Szpital, wady wzroku i zabieg na zaćmę.

Zdążyłam zaobserwować, że wielu ludzi ma problem ze wzrokiem z wielu powodów: mogą to być powikłania związane z innymi chorobami, działanie uboczne po lekach, wada genetyczna czy też zmiany związane z wiekiem. Więc sami widzicie, że tych czynników jest na prawdę sporo. Ja mam takie dwa główne problemy z oczami otóż pierwszy to zaćma, a drugi to retinopatia cukrzycowa czyli zmiany w dnie oka, a konkretniej w naczyniach, które unerwiają oko.
Może zacznę od tej drugiej wady. Retinopatia cukrzycowa to poważna choroba oczu prowadząca do trwałego i nieodwracalnego oślepnięcia. Często przeprowadza się zabiegi laserowe w celu podreperowania tych uszkodzonych naczyń i spowolnienia procesu wyniszczania. Te moje wszystkie schorzenia wynikają głównie z wieloletniego leczenia sterydami czyli obecnie 30 lat. Jednym z nich jest cukrzyca i to dość upierdliwa, a ja zawsze mówię do wszystkich , że u mnie te choroby stoją na głowie i są na bakier ze wszystkim :) Otrzymałam ją w spadku po długoletnim leczeniu sterydami. Więcej opiszę w osobnym poście bo to też ciekawa i dłuższa historia. A więc ta właśnie cukrzyca zniszczyła moje oczy, w których pojawiły się liczne zmiany w siatkówce. Będą one postępować i myślę, że laser nie wskóra tu dużo. To smutne ale może się zdarzyć, że stracę wzrok i wtedy pozostanie mi życie w ciemności. Jednak jestem niepoprawną optymistką co jest dużym wsparciem w tych moich perypetiach zdrowotnych i myślę sobie wtedy, że „nie ma takiej opcji i musi być dobrze, bo wiem, że na górze jest ktoś kto mnie zawsze strzeże od złego”.

Zaczęłam od drugiego problemu, a teraz czas na pierwszy.
Zaćma zwana też inaczej Katarakta
(zapożyczone z Wikipedii http:// http://pl.wikipedia.org/wiki/Za%C4%87ma )
Polega na powstawaniu plamek lub zmętniałych obszarów na zwykle przezroczystej soczewce oka, co utrudnia promieniom świetlnym przedostanie się do siatkówki, a w konsekwencji prowadzi do upośledzenia ostrości wzroku. Im większe zmętnienia na soczewce oka, tym większe pogorszenie ostrości wzroku następuje u chorego.
Z tą wadą jest o tyle dobrze, że przeprowadza się wtedy zabieg zwany Fakoemulsyfikacja, który polega na rozdrobnieniu soczewki pod wpływem wibracji ultradźwiękowej, usunięciu jej i w to miejsce wstawieniu sztucznej. Pani doktor przed zabiegiem wyjaśniła mi jak to wszystko będzie przebiegać i przedstawiła mi możliwość wyboru związanego z ostrością soczewki. Chodzi o to, że mogłam sobie wybrać czy chcę mieć wadę na zero i okulary do czytania czy wadę na co dzień i zero do czytania. Wybrałam tą drugą opcję bo w okularach mi do twarzy :), ale i tak w praktyce teraz wygląda to tak, że muszę nosić okulary do dali i do czytania.  Wiadomo, że zabieg to jednak ingerencja w naszym ciele więc tak do końca nie można przewidzieć jak to wszystko się potoczy. Bywa też tak, że czasem ktoś widzi gorzej po zabiegu niż widział wcześniej i trzeba zabieg powtórzyć. Nie martwcie się jednak bo skoro mi się udało, a wierzcie mi Anestezjolog jak zobaczył moją listę leków i obciążenia chorobami to się mocno zdziwił i miał sporego pietra :) to znaczy, że „nie taki diabeł straszny jak go malują”.

Jestem po pierwszym zabiegu na lewe oko, który miał miejsce w Krakowskiej Klinice Okulistycznej na Wzgórzach Krzesławickich w październiku 2014r, Szpital jest bardzo przyjemny tak jak z amerykańskich filmów. Zarówno warunki jak i personel po prostu super :) rzadko można spotkać coś takiego u nas w Polsce zwłaszcza refundowane z NFZ. Stawiłam się dzień wcześniej do przyjęcia i już w rejestracji pani widząc moje piękne pomarańczowe „tytanowe” (panie będą wiedzieć o co chodzi :) ) paznokcie poinformowała mnie, że muszę je zmyć bo inaczej zabieg nie będzie mógł się odbyć. Zaczęłam tłumaczyć, że nie jest to takie proste, i nikt mnie wcześniej nie poinformował, że nie można mieć ozdób na paznokciach. Szkoda mi było je niszczyć bo były niedawno zrobione. Recepcjonistka oczywiście grzecznie powiedziała mi żebym spytała na oddziale. Przeszłam więc cała procedurę przyjęcia i zapytałam pielęgniarki co zrobić z owym paznokciowym problemem. Odpowiedziały mi, że spytają anestezjologów, następnie po niedługim czasie dostałam informację, że nie powinno być z tym problemu. Na drugi dzień przygotowania do zabiegu zaczęły się już od godziny 5:30 i na blok poszłam jako trzecia około 9:00. Tam podawano mi jeszcze leki przeciwbólowe i krople znieczulające do oka. Nie byłam usypiana tylko miałam podanego tzw. głupiego jaśka :) i to było dobre rozwiązanie bo nie ukrywam, że jednak bardzo się bałam i denerwowałam, a to pozwoliło mi się wyluzować.
Jakby tego było mało, wyobraźcie sobie, że pacjentki takie starsze babcie też zwróciły uwagę na moje paznokcie, że są takie wesołe i ładne ale muszę je niestety sobie zmyć :) No powiem Wam, że moje „tytany” to był hit dnia :) W sumie Anestezjolog powiedziała, że chodzi tylko o jeden palec żeby założyć pulsator od saturacji, a jak by nie działało to założą na palec od nogi. Nie było to jednak potrzebne bo pulsator zadziałał prawidłowo.  Z zabiegu  pamiętam niewiele  bo sobie przysypiałam, tylko tyle, że widziałam mnóstwo kolorów i miałam cały czas oko polewane wodą, a jak mnie coś zaczynało boleć to mówiłam i coś tam dostałam i przestawało. Nie wiem dokładnie ile trwał zabieg ale myślę, że gdzieś tak około 40 minut. Oczko miałam oczywiście zaklejone. Wieczorem gdy zdjęto mi opatrunek to się wystraszyłam bo widziałam wszystko jakbym miała  założoną jakąś pleksę. Ulgę poczułam rano po przebudzeniu gdy okazało się, że pleksa znikła, a ja widzę w miarę dobrze.

Rano miałam badany wzrok i okazało się, że już wzrok mi się poprawił z -7 do -3 bardzo się ucieszyłam bo wydawało mi się, że ktoś umył świat. Pani doktor poinformowała mnie, iż do 3 miesięcy muszę się oszczędzać, żadnych ciężkich prac, schylania itp. i ostrość w soczewce może się jeszcze ustawiać. Na prawdę nie można sobie tych zaleceń lekceważyć bo gdy się schylimy lub coś ciężkiego podniesiemy to pod wpływem podwyższenia ciśnienia w gałce ocznej soczewka może się przesunąć lub zostać wypchana do zewnątrz. Trzeba tez uważać, żeby nic nie wpadło do oka. Zdradzę wam taki sposób z myciem głowy ;),  zasłaniałam sobie twarz ręcznikiem i przechylałam głowę do tyłu, a mąż mi ją mył. Obecnie dziś upływa 3 miesiące od operacji i oko super widzi wadę mam -2,5 i do czytania chyba +1,5. Po kilku kontrolach i mojej prośbie zabieg na drugie oko został przyspieszony i już 4 lutego czyli za tydzień mam się stawić w szpitalu tym razem zadbam o to by moje „tytany” zostały usunięte :)

W związku z tym, że są bardzo długie terminy na zabieg zaćmy chciałam wszystkim doradzić, że trzeba co jakiś czas prosić o szybszy termin tłumacząc to pogorszeniem wzroku. Lekarze przebadają wtedy kilka razy oczy i zdecydują czy można przyspieszyć zabieg czy jeszcze trzeba przyjść na wizytę.

Ja na swoją cukrzycę i powikłania z nią związane nie mam wpływu ale chciałam przestrzec wszystkich, którzy dużo jeszcze mogą zrobić ze sobą: „Kochani dbajcie o siebie i stosujcie się do zaleceń lekarzy bo wystarczy tak nie wiele, a czasem nawet ułamki sekund żeby zrobić sobie krzywdę nieodwracalną w skutkach”.

Moi drodzy blogowicze jak wspominałam wyżej, za tydzień idę na zabieg więc proszę Was o mocne kciukasy i wybaczcie mi dłuższą przerwę w pisaniu, a ja obiecuję Wam, że jak tylko wszystko będzie dobrze, a na pewno będzie to odezwę się do Was w następny weekend i napiszę jak było. Pozdrawiam …..

 

 

Niespełniona i pokonana …

Jak wcześniej wspominałam moje choroby uniemożliwiły mi realizowanie i spełnienie swoich marzeń i planów. To smutne, bo często bywa tak, że człowiek nie może robić to co chce czy lubi. Wiem jednak, że życie pisze różne scenariusze i nie tylko choroba uniemożliwia nam rozwijanie swoich pasji i planów ale także brak funduszy, talentu, wykształcenia czy tzw. „pleców”. Sukces czy powodzenie w dużym stopniu zależy też od tego jacy jesteśmy czy ambitni, cierpliwi i uparci czy niezdecydowani i leniwi. Uważam, że jak się mocno czegoś chce i uparcie dąży do celu to można wiele osiągnąć, a potem czujemy dużą satysfakcję gdy coś nam się powiedzie. Ja tak właśnie mam bo osiągnęłam w życiu bardzo wiele to fakt ale pomimo wszystko czuję tą nutkę niespełnienia, że może gdybym się bardziej przyłożyła i jeszcze więcej postarała mogłabym zrobić dużo, dużo więcej. Niestety często bywa tak, że im bardziej się staramy tym gorzej nam coś wychodzi lub ciągłe niepowodzenia i porażki zniechęcają nas do dalszego działania i podejmowania wyzwań. Ze mną też tak było.

Pamiętam to jak dziś. Jakieś 10 lat temu zajmowałam się ubezpieczeniami majątkowymi i wynajmowałam taki mały lokalik, a że w pobliżu znajdowała się speluna to nieraz odwiedzali mnie miejscowi menele w celu wyżebrania drobniaków na piwo ;) Pewnego dnia pojawił się potencjalny klient, który poprosił o policzenie drobnego ubezpieczenia. Po wyliczeniu składki facet zdecydował się na opłacenie i gdy wyciągał pieniądze z portfela wysypały mu się monety i wpadły pod biurko. Oczywiście odruchowo schyliłam się i zaczęłam zbierać, nie domyślając się, że zrobił to celowo. I tak to potencjalny klient okazał się potencjalnym złodziejem, który skorzystał z okazji. ukradł mi leżącą na biurku komórkę i uciekł.  Moje ograniczenia ruchowe nie pozwoliły mi na pościg więc zamknęłam biuro i pojechałam na policję. Złożyłam zeznania i przedstawiłam portret pamięciowy ale niestety „gnoja” nie znaleziono. Byłam zła bo nie dość, że ubezpieczenia się nie sprzedawały to jeszcze ukradziono mi telefon, którym cieszyłam się zaledwie 1 dzień. Po tym incydencie postanowiłam się stamtąd wynieść. Po niedługim czasie całkiem zrezygnowałam z tego zajęcia bo nie potrafię wciskać ludziom kitu i nawijać makaronu na uszy.

Niektóre wydarzenia z naszej codzienności potrafią człowieka zwalić z nóg. Powiem Wam szczerze, że mam momenty zwątpienia i czuję, jak brakuje mi sił do walki z życiem, które rzuca mi ciągle kłody pod nogi. Wydaje mi się wtedy, że biorę udział w wojnie, w której mój „wróg” jest tak liczny i silny, że w końcu  przestaję sobie z nim radzić i czuję, że zaraz zostanę pokonana. Jednak po chwili takiego załamania wzrasta we mnie nowa siła i chęć walki i idę dalej po nowe zwycięstwo. Straciłam już rachubę licząc lata trwania tej bitwy ale wiem jedno, że mimo wszystko w pewnym sensie ciągle ją wygrywam skoro jestem i żyję mogąc z każdym dniem nabywać nowe doświadczenia przeżywając kolejne wzloty i upadki. Słyszałam nawet kiedyś takie mądre porzekadło, że „człowiek całe życie się uczy, a i tak głupi umiera”.