Nasz nowy członek rodziny.

Mąż z synem bardzo chcieli psa. Namawiali mnie przez dłuższy czas, a ja wciąż w myślach słyszałam swoich rodziców mówiących do mnie gdy byłam małą dziewczynką, że pies to obowiązek, odpowiedzialność i dużo wydatków. Jednak wyszła ze mnie ta mała dziewczynka, która też chciała kiedyś pieska. W tajemnicy zaczęłam czytać na temat ras jakie są i jakie posiadają charaktery. Tak sobie wertując te psie strony natknęłam się przypadkiem na rasę Golden RetrieverDuże psy o wielkich serduchach, które kochają wszystkich. Pomyślałam sobie: „takiego psa chcę mieć, nie musi pilnować, bronić i być groźny ale tak po prostu żeby był naszym towarzyszem na co dzień, łagodnym, wesołym i rodzinnym”. Pamiętam jak byłam dzieckiem i mieliśmy psy głównie owczarki niemieckie ale w tamtych czasach trzymało się je raczej na polu i na łańcuchu albo w kojcu, żadnych czułości. Pies miał pilnować domu i być groźny dla wszystkich. Taki miałam wpojony wizerunek pseudo towarzysza do zabaw. Porozmawiałam na temat mojego wyboru rasy z mężem i synem i przeanalizowaliśmy wszystkie „za” i „przeciw”. Jednogłośnie uradziliśmy, że kupujemy Goldena :)

Nastał dzień moich imienin. Od rana krzątałam się po kuchni żeby przygotować coś dobrego do jedzonka dla gości. Mąż z synem pojechali na zawody karate bo syn wraz ze swoją drużyną brał w nich udział. Było to oczywiście dość dawno aż 7 lat temu. Syn interesował się walką Karate dość krótko. Pomimo, że zdobył kilka medali to jednak zrezygnował twierdząc, że nie jest to jego pasja.
 W drodze powrotnej wdepnęli do pewnej hodowli i zadzwonili do mnie z pytaniem czy może być biały (czyli umaszczenie kremowe). Nie do końca wiedziałam co kombinują ale domyśliłam się, że chodzi o psa. I tak moi mężczyźni wybrali nowego przyjaciela, a w zasadzie przyjaciółkę naszego rodzinnego Teamu. Mała dała im się we znaki podczas podróży i kilka razy zwróciła całą zawartość swojego żołądeczka.

Nie mogłam się skupić na niczym i cały czas rozmyślałam jak to będzie gdy zamieszka u nas szczeniaczek i jak my mu damy na imię.
Tymczasem wszyscy goście już dotarli i zrobił się dość duży ruch. Nagle do domu wpadła taka mała biała puchata kulka. Byłam mocno zdezorientowana i nie mogłam za nią nadążyć. Najpierw wybiegła na górę i się zsiusiała w kilku miejscach, a potem zbiegła na dół i na dywaniku w salonie zrobiła ogromną i cuchnącą kupeczkę :) Byłam trochę zła na męża, że wybrał sobie akurat dzień, w którym miałam imieninową imprezkę. Ciężko już potem było się skoncentrować na gościach gdy po domu biegała taka malutka kuleczka.

Na imię daliśmy jej Szila jakoś tak wpadło mi to imię w ucho gdy moja mama oglądała „modę na sukces”. No dobra ja też oglądnęłam parę odcinków :) był to przecież wielki  hicior wszystkich seriali przez wiele dobrych lat.
W końcu gdy udało nam się ogarnąć bałagan po imprezie naszykowaliśmy kocyk dla małej, wodę i gryzaczki i poszliśmy spać. Po chwili usłyszeliśmy jak nasza niunia bardzo skomli. Mąż zszedł do niej na dół żeby sprawdzić co się stało. Okazało się, że Szilka boi się spać sama na nowym miejscu. Mąż z nią został na dole. Rano gdy zeszłam moim oczom ukazał się słodki widok. Mąż spał na sofie ze spuszczoną w dół ręką, a nasza niuńka obok niego na swoim kocyku lizała go po tejże właśnie ręce :) tak to mała spryciara zdobyła serce pana domu.

Dostaliśmy kompletnego świra na jej punkcie. Znajomi i rodzina patrzyli na nas jak na dziwaków co też my za cudactwa wyprawiamy z tym naszym psem. Pokochaliśmy ją jak naszą córcię i pomimo, że dużo czytałam na temat wychowania szczeniaka i jego pielęgnacji to i tak nie mogliśmy się powstrzymać od rozpieszczania jej. Chodziliśmy z nią na szkolenie do pani treserki i ćwiczyłam z nią też w domu bo w związku z tym ,że nie pracowałam to miałam sporo wolnego czasu. Zarejestrowałam się też na forum Goldeniarskimktóre wkręciło mnie dość mocno w „psi świat”. Poznałam tam sporo ludzi, którzy tak jak my ześwirowali na punkcie swoich psów. Było całkiem fajnie bo mogliśmy się dzielić naszymi doświadczeniami wychowawczymi, pielęgnacyjnymi, żywieniowymi itp. 

Z reguły jestem osobą zdyscyplinowaną i jak coś trzeba zrobić tak czy tak to nie ma dla mnie problemu i nie podlega dyskusji. Z moim mężem i pozostałą częścią rodziny i reszty towarzystwa jest już różnie. Tak na prawdę żeby nauczyć naszą damę dobrych manier :) i zapewnić jej życie w zdrowiu i dobrej kondycji musiałabym ze wszystkimi się wykłócać, a jest to ciężka „walka z wiatrakami”. Jakiś czas się starałam ale widząc, że nie odnosi to żadnego skutku to w końcu nie wytrzymałam presji i poddałam się. Jak się widzi psa, który umie się zachować w danej sytuacji lub zna jakieś sztuczki to wtedy jest wielkie „wow” i mówi się: „ojej ale ten pies jest mądry, a jaki ułożony no po prostu nie do uwierzenia”. No tak ale trzeba to wziąć pod uwagę, że pies od razu się nie rodzi z tymi wszystkimi umiejętnościami tylko potrzebna jest mozolna i ciężka praca aby go tego nauczyć nie tylko jednej osoby ale to się odnosi do wszystkich domowników. To jest mniej więcej tak jak z wychowaniem dziecka. My rodzice mamy wielki orzech do zgryzienia jak działać i przed czym chronić żeby nasz dzieciak wyrósł na wartościowego człowieka. I żeby ktoś powiedział: „wow ale on jest mądry, a jaki ułożony”.  No i co tu dużo mówić. Dla mnie sprawa jest oczywista. Czy to pies czy człowiek żeby wychować i żeby nauczyć trzeba się nieźle „nagimnastykować”.

Dzięki naszej suni dużo przeżyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się w naszym życiu. Na pewno opowiem o tym w kolejnych postach bo jest o czym :) Ktoś powie, przecież to tylko pies. Otóż nie moi drodzy to jest nasza przyjaciółka i  towarzyszka rodziny mało tego to nasz „Członek Rodziny”, którego kochamy i traktujemy z należytym szacunkiem. Z tym zakręceniem i rozpieszczaniem oczywiście z czasem zeszliśmy na ziemię bo jak to się mówi: „co za dużo to nie zdrowo”. Wszystko trzeba dozować z umiarem i wyczuciem. Nie ukrywam, że nam się panna rozpuściła troszeczkę ale mimo wszystko cały czas ją mocno kochamy i przymykamy oko na jej harce i swawole :)

SZILA zamieszkała z nami jak miała 3 miesiące.

DSC08596

Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.

CZĘŚĆ III ….

Była 23:30 jak znalazłam się w szpitalu. Nie pamiętam zbyt wiele bo byłam tak obolała i zmęczona, że chwilami traciłam kontakt ze światem. Słyszałam głosy lekarzy i pielęgniarek jakby gdzieś z oddali krzyczeli do siebie. Podłączali mi kroplówki i pobierali krew, a ja nic nie czułam i nie byłam świadoma co się ze mną dzieje. Niestety nie jestem w stanie opisać wszystkiego ze szczegółami przynajmniej z kilku pierwszych dni. Wiem, że miałam mdłości, których przyczyną był mocny ból, wysoka gorączka i dodatkowo 3 silne antybiotyki, które mi podawano dożylnie. Długo się nie mogłam ocknąć z letargu w jakim się znajdowałam. Od lekarzy dowiedziałam się, że moje bardzo złe wyniki badań świadczyły o zagrożeniu życia ponieważ otarłam się o SEPSĘ, na której temat możecie przeczytać ciekawy artykuł i komentarze TUTAJ. Nie mogłam uwierzyć, że mój stan był aż tak bardzo poważny. Zaczęto leczyć mnie na rzekome  zapalenie pęcherza. Jakoś nie byłam przekonana co do diagnozy tym bardziej, iż wyniki z moczu i posiewów bakteriologicznych nic nie wykazały, a ja nie odczuwałam żadnego dyskomfortu przy oddawaniu moczu. Gdzieś tak po tygodniu gdy leczenie nie przynosiło prawie żadnych efektów bo gorączka i bóle brzucha się nadal utrzymywały pomimo przyjmowania trzech silnych antybiotyków 3 x dziennie dożylnie, zasugerowałam lekarkom, które mnie prowadziły na oddziale żeby zrobiono mi TK (Tomografię Komputerową) brzucha bo coś jest nie tak. No i się zaczęło bo niektórzy lekarze nie lubią jak się im sugeruje co mają robić.

Dla mnie to jest kompletna głupota i ignorancja pacjenta ze strony lekarza. Kto jak nie My chorzy, którzy jesteśmy z tymi swoimi przypadłościami 24 godziny na dobę, czujemy i obserwujemy Nasze ciało, możemy więcej powiedzieć na temat Naszych dolegliwości i sposobów radzenia sobie z nimi niż niejeden lekarz, który widzi nas raz na kilka miesięcy lub jeszcze rzadziej. Nie wiem dlaczego wszyscy jesteśmy wrzucani do jednego worka, który znajduje się w definicjach podręcznikowych, a tak na prawdę ma mało z nimi wspólnego. Rzadko ale jednak udaje mi się trafić na prawdziwego lekarza, który umie słuchać i rozmawiać z pacjentem. Jest to trudna, a zarazem wielka umiejętność bycia człowiekiem i traktowania Nas ze zrozumieniem i cierpliwością.

Wrócę jednak do tematu szpitalnego. Oczywiście wywołałam pewne oburzenie wśród lekarzy sugerując zrobienie takiego badania zupełnie bezpodstawnie. Według mnie od tego trzeba było zacząć ale cóż przecież lekarze powinni wiedzieć najlepiej co mają robić. Tak oczywiście czekaliśmy kolejny tydzień, który w zasadzie nic nie zmienił bo mój stan nadal się nie poprawiał. Zdecydowali się wreszcie na TK (ale to był ich pomysł nie mój żeby była jasność :) ) bo doszli do wniosku, że muszą szukać dalej. Wynik mówił o dwóch ropniach, jeden był duży, a drugi znacznie mniejszy w dole brzucha najprawdopodobniej w okolicy przydatków. Decyzja była jednogłośna, czekał mnie poważny zabieg przecięcia całego brzucha, który mógł się zakończyć STOMIĄ, o której przeczytacie  TUTAJ.  Wysłano mnie Pogotowiem Ratunkowym na konsultację chirurgiczną gdzie oczywiście wytłumaczono mi na czym będzie polegać ów zabieg i co się może stać jak się na niego nie zgodzę czyli krótko mówiąc ryzyko pęknięcia ropni i zakażenie jamy otrzewnowej co może się skończyć śmiercią. Przeprowadzenie u mnie zabiegu również było trudną i ryzykowną sprawą  ze względu na obciążenia chorobami jakie posiadam i na przyjmowane lekarstwa. Miałam bardzo ciężką decyzję do podjęcia i musiałam to ostatecznie zrobić sama bo to było moje życie i mój brzuch.

Akwizytor czy Domokrążca?

Akwizytor nie zawsze oznacza pospolicie zwanego Domokrążcę.
Taka ładniejsza nazwa przedstawiona powyżej w historyjce obrazkowej to „Menadżer sprzedaży bezpośredniej” :)

Akwizytor oprócz pracy w terenie zajmuje się też:
zjednywaniem i pozyskiwaniem klientów,
zbieraniem zamówień,
zawieraniem umów dotyczących dostawy produktów lub wykonania usług.

Do tego tematu zainspirowała mnie wczorajsza wizyta pani Akwizytor pewnej firmy, która oferuje swoim potencjalnym klientom ekologiczne ścierki z nano srebra do mycia wszystkiego :) Zgodziłam się na ten pokaz tylko ze względu na moją znajomą, która mnie o to prosiła. Z reguły nie przyjmuję tego typu wizyt w domu ponieważ nigdy do końca nie wiem kto to jest i jakie ma zamiary zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach czyha na nas mnóstwo niebezpieczeństw. A więc pani „domokrążca” od samego początku zaczęła obsypywać mnie komplementami. Uśmiechnęłam się w myślach sama do siebie bo dokładnie tego samego schematu uczono mnie gdy zdecydowałam się zostać agentką ubezpieczeniową. Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ i zachęcam też zaglądnąć do komentarzy :) Następnie po krótkim przedstawieniu produktu zaczęła się prezentacja. Pani na szpileczkach w minióweczce z ciekawym dekolcikiem biegała ze ściereczkami i była mocno przejęta bo chciała jak najlepiej przedstawić wszystkie walory owego produktu, o których nauczyła się na kursie. Szkoda, że nie trafiła na pana domu, który w tym czasie był w pracy, a dla niego miała przygotowany specjalny zestaw do mycia samochodu :) Nie ukrywam, że super ściereczki z brudem radziły sobie całkiem nieźle i robiły dobre wrażenie ale cena była nie do przyjęcia. Moim zdaniem przekraczała ich wartość co najmniej o 4 razy. Po „wielkim” sprzątaniu rozpoczęła się poważna rozmowa o sprawach finansowych. Tak na prawdę nie byłam nastawiona na kupno bo wiem, że ceny na takich pokazach są mocno wygórowane i za co najmniej połowę z tego można nabyć takie cuda w sprzedaży internetowej. Pani Akwizytorka poprosiła o wypełnienie ankiety i podanie 10 numerów telefonów do znajomych w celu umówienia się na pokaz czyścidełek :) miałam za to dostać zestaw do peelingu ciała. Nie skusiłam się jednak bo w swoim zwyczaju mam nie podawać numerów telefonu bez zgody posiadacza zwłaszcza osobom postronnym. Co do szukania cen na internecie to wycwaniłam się trochę dzięki naszej wcześniejszej prezentacji parę lat temu słynnej Rumby, która sama odkurza. Tak krótko przytoczę. Podczas rozmowy o cenie z panią „domokrążcą”, która zarzekała się, że nigdzie na rynku tego nie znajdziemy mój pomysłowy mąż wraz z synem otwarli laptopa i znaleźli ów odkurzacz na internecie. Co się po chwili okazało o połowę tańszy i to już z przesyłką ze Stanów. Pokazali go owej pani, a reakcja była natychmiastowa. Pani zapieniła, a następnie oburzona spakowała sprzęt i wyszła wkurzona :) Niestety w tym przypadku poczuła się pokonana bo brakło jej argumentów i pomysłów jak wybrnąć z takiej niewygodnej sytuacji z klientem.

Już sobie wyobrażam jak wszystkim Akwizytorom otwiera się nóż w kieszeni po przeczytaniu tego wpisu. Pewnie zaatakują mnie złośliwymi komentarzami.
Zanim to zrobicie to chciałam Wam powiedzieć, że jestem człowiekiem i pomimo swoich przekonań i doświadczeń potrafię zrozumieć to, że Wy też chcecie pracować i zarabiać pieniądze by móc zapewnić sobie i najbliższym ludzkie życie. Winę za to, że jesteście nie najlepiej postrzegani przez społeczeństwo głównie ponoszą właściciele tych firm, którzy są tak pazerni, że chcą się nachapać swoim sukcesem i pieniędzmi, a poza tym muszą przecież wypłacić Wam prowizje od sprzedaży. Wniosek jest taki: żeby ten towar się sprzedawał za większe pieniądze niż jest tego wart to Ci właśnie na „najwyższym szczeblu” uczą Was jak „robić ludziom wodę z mózgu”. I zanim się spostrzeżemy o co chodzi to transakcja jest zrealizowana i towar zakupiony, a potem już trzeba używać i chwalić skoro daliśmy się wypuścić w maliny :) 

Tak na koniec chciałam dodać, że najczęściej to nie są buble ale dość dobrej jakości produkty. Tylko ich chore ceny często nieadekwatne do jakości i zastosowania odstraszają potencjalnych nabywców. Tym bardziej, że coraz częściej przekonujemy się iż to samo możemy mieć za znacznie tańsze pieniądze. Wystarczy trochę sprytu i zainteresowania w temacie :)

Zapraszam na film, który w ciekawy sposób przedstawia jak wygląda kurs na akwizytora. 



Ciąg dalszy „Potyczek ze Służbą Zdrowia”.

CZĘŚĆ II ….

Jakże ważna przysięga. W dzisiejszych czasach brzmi trochę inaczej  
http://www.bibula.com/images/Przyrzeczenie_Lekarskie.JPG
 lecz niestety często nie ma swojego zastosowania w praktyce.

W drodze na kolejny SOR musieliśmy pokonać sporą trasę. Mąż nie do końca znał drogę. Był bardzo zdenerwowany tą całą naszą wędrówką i moim pogarszającym się stanem zdrowia. Pamiętam to wszystko jak przez mgłę. W pewnym momencie zaczęliśmy błądzić więc mąż zatrzymał się i zapytał starszą kobietę, która stała na przystanku czy zna drogę na ów SOR. Kobieta odpowiedziała, że zna więc wystraszony moim nagłym krzykiem mąż prawie siłą wepchnął mocno zdziwioną panią do samochodu. W środku przeprosił i powiedział, żeby nam pokazała jak mamy jechać bo żona bardzo cierpi. Ból był w zasadzie nie do opisania jakby wszystko w środku płonęło. Płakałam, krzyczałam i wyłam na przemian. Z pomocą przypadkowej Pani szybko dotarliśmy na miejsce. Przerażony mąż wyskoczył z auta i błyskawicznie przywiózł wózek inwalidzki bo nie byłam już w stanie stanąć na nogach. Personel medyczny widząc powagę sytuacji od razu mnie przyjął. Oczywiście zaczęli pytać o moją dokumentację z opisem chorób i o ubezpieczenie. Miałam przy sobie tylko Legitymację Rencisty i nic więcej. Coś tam krzyczeli, że takie rzeczy się nosi przy sobie cały czas. Leżałam na tym łóżku zwijając się z bólu, a każda sekunda wydawała mi się wiecznością. W końcu powiedziałam: „błagam pomóżcie mi bo już nie wytrzymam”. Przybiegła pielęgniarka z termometrem i gdy okazało się, że mam 41 stopni to nie mogli uwierzyć. Powiedzieli mężowi, że papiery może dowieźć później i zajęli się mną w reszcie. Zaczęli podawać mi kroplówki z elektrolitami żeby mnie wzmocnić i nawodnić oraz środki na zbicie gorączki. Przyszedł chirurg i zrobił mi USG brzucha przy czym stwierdził, że on tam nie widzi nic niepokojącego więc muszę jechać gdzie indziej żeby zbadał mnie internista ponieważ u nich go nie ma. Gorączka nie chciała mi spadać, a brzuch dalej bolał pomimo podanych silnych środków przeciwbólowych. W międzyczasie mama przywiozła potrzebną  dokumentację, a mąż zadzwonił do mojego lekarza prowadzącego diabetologa z pytaniem czy gdybym musiała zostać w szpitalu to czy mogę na ich oddziale. Doktor oczywiście bez problemu się zgodził. Jest na prawdę bardzo w porządku i sumiennie się zajmuje moim trudnym przypadkiem od wielu lat. Po przeanalizowaniu badań i mojej dokumentacji sprzed lat chirurg stwierdził, że nie są w stanie nic więcej dla mnie zrobić. SOR wezwał więc karetkę żeby było szybciej i odesłali mnie na Oddział Ratunkowy jak się później okazało ten, na którym się wysiedziałam 4 godziny i wyszłam stamtąd zdenerwowana i zmęczona tą całą sytuacją nie doczekawszy się żadnej pomocy. Po półgodzinie (tak mi się przynajmniej wydawało bo przysypiałam chwilami) zjawił się lekarz internista. Powiedział, że nie miał czasu przeglądnąć zbyt dokładnie moich wyników badań, które miałam robione na poprzednim SORze ale z tego co rzucił wzrokiem to nie widzi nic złego. Najprawdopodobniej jest to jakaś infekcja, przepisze mi antybiotyk i mogę wracać do domu. No powiem szczerze, że zagotowałam ale nie miałam już siły na nic więc powiedziałam półszeptem: „doktorze jak pan sobie wyobraża mój powrót do domu w takim stanie? Proszę mnie przyjąć do szpitala bo bardzo źle się czuję i nie jestem w stanie wracać do domu”. Poprosiłam o położenie mnie na oddziale z cukrzycą bo tam mnie znają i będą wiedzieć jak się mną zająć. Internista na początku się zastanawiał ale w końcu się zgodził. I tak po dłuższej chwili zostałam odtransportowana do szpitala. Była godzina 23:30. Ponad 12 godzin minęło gdy zaczęła się moja wędrówka po współczesnych Oddziałach Ratunkowych, które powinny pomagać, leczyć i przynosić ulgę cierpiącym i chorym, a tymczasem dzieją się tam rzeczy o jakich człowiek nie ma najmniejszego pojęcia. Odetchnęłam z ulgą bo pomyślałam, że jestem bezpieczna, że mój koszmar się skończył. Nie wiedziałam jednak co mnie jeszcze czeka, i że nie jest to koniec mojego cierpienia. 

KONIEC CZĘŚCI II ……

na bloga

Potyczki ze służbą zdrowia.

CZĘŚĆ I …..

To był początek wakacji ubiegłego roku. Niespodziewanie zaczął boleć mnie dół brzucha. Jakoś się tym zbytnio nie przejęłam, zażyłam Nospę Forte i myślałam, że mi to przejdzie bo tak czasem się zdarzało. Nie tym razem. Nie dość, że ból nie ustępował to na dodatek się nasilał. Nazajutrz rano nadal się źle czułam więc poprosiłam męża żeby pojechał ze mną na SOR. Po około pół godzinie dotarliśmy na miejsce. Wyjaśniłam pani przyjmującej zgłoszenia co się dzieje i myśląc, że to problem ginekologiczny poprosiłam o konsultację ginekologiczną. Pani recepcjonistka zmierzyła mnie swoim wzrokiem niczym modliszka i powiedziała: „my tutaj nie mamy ginekologa, musi pani jechać gdzie indziej”. No ale  przecież do końca nie wiadomo co mi było może to nawet coś poważnego. Pani przy okienku zdecydowanie powinna mnie zarejestrować żeby przebadał mnie lekarz i zadecydował co dalej robić, a nie odsyłać w inne miejsce. Byłam jednak zbyt przejęta żeby racjonalnie myśleć.
Pojechaliśmy więc do Kliniki ginekologicznej na ostry dyżur. Brzuch chwilami coraz bardziej bolał i miałam nadzieję, że mój problem wyjaśni się lada moment. No cóż po dokładnym przebadaniu pan doktor poinformował mnie że ginekologicznie jest wszystko w porządku i muszę udać się na pobliski SOR. Niby z jednej strony mi ulżyło, że jest dobrze ale myśl iż ciągle nie wiadomo co się dzieje coraz bardziej mnie martwiła.
Na szczęście Oddział Ratunkowy był dość blisko i za 10 minut byliśmy na miejscu. Zarejestrowałam się, dostałam opaskę na rękę z moim numerem pesel i kazano mi czekać. Były raptem tylko 2 może 3 osoby więc powiedziałam do męża: „o jak dobrze, że tak mało osób jest bo powinnam zostać szybko przyjęta”. Nie wzywaliśmy karetki bo myśleliśmy, że będzie szybciej jak pojedziemy sami. To był nasz błąd ale nie wiedzieliśmy jak to wszystko wygląda. Po chwili zaczęły zjeżdżać się karetki z chorymi, a ja nadal siedziałam. I co z tego, że obowiązują tam kolory ze stopniem zagrożenia jak tego nikt nie przestrzega. Po dwóch godzinach wreszcie mnie zawołano po to żeby zmierzyć mi gorączkę, cukier na glukometrze i ciśnienie. Oczywiście personel na Oddziale Ratunkowym kompletnie nie wiedział jak się zabrać do pomiaru cukru i jak się obsługuje glukometr. (To urządzenie, do którego wkłada się paseczek i nanosi kropelkę krwi w celu zbadania czy cukier we krwi nie jest przypadkiem za niski lub za wysoki.) Zrobiłam oczywiście personelowi medycznemu szybki kurs prawidłowego badania poziomu cukru :) Pan doktor najwyraźniej się nudził bo cały czas na internecie usilnie szukał jakichś wczasów dla siebie. Jednym słowem, myślami był już gdzie indziej. Kolejka w poczekalni nadal rosła. Zapytałam pielęgniarki: „co mam robić bo coraz gorzej się czuję i powinnam wziąć insulinę, a mam niski cukier i od rana nic nie jadłam i nic nie piłam, a jest już 15:00″. Po tych rutynowych badaniach kazano mi poczekać na korytarzu, że niby doktorek jak przeglądnie wszystkie oferty wczasów to się mną zajmie. I tak siedzę godzinę i czuję jak zaczyna mi się robić słabo i rośnie mi temperatura, a brzuch coraz bardziej boli. Nadal nic nie jadłam i nie piłam bo mi zakazano na wypadek gdyby jakiś zabieg trzeba było robić. Wysłałam męża żeby się przypomniał w moim imieniu. Odesłali go z kwitkiem i kazali czekać. ludzie przewijali się masowo. Przyszła pani ze stłuczonym palcem od nogi i zaraz została załatwiona i tak jeszcze kilka osób, a ja nadal siedzę. Po pół godziny na wpół przytomna poszłam sama się przypomnieć. Nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi i nie przejął się moim pogarszającym stanem zdrowia. Minęło kolejne 30 minut i już nie wytrzymałam po 4 godzinach oczekiwania wykrzyczałam wszystkim co o nich myślę: „to jest umieralnia ludzi i jak mi się coś stanie to odpowiecie za to”. Razem z mężem wyszliśmy stamtąd bardzo zdenerwowani i bezradni.
Pojechaliśmy na ten SOR, na którym byliśmy za pierwszym razem. Pani z modliszkowatym spojrzeniem zapytała o co chodzi. Byłam zdenerwowana na maksa i do tego bardzo się bałam bo strasznie źle się czułam. Mąż w między czasie szukał miejsca na parkingu, a to graniczyło z cudem. Pokrótce przedstawiłam jak wygląda sytuacja i z płaczem taka na wpółprzytomna  z gorączki, głodu, pragnienia i bólu prosiłam żeby mnie przyjęto. „Modliszka” okazała się bezdusznym i nielitościwym człowiekiem. Najpierw nakrzyczała na mnie, że nie wolno tak sobie opuszczać Oddziału Ratunkowego bez zgody lekarza, że przepisy zabraniają mnie przyjąć na ich SOR. Zapytałam krótko czy odmawia mi przyjęcia i udzielenia pomocy (gdyby potwierdziła to poprosiłabym o to na piśmie) ale ona chyba domyśliła się co chcę zrobić. Ze swoim szyderczym i złośliwym uśmiechem powiedziała: „zarejestruję panią bo muszę ale poczeka sobie pani z 8 godzin”. To mnie rozbroiło na Amen. Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, łzy strumyczkiem płynęły mi po policzkach. Powiedziałam tylko, że jak wyzdrowieję to jeszcze tu wrócę. Trzymając się ściany wyszłam na zewnątrz gdzie prawie nadszedł mój mąż zdziwiony co się stało. Z braku siły wyszeptałam: „zawieź mnie gdzie indziej” i pojechaliśmy dalej.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ …….