A cóż Ty masz na sobie, czyli brak lustra w domu …

Myślałam, że każdy, albo przynajmniej większość ma taką wrodzoną intuicję, jak się ubrać w określone miejsca i na określoną okazję. Jednak nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak się myliłam. Najczęściej spotykam się z brakiem wyobraźni, właśnie u kobiet, bo facet, jak to facet, spodnie, koszula i gotowe, ponoć, to właśnie płeć piękna najwięcej czasu spędza w łazience i przed lustrem :) Powiem Wam szczerze, że czasem widząc efekty poważnie się zastanawiam, czy jest to aby prawda, bo z moich obserwacji wynika, że niektórzy pozbyli się wszelkich luster ze swego domu.

Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, idziemy do:
- kościoła – wiadomo, elegancko, schludnie, nie wyzywająco (tyczy się to oczywiście  głównie kobiet). Ostatnio zauważyłam, że na drzwiach wejściowych pojawiły się nawet
takie krótkie informacje, objaśniające jaki styl ubioru jest odpowiedni. Niestety nie wszyscy potrafią się do tego dostosować. U panów, latem preferowane są długie spodnie, natomiast panie często przychodzą na mszę św. roznegliżowane. Duże dekolty po sam pępek, krótkie spódniczki ledwo zakrywające pośladki i przezroczyste sukienki pozostawiające wiele do życzenia lub raczej do zobaczenia :)
Pamiętam jak w lutym, czy może w marcu (w każdym bądź razie było zimno) siedząc na ławce grzecznie oczekiwaliśmy na rozpoczęcie mszy. W pewnym momencie do kościoła weszła para z dzieckiem w wózku i stanęli tuż przed nami. Spojrzałam i zdurniałam, bo kobieta miała na sobie dość kusą kurteczkę i skąpą obcisłą mini, która opinała jej pośladki, tak, że przy każdym jej ruchu widać było pracę każdego mięśnia z osobna.
Owa kobieta przeginała się i wyginała we wszystkie strony. Mój wzrok był skupiony na jej mięśniach pośladkowych tak, że mógłby w tym miejscu na spódniczce wypalić jej wielką  dziurę :)  Skoro ja nie mogłam skupić się na mszy, to nie chcę nawet myśleć, jakie grzeszne myśli chodziły w tym momencie panom po głowie ;)
Przez chwilę już nawet się zastanawiałam, czy ta pani przypadkiem nie wyprała swoich rzeczy w zbyt wysokiej temperaturze. Takich podobnych przykładów mogłabym przytoczyć dużo, myślę, że o dużo za dużo.

- na grilla lub ognisko – wygodnie, luźno, na sportowo, raczej unikając zbyt jasnych ciuchów, no chyba, że jest to jakaś wyjątkowa okazja, wtedy wiadomo, że można bardziej elegancko. Oczywiście wszyscy to wiedzą, ale znajdzie się czasem taka kobietka, która ubierze białą  króciutką sukieneczkę, a do tego piękne szpileczki i siedzi potem sztywno naciągając tą swoją kieckę, by inni nie przypalili swoich piekących się smakołyków patrząc na jej stringi :)

- na studniówkę – kiedyś prym wiodły długie skromne, a zarazem eleganckie i gustowne suknie, teraz po oglądnięciu płytki ze studniówki syna jestem mocno zszokowana, bo o ile chłopaki pięknie wystrojeni w garnitury i muchy, tak dziewczyny ubrane w jakieś kolorowe obcisłe miniówki, wyglądały jakby pomyliły imprezy i były na zwykłej dyskotece.

- na zakończenie roku szkolnego, maturę, egzamin – w garniturze i raczej eleganckich butach, a nie w adidasach jak to teraz moda wprowadziła. Syn mówił mi, że jeden chłopak przyszedł na maturę w jasnych dżinsach. Dobrze, że K. wie kiedy trzeba założyć garnitur i elegancko wyglądać :) W szkole został nawet kilka razy za to pochwalony, gdy elegancko się prezentował na uroczystościach szkolnych np. na opłatku.

- do teatru, opery, czy filharmonii – kiedyś obowiązywał strój wieczorowy, elegancki, teraz coraz częściej spotykam się z luźnym i sportowym stylem ubrania.

Spotkałam się też z typem kobiet, które za wszelką cenę chcą być ubrane koniecznie w to co najmodniejsze i najlepiej by było dziełem sławnych projektantów, śledzą zaciekle wszystkie trendy modowe. Niestety często się zdarza, że owe kobiety wyglądają w tych bestsellerach ciuchowych po prostu żałośnie. No, ale cóż nie liczy się dla nich by dobrze wyglądać, tylko by mieć najlepszy markowy ciuch na sobie.  Ciekawe co by jedna z druga zrobiły, gdyby miały taką figurę jak ja. Ciężko jest mi cokolwiek kupić na siebie. Dużo rzeczy muszę szyć, więc nie przywiązuję dużej wagi do tego co mi się podoba, tylko by na mnie pasowało.

Jest już lato, pojawiły się upalne dni, więc wiele pań zaczęła się dość skąpo ubierać, panowie obserwując, ten jakże błogi dla nich widok coraz częściej dostają ślinotoku, mniej więcej podobnego do tego, który ma nasza sunia, patrząc na kiełbasę :)
Drogie panie wygląda na to, że jesteście smacznym kąskiem dla płci przeciwnej ;)
No cóż, przyznam się Wam szczerze, że mi ten widok najzwyczajniej w świecie gra na nerwach, a dlaczego? Też chciałabym się fajnie i seksownie ubrać, by czasem atrakcyjniej wyglądać, by ludziska gapiący się na mnie nie myśleli wyłącznie, a cóż to jest za zjawisko nadprzyrodzone, ufo, czy „cuś”,
Ci, którzy zdążyli mnie poznać i widzieli moje zdjęcia, na pewno wiedzą o czym piszę, myślę, że kobiety zrozumieją to bardziej.
Przypuszczam, że miło jest żyć ze świadomością iż jest się postrzeganym jako atrakcyjną, mającą to coś osobę. Ja niestety nie miałam i nie będę mieć okazji doświadczyć tego uczucia. Staram się jednak bardzo tym nie załamywać, że jestem taka jaka jestem, bo wiem, że jest wiele osób, które są w dużo gorszej sytuacji niż ja i muszą jakoś z tym żyć.

Ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie w kwestii mody i stylów ubierania się, a może też zaobserwowaliście jakieś nieprawidłowości w ubiorze co do określonej okazji?
Czekam na Wasze komentarze i chęć podjęcia dyskusji w tym temacie :)

A tak na koniec dla poprawienia humoru, koniecznie oglądnijcie Mariolkę w SPA, bo warto, ja się popłakałam ze śmiechu :)


Z weselnych opowieści, czyli mam chusteczkę haftowaną …

W ostatnią sobotę mieliśmy okazję bawić się na weselu u kuzynki męża. Było na prawdę sympatycznie i miło. Jedzonko pyszne, lokal na wysokim poziomie (znajdował się całkiem blisko naszego domu :) ), orkiestra skutecznie kusiła do tańca, tak że nawet moje słabe nogi nie mogły się oprzeć i ruszyły w tanecznym pląsie, a towarzystwo też dopisało.
Jednak w moim dzisiejszym poście chciałam się skupić właśnie na zabawianiu gości.
Tym razem wodzirejem był pan z orkiestry, który świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Przedstawił taką jedną zabawę, z którą w zasadzie spotkałam się po raz pierwszy. Mianowicie, wyciągnął z torby wielką, kolorową płachtę, a goście weselni złapali za uchwyty na końcach, których było całkiem sporo. Po rozłożeniu okazało się, że jest to mata w kształcie koła z takim otworkiem na środku.
I zaczęło się: taniec w kółeczku, manewrowanie płachtą tak, by piłeczka wpadła do otworu, wachlowanie (wszystkie kiecki i bluzki w górę :) ) huśtanie dziecka, podrzucanie cukierków i zamiana miejscami, czyli wodzirej mówił jakiś kolor np. czerwony, a osoby trzymające za uchwyt znajdujący się na pasku w tym kolorze, puszczały matę i przebiegając pod płachtą zamieniały się miejscami z pozostałymi posiadaczami tegoż konkretnego koloru. Mam nadzieję, że opisałam to w miarę obrazowo  ;)

Spodobał mi się też pomysł ze śpiewem, bo bardzo to lubię. Już objaśniam.
Otóż na salę, tuż po posiłku, przyszli muzykanci z orkiestry i rozdali słowa przyśpiewek ludowych, między innymi „Miała baba koguta”, „Gdy strumyk płynie z wolna”, a następnie jeden z nich zaczął grać na akordeonie. Wodzirej natomiast w tym czasie zachęcił wszystkich do śpiewania.
Przy jednej z piosenek mieliśmy ubaw po pachy, była to „Szła dzieweczka do laseczka”.
Nie wiem, czy kojarzycie refren, więc dla przypomnienia leci to tak:
Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom
Gdzie jest ta dziewczyna
Co kocham ją.
Znalazłem ulicę, znalazłem dom
Znalazłem dziewczynę
Co kocham ją. Lala, la, la, la, la, la
Mianowicie po tym refrenie za każdym razem śpiewaliśmy jeszcze drugi:
Na prawo, na lewo,
W górę i w dół.
Do przodu, do tyłu,
W górę i w dół. (2x)
Jak nie trudno się domyśleć mieliśmy za zadanie wykonać te konkretne czynności, o których była mowa w refrenie. Bawiliśmy się przy tym świetnie, czasem udawało się wszystko w miarę równo, a czasem było mnóstwo pomyłek i w tym było najwięcej śmiechu i zabawy :D

Wielokrotnie bywaliśmy na różnych weselach, na których spotykaliśmy się z większością zabaw. Przypuszczam, że i Wy, też na pewno o nich słyszeliście, a może nawet braliście udział? ;)
1. Nie siądziesz, odpadasz z gry – czyli mamy przykładowo 6 ochotników i 5 krzeseł. Muzyczka sobie gra, a ochotnicy chodzą wokół krzeseł. Nagle orkiestra przestaje grać i ten kto nie zdąży usiąść odpada z gry. Zawsze musi być o jedno krzesło mniej niż ludków :)  Wygrywa ta osoba, która wytrwa do końca. Tej zabawy akurat nie było.
2. Złapiesz to się ochajtasz – Pani Młoda ma zasłonięte oczy i rzuca bukietem bądź najczęściej welonem w otaczający ją wianuszek niezamężnych panienek, a Pan Młody też z zakrytymi oczyma rzuca, ale krawat lub muszkę w grupkę kawalerów.
Nowa Młoda para ma najczęściej zatańczyć wspólny taniec :)
3. Mam chusteczkę haftowaną –  na pewno wszyscy znają tą zabawę z okresu dzieciństwa, ale jak zdążyłam zauważyć, większość wesel w zasadzie nie może się bez niej obejść.
Zabawa bardzo fajna i czasem nawet śmieszna, ale do pewnego momentu.
Otóż wyobraźcie sobie moje drogie panie, jak Wasza druga połowa pląsając w środku koła, nagle nieśmiale  przyklęka z ową chustą, nie przy kuzynce, ciotce, młodej pani, tylko przy jakiejś seksi niuni, która przykuwa wzrok wszystkich panów, i ochoczo całując ją to w jeden, to drugi policzek, przekazuje chusteczkę cały rozpromieniony :D  Nie wiem jak Wam, ale mi na samą myśl pojawiają się kurwiki w oczach ;/
Wyjątkowo na tym weselu tej zabawy nie było, nad czym wcale nie ubolewam :)
4. Słynne Kaczuchy – myślę, że to też większość już zna, dziobki, skrzydełka i kuferek. Na tym weselu, na którym ostatnio byliśmy, dodatkowo podczas poruszania się w kółku wymyślono, że trzeba było trzymać sąsiada, za ucho, kolano, łokieć i kostkę, a z tym ostatnim już było dużo trudniej :)

Do takich standardowych pozycji na przyjęciu weselnym, które już nie zaliczają się do grupy zabaw, mogę zaliczyć w zasadzie cztery:
1. Wspólny toast, gdzie Młodzi rzucają opróżnione już kieliszki za siebie, by rozbiły się na szczęście, następnie dostają łopatkę i miotłę w celu ustaleniu podziału obowiązków w przyszłości. Zauważyłam, że najczęściej Pani Młoda bierze łopatkę, a Pan Młody zamiata :)
2. Pierwszy taniec – teraz ponoć przyszli małżonkowie uczą się go przy instruktorze, jednak często trema i emocje przegrywają z wrodzonym talentem ;)
3. Podziękowanie rodzicom – moim zdaniem piękna i wzruszająca tradycja, różnie obchodzona, w zależności od inwencji twórczej Pary Młodej :) Osobiście spotkałam się z piosenką, kwiatami, drobnymi upominkami, koszami słodkości.
4. Tort – o ustalonej godzinie wjeżdża taki kilkupiętrowy ozdobiony racą ze sztucznych ogni. Młodzi kroją sobie po kawałku i karmią się na wzajem.

Są to jedne ze starszych tradycji, bo wszystkie cztery miałam 20 lat temu na swoim ślubie, no może z wyjątkiem tego tortu, który był dużo mniejszy i bez tych płonących rac, ale był równie piękny i smaczny ;)

Bardzo jestem ciekawa jakie macie wspomnienia dotyczące Waszego wesela lub tych, na których byliście jako goście. Może coś Wam się nie spodobało, lub Was zauroczyło, a może wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż ja tu opisuję?
Będzie mi bardzo miło, gdy podzielicie się ze mną swoimi doświadczeniami w tym temacie :)

Dla wytrwałych, którzy dotarli do końca wpisu mam piękną piosenkę …
„Podziękowanie dla rodziców” Cliver


Gabunia76, skąd Ty się wzięłaś? i CB-rackie wspomnienia …

Nie obawiajcie się, ten post nie będzie o pszczółkach i kwiatkach, bo przypuszczam, że  większość z Was te opowiastki na pewno zna ;)
No właśnie, więc skąd się tak dokładnie wzięła Gabunia76? Na pewno nie od imienia Gabrysia, jak niektórzy sądzą.
Do tego, że ten wpis powstał, między innymi zmotywowało mnie kilku moich czytelników, ale po kolei :)

Dawno, dawno temu, gdy moja siostra była mała, zaczęto emitować w telewizji bajkę pt. „Gumisie”, być może pamiętacie takie małe misiaki, które często wspomagały się sokiem z gumijagód. I właśnie z tego tytułu, że jedną z postaci tej bajki była pewna Bunia, która jako damska przewodniczka grupy odgrywała rolę takiej mamy, gospodyni, w sumie nie wiadomo czemu, to właśnie ta ksywka została przypisana mojej młodszej siostrze :) I w zasadzie mogłoby to być na tyle, ale po jakimś czasie wszedł w modę pewien specyficzny środek komunikacji, mianowicie CB Radio. Zapewne niektórzy słyszeli o tym wynalazku. Teraz przeważnie używają tego kierowcy na trasach oraz taksówkarze.
Za pomocą dużej anteny na dachu, odpowiedniego radia i pomyślnych fal zwanych też propagacją można było porozmawiać z wieloma osobami z różnych miejsc, najczęściej położonych niezbyt daleko od docelowego miejsca zamieszkania jednego z rozmówców.

I tak zaistniałam w eterze :) W związku z tym, że chciałam mieć swój NICK, by dzięki temu być rozpoznawalną, pożyczyłam ksywkę mojej siostry, której i tak już nie używała, bo po prostu z niej wyrosła. Zaczęłam więc swoje radiowo – eterowe podboje :) Poznałam mnóstwo fajnych osób, byłam nawet na jednym takim małopolskim zlocie CB-raków, hen wysoko na górskiej polanie, by zasięg był lepszy ;) Organizowane były również ogniska lokalne już w takim węższym gronie, ale też było wesoło i fajnie. Najważniejsze jednak było dla mnie to, że większość osób mnie akceptowała i traktowała normalnie, nie czułam się przy nich inna, odrzucona. Szczerze powiedziawszy taka forma poznawania ludzi była dość ciekawa, zwłaszcza w znalezieniu drugiej połówki. Pytacie mnie dlaczego?
Otóż, po pierwsze: tak jak wspominałam wcześniej, zasięg rozmów był dość ograniczony, w związku z tym nie trzeba było się martwić, że nasz partner/ka będą z drugiego końca Polski.
Natomiast po drugie: z reguły na początku było dużo rozmów zanim doszło do spotkania, więc oczywiście poznawało się najpierw swoje charaktery i zainteresowania, co często kończyło się owocnym związkiem.

Dokładnie tak poznałam mojego obecnego męża :) Dużo rozmawialiśmy na CB radiu, zwłaszcza wieczorami, gdy mieliśmy więcej czasu. Świetnie się dogadywaliśmy i mieliśmy bardzo podobny tok myślenia. Nie wspomniałam mu oczywiście, że choruję od dziecka, bo obawiałam się jego reakcji. Po dłuższym czasie ON chciał się spotkać, pamiętam jak bardzo się denerwowałam, co to będzie jak mnie zobaczy i dowie się, że mam problemy ze zdrowiem. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się martwiłam, bo ON zaakceptował mnie całą, ze wszystkimi moimi defektami. Po półtorej roku znajomości wzięliśmy ślub :)

A co z tą Gabunią? Po jakimś czasie pojawiły się komputery i internet.
CB radiowe pogaduchy wyparły komunikatory: Gadu- Gadu i Skype oraz portale społecznościowe: Nasza Klasa. Trzeba było unowocześnić swój NICK, by jakoś tak fajniej brzmiał. Myślałam i myślałam, jak tą Bunię unowocześnić, kombinowałam z różnymi przedrostkami, aż wyszła mi z tego Gabunia, a że ten NICK był już często zajęty, więc dodałam sobie dwie ostatnie cyfry roku urodzenia i tak powstała moi drodzy GABUNIA76  :) Więc teraz już wiecie, że mój NICK nie ma nic wspólnego z Gabi i imieniem Gabrysia, bo tak jak pisała JOTKA  w swoim pięknym wierszu o mnie, mam na imię Agnieszka.
Jeśli ktoś ma ochotę sobie przeczytać, to siedząc przed monitorem po swojej prawej stronie, na tym beżowym pasku, od samej góry, pozwoliłam sobie umieścić ten poetycki poemat Jotki  :)  Kilka słów o sobie piszę też tutaj KLIK
Zapraszam też Wszystkich do lektury „Wprowadzenie w mój świat”. Znajdziecie tam moje opowiadania dotyczące ważnych dla mnie przeżyć z dzieciństwa.

A może podzielicie się ze mną, jaka jest historia Waszego NICKA, albo ktoś z Was może też używał, bądź używa Radio CB? Czekam na Wasze komentarze :)

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 4

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …
Odcinek 3 …

 

Jestem, przetrwałam, drugi zabieg bardzo mnie osłabił, przetoczono mi dwie jednostki krwi (dwa woreczki). W sumie po otwarciu brzucha, nadal nie było wiadomo skąd się wzięło, to moje nagłe pogorszenie. Po pierwszym zabiegu dostałam bardzo silne antybiotyki dożylnie, żeby wykluczyć jakąś infekcję wirusową, która mogłaby być niebezpieczna dla mnie po przebytej operacji. Okazało się, że w jelitach są dwa ropnie, więc założono mi 4 dreny zakończone buteleczkami, które się cały czas pałętały wokół mnie. Pobrana treść ropna do badania wykazała jakiegoś paciorkowca i grzyba, dlatego antybiotyki utrzymano. Moje dreny to były takie rureczki wsunięte przez specjalnie nacięte 4 otwory do środka brzucha, by to co złe mogło wypływać do zewnątrz. Pierwszych kilka dni po zabiegu nic w zasadzie nie pamiętam. Mąż mi mówił, że cały czas prawie spałam, bo dostawałam morfinę z powodu silnych bóli pooperacyjnych. Byłam też podłączona do takiej dożylnej pompy insulinowej. Wykłócałam się oczywiście z lekarzami, bo moja cukrzyca jest bardzo szalona i potrzebuję niewyobrażalnie dużo jednostek insuliny, a oni cały czas mi jej udzielali, przez co miałam bardzo wysokie cukry, a co za tym idzie wszystko nie goiło się tak jak trzeba. No cóż, znów lekarz chciał być mądrzejszy ode mnie. Z cukrzycą żyję już 18 lat i przeżyłam przeróżne eksperymenty, które miały za zadanie ją ujarzmić, niestety bez większego powodzenia. Dlatego przypuszczam, że wiem za pewne o wiele więcej, niż jakiś tam zwykły doktor i w dodatku chirurg.

No więc, ropa sobie ściekała do buteleczek, a brzuch był cały czas rozdęty i co najgorsze, jelita nie chciały podjąć pracy. Po kilku dniach dostałam papkę do jedzenia i zaczęłam wstawać z łóżka. Bardzo ciężko mi to szło, nie mogłam ustać na nogach. To okropne uczucie, gdy człowiek uczy się chodzić na nowo. Mój organizm był mocno wycieńczony, w związku z tym lekarze zlecili wykonanie mi wkłucia centralnego, bo chcieli podłączyć żywienie pozajelitowe żeby mnie wzmocnić. Dla większości z Was są to pewnie obce określenia, więc tak krótko wyjaśnię o co chodzi.
Wkłucie centralne polega na głębokim wkłuciu w tętnicę główną prowadzącą do serca, najczęściej w żyłę podobojczykową, specjalnego cewnika, zabieg ten wykonują anestezjolodzy. Stosuje się to, by odciążyć słabe i pękające żyły, jest to dobre  rozwiązanie na podawanie leków lub płynów przez dłuższy okres czasu, nawet do kilku miesięcy.
Pielęgniarki zawiozły mnie na blok. Byłam lekko wystraszona, bo nigdy wcześniej nie miałam tego typu wkłucia. Na miejscu okazało się, że ten zabieg będą mi wykonywać bardzo młodziutkie anestezjolożki, które oczywiście bardziej skupione były na swoich opowieściach o facetach, niż na mnie. Haha i hihi, a mnie wcale wesoło nie było. Po jakimś czasie wreszcie postanowiły się mną zająć. Oczywiście bez wcześniejszego wytłumaczenia co się może wydarzyć i jak to będzie wyglądać, zabrały się do wkłuwania mi cewnika akurat po prawej stronie. W pewnym momencie poczułam przeraźliwy ból od czubka głowy, aż po same palce u nóg. Do tego przestałam słyszeć na prawe ucho i zdrętwiała mi ręka. Wpadłam w panikę, zaczęłam krzyczeć i płakać, że coś mi uszkodziły, że przez nie, nie słyszę na ucho. Młode lekarki były tym zaskoczone, zaczęły coś tam mówić do siebie o jakiejś pacjentce, której też się to ponoć przytrafiło i gdy zaczęły się zabierać do kolejnej próby, kategorycznie odmówiłam. Byłam w szoku, lekarki krzyczały na mnie żebym przestała histeryzować, że to nic takiego. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że zamiast się hihrać powinny wytłumaczyć mi co się może wydarzyć i jak ma to wyglądać. Były strasznie opryskliwe i odpowiedziały, że nie będę ich pouczać co mają robić. Zadzwoniły po pielęgniarki żeby mnie zabrały na oddział. Wyjeżdżając stamtąd dolegliwości nadal nie ustępowały, wystraszona i zdenerwowana zobaczyłam na korytarzu męża, który czekał na mnie. Płacząc wykrzyczałam, że nie wiem co się stało, ale lekarki mi coś uszkodziły i nie zgodziłam się na ponowną próbę wkłucia. Mąż się zdenerwował i poszedł na blok by się dowiedzieć co się stało, gdy lekarki go zobaczyły podobno się zmieszały, a gdy P. powiedział, by podały mu swoje nazwiska to się wystraszyły. Jedna z nich wytłumaczyła mu, że podobno natrafiły na nerw i przez to wystąpiły te moje dolegliwości, które tak w zasadzie nie wiadomo było, czy ustąpią. Byłam zrozpaczona i pomyślałam sobie, że jakby tego było mało, to jeszcze do tego nie będę słyszeć na prawe ucho i ta ręka sparaliżowana. No cóż, wróciłam na oddział i powiedziałam zdziwionemu chirurgowi, co się stało. Póki co ten temat odpuścili.

W między czasie przyjechali nad morze, na weekend moi rodzice, bo bardzo się denerwowali całą tą sytuacją i chcieli mnie zobaczyć. Niestety nie mogli zostać na dłużej, ponieważ mieli swoją pracę, mój dom i mojego syna na głowie. Mama wspominała mi, że gdy w rozmowie z lekarzem padło zdanie na temat błędu lekarskiego, to on im tylko powiedział, że na cmentarzu leży najwięcej takich błędów. Nie wiem, jak może tak mówić człowiek rzekomo ratujący życie, ordynator oddziału. Ktoś kto tak myśli na pewno nie jest godny zaufania.
Rodzice pojechali do domu, a ja po niedługim czasie znów dostałam silnych bóli brzucha, zwijałam się i krzyczałam w niebo głosy. Doktor szybko wziął mnie na Kolonoskopię (badanie jelita grubego) żeby sprawdzić, czy nie doszło do perforacji (przedziurawienia) jelita. To badanie wykonuje się najczęściej pod narkozą, a ja miałam wykonane na żywca bez żadnego znieczulenia. Badanie polega na wsunięciu przez odbyt takiej grubszej rurki z kamerką na końcu oraz pompowaniem jelit, by sprawdzić ich szczelność, i czy prawidłowo  funkcjonują. Wyobraźcie to sobie, do tego wszystkiego jeszcze rozrywający ból brzucha. Mąż mi opowiadał, że wrzeszczałam tak strasznie, że nie był w stanie tego słuchać, jakby mnie ze skóry obdzierali. Dramat, powiem Wam, że nie przypuszczałam, iż jestem w stanie znieść aż tyle. Badanie niby nic złego nie wykazało, ale nadal nie wiadomo było, jaka jest przyczyna takich silnych boleści u mnie. Dość szybko okazało się, że Anioł Stróż nade mną czuwa, bo doktor zauważył w jednym z drenów kał. Bez zastanowienia, szybko w środku nocy zabrali mnie na blok, tam miał się odbyć mój trzeci zabieg. Było to 6 sierpnia zeszłego roku. Odległości miedzy operacjami wynosiły tak gdzieś 7 dni. Ledwo zaczęłam wracać do świata żywych, a już mi się pogarszało. Mój lekarz prowadzący miał mnie operować. Przed zabiegiem powiedział do męża, że jestem skrajnie wyczerpana i w dodatku doszło u mnie do kałowego zapalenia otrzewnej, które w zasadzie oznacza zakażenie całego organizmu, a w wyniku tego sepsę i śmierć. Na koniec dodał jeszcze, że teraz liczy się każda minuta i to będzie cud jak przeżyję. Sprawa była bardzo poważna, bo to już nie było szukanie przyczyny, tylko operacja ratująca życie, czyli moje być, albo nie być ……

Cudowna machina wszystko wyleczy, ale czy naciągaczy też?

I właśnie dziś będzie trochę o nieuczciwości wśród naciągaczy firm usługowo – handlowych. Gnębi mnie ten temat już od dawna, więc postanowiłam się podzielić z Wami swoim poirytowaniem w tym temacie.

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pewna kobieta mówiąc, że dzwoni z poznańskiej kliniki (a na wyświetlaczu pisało Zielona Góra) i chciała mnie zaprosić na bezpłatne badanie przepływowe krwi. Zaznaczyła też, że mogę wziąć jeszcze ze sobą co najmniej 3 osoby oczywiście w przedziale wiekowym od 35 do 65 lat. Wyjaśniła też, że za pomocą pulsometru zbadają mi nasycenie tlenem i puls i jeszcze jakieś tam czynniki, które miałyby pokazać jakie jest u mnie krążenie krwi, czy nie mam przypadkiem miażdżycy, jak funkcjonują moje tętnice i takie tam kardiologiczne zmiany. Owa pani grzecznie poinformowała mnie, że badanie trwa bardzo krótko, ale potem będę musiała poczekać półtorej godziny na wynik, który zostanie bardzo dokładnie objaśniony przez ich specjalistów. Całe takie spotkanie miało mieć miejsce w jednym z Krakowskich Sympozjów. Powiem szczerze, że dałam się nabrać i zapisałam się na termin 8 maja (niedziela) 9:00. Oczywiście po rozmowie telefonicznej coś mnie tknęło i postanowiłam sprawdzić to na internecie. Od razu natknęłam się na opinię pewnego lekarza kardiologa, który opisał jak to mniej więcej wyglądało.
Poszedł więc na takie badanie w roli pacjenta.
Na miejscu założono mu na palec taki zwykły pulsometr, który bada nasycenie organizmu tlenem (potocznie zwana saturacją) oraz puls (tętno). Następnie kazano mu poczekać na wynik w jednej z sal, na której pewien pan zrobił wykład na temat dość drogiego urządzenia, które miało niby leczyć wiele poważnych schorzeń. Koszt takiej cud maszyny wychodził coś w granicach 6000 zł. Oczywiście przedstawiciel wyjaśnił, że jeżeli ktoś nie ma teraz gotówki, to może takie urządzenie zakupić na raty. Na tym badaniu było sporo osób starszych, które niestety dały się nabrać na tą całą farsę zorganizowaną przez naciągaczy i oszustów. W sobotę owa pani jeszcze raz zadzwoniła, by potwierdzić moje przybycie na to niby wspaniałe badanie. Podziękowałam i powiedziałam, że jednak nie dam rady być. Moja rozmówczyni powiedziała, żebym się nie obawiała, bo to nie będzie żaden pokaz urządzeń leczniczych, tylko ich terapeuci objaśnią na czym polega  zdrowy tryb życia. To już potwierdziło moje obawy i kategorycznie odmówiłam udziału w tym spotkaniu.

Nie mogę tego zrozumieć jak można tak perfidnie żerować na cudzym nieszczęściu i chorobie. Najwięcej przypadków, które nabierają się na tą całą piękną śpiewkę oszustów są niestety ludzie starsi lub samotni bardzo poważnie schorowani. Pod wpływem impulsu i euforii namówieni na nic niewarte badziewie, które ma niby im pomóc na wszelkie dolegliwości bólowe, czy zwyrodnieniowe podpisują zgodnie papiery ufając naciągaczom i im zapewnieniom o działaniu owego sprzętu. Potem dopiero jest płacz i zgrzytanie zębów, gdy przychodzą tymże osobom odsetki i ponaglenia do spłaty najczęściej podwyższonej o 100% stawki wyjściowej.
Trzeba być pozbawionym wszelkiego sumienia i serca człowiekiem, mam nadzieję, że będzie się taki jeden z drugim smażył za to w piekle.
Niestety coraz częściej słyszy się o tego typu oszustwach i najgorsze jest to, że te pseudo firmy naciągaczy cały czas czują się pewnie i ciągle uchodzi im to bezkarnie.
Moim zdaniem powinno się o tym często mówić, nagłaśniać w mediach, by ludzie stali się bardziej ostrożni i czujni. Ja tak właśnie mam, gdy dostaję jakąś super hiper propozycję handlową bądź usługową, to zaraz zapala mi się czerwona lampka i staram się nie podejmować pochopnie decyzji, tylko dopiero po sprawdzeniu, czy naradzie rodzinnej.

Jest jeszcze druga forma oszustw, o których chciałam wspomnieć. To tzw. obniżenie kosztów dotyczących prądu, gazu, czy telekomunikacji. Chodzą tacy domokrążcy lub dzwonią z infolinii podszywając się za przedstawicieli firmy, w której dana osoba ma zawartą umowę i proponują podpisanie niby aneksu obniżającego koszty utrzymania. Wielu ludzi się na to nabiera. Niestety nic bardziej mylnego, bo okazuje się, że podpisało się zupełnie odrębną umowę w innej firmie i teraz rachunki będą przychodzić podwójnie.
Moja mama kilka lat temu, gdy nie było to jeszcze takie rozpowszechnione dała się nabrać właśnie takiej firmie, która odpowiednio ją zbajerowała i tym samym zachęciła do podpisania dokumentów, które rzekomo miały obniżyć koszty energii elektrycznej.
Bardzo szybko przekonała się, że przedstawiciel, który namówił ją do podpisania, jak się później okazało drugiej umowy, ją oszukał, ponieważ, gdy zadzwoniła do firmy, w której od lat miała zawartą umowę i przedstawiła sytuację konsultant wyjaśnił mamie, że oni o  niczym takim nie słyszeli, i że na pewno wynikło jakieś nieporozumienie. W związku z tym mama zadzwoniła tym razem do tej drugiej firmy, która poinformowała, że jest zawarta u nich niedawno nowa umowa dotycząca dostarczenia energii elektrycznej i nie da się z niej zrezygnować, bo z tego tytułu poniesie się dość wysoką karę.
Przez pewien czas przychodziły dwie zupełnie różne faktury, które musiały być uregulowane. Dość długo mama musiała się z tym borykać żeby to odkręcić, ale na szczęście z pomocą prawnika udało jej się anulować tą druga umowę :) I to przykre doświadczenie nauczyło ją, by nie ufać tym wszystkim pięknie nawijającym makaron na uszy przedstawicielom różnych firm, bo nie wiadomo, czy ich intencje są jak najbardziej uczciwe.

Moi drodzy czytelnicy mam nadzieję, że to co tu opisałam będzie przestrogą dla Was, byście nie podejmowali pochopnie żadnych decyzji. Nie ulegajcie wpływom i namowom różnych odwiedzających Was przedstawicieli, czy to sprzętu medycznego bądź umowy usługowej. Zawsze skonsultujcie to z kimś innym, zadzwońcie do swojej firmy, która Was obsługuje i dowiedzcie się, czy dana promocja lub aneks do umowy jest jak najbardziej prawdziwy. Jak widać licho nie śpi, a po co potem mieć dodatkowe zmartwienia i wydatki?

Ciekawa jestem co Wy na ten temat myślicie, a może ktoś z Was przeszedł właśnie takie perypetie z nieuczciwymi przedstawicielami handlowo – usługowymi?
Śmiało, podzielcie się ze mną swoją historią  :)

Na koniec zapraszam do oglądnięcia o nieuczciwym handlowcu na wesoło :)