych nogi się pode mną ugięły. Jednak po szybkim przybyciu na miejsce (wypadek stał się niedaleko od domu) okazało się, że nic groźnego się nie stało. Pogotowie zabrało jednak syna do szpitala, gdzie po badaniach potwierdzono, że nic poważnego oprócz siniaków i otarć nie wykryto.
Od tego czasu minęło kilka lat. Syn w międzyczasie zrobił prawo jazdy i teraz jeździ bezpieczniejszym pojazdem. Natomiast ma zapowiedziane, że motor może sobie kupić po moim trupie :)

Na drogach ginie bardzo dużo motocyklistów. Podczas jakiegokolwiek wypadku kierowca motoru uderza bezpośrednio swoim ciałem. W samochodzie jest inaczej, osłania nas mimo wszystko karoseria pojazdu, więc często jest szansa na wyjście z wypadku bez większych obrażeń, co po motocyklowej kolizji jest rzeczą niemożliwą. Najczęściej kończy się to śmiercią, bądź trwałym i całkowitym kalectwem.

Na koniec, mocno wsłuchajcie się w słowa pewnej smutnej i prawdziwej piosenki ….


Chciałam życzyć wszystkim przede wszystkim rozważnego i bezpiecznego wypoczywania oraz udanego i miłego weekendu majowego :)