Jaka przyszłość czeka Nasze Dzieci – czy Emigracja to dobre rozwiązanie?

 

Na pewno wielu rodziców tych całkiem maleńkich i tych już prawie dorosłych dzieci zastanawia się jak będzie wyglądała ich przyszłość. Czy poradzą sobie w życiu, czym się będą zajmować, jakimi będą ludźmi? Tym podobnych pytań znalazłaby się jeszcze cała masa.
Jak wiecie, ja mam można by rzec dorosłego syna bo co prawda skończył już te 18 lat ale uważam, że wiek to jedno, a dojrzałość emocjonalna  i doświadczenie, którego człowiek nabywa dużo później to drugie.
W momencie gdy w naszym związku narodził się nasz synek wszystko zmieniło się o 180 stopni. Życie nabrało większego sensu i wartości. Większość naszych planów i podjętych decyzji wiązaliśmy z synem. Jako rodzic, który przeszedł przez pewne etapy w życiu swojego dziecka mogę z całą świadomością przyznać, że „małe dzieci to mały kłopot, a duże dzieci to duży kłopot”.
U malucha martwimy się chorobą, dbamy o to by się dobrze rozwijało, pomagamy w lekcjach, w miarę możliwości rozwijamy u niego pasje lub ukryte talenty.
Potem gdy nasza latorośl zaczyna dorastać to zapala się u nas czerwona lampka i co za tym idzie dodatkowy stres i strach, które towarzyszą nam już przez dalsze życie naszych pociech. Przeżywamy jak przeprowadzić nasze dziecko przez okres dojrzewania, jak sobie poradzić z jego rozterkami miłosnymi, jak pomóc w wyborze szkół, jak nim umiejętnie pokierować żeby wyrosło na porządnego człowieka.
Martwimy się też, żeby nie wpadło w złe towarzystwo i nałogi, które kuszą i czyhają na młodych ludzi na każdym kroku. Jak widać tych czynników jest bardzo wiele by nasz Świat zaczął kręcić się wokół naszych dzieci i bez względu na to jak wielkie będą nasze starania w wychowaniu to zawsze będziemy odczuwać wątpliwości czy aby na pewno wszystko dobrze zrobiliśmy lub gdzie popełniliśmy błąd na skutek, którego wynikły takie, a nie inne problemy w zachowaniu naszego dziecka. No cóż życie jest jakie jest i nie ma złotego środka i idealnych rozwiązań na perfekcyjną przyszłość naszej pociechy.

Z własnego doświadczenia wiem, że wybór szkół jest bardzo ważny bo od tego zależy jak będzie kształtować się osobowość i jak będzie przebiegał rozwój naszego dziecka.
Wiem, że w tej kwestii popełniliśmy z mężem kilka błędów. Nie mieliśmy doświadczenia i wsparcia pedagogów czym się kierować i na co zwracać uwagę bądź stawiać nacisk w edukacji naszego syna. Powiedziano nam tylko, że K. jest wybitnie uzdolniony i ma wysoki iloraz inteligencji. Na tym etapie jednak zakończyła się szkoła podstawowa i pozostawiono nas z tym faktem samym sobie.
Przyszedł czas żeby wybrać gimnazjum. Błędne i nieaktualne jak się potem okazało informacje uzyskane na temat pewnej szkoły oraz dogodna dla nas lokalizacja zadecydowały żeby tam własnie zgłosić syna.
Syn na początku świetnie dawał sobie radę. Niestety bardzo niski poziom tej szkoły
i niekompetentni nauczyciele, którzy kompletnie nie radzili sobie z młodzieżą zrobiły swoje. Wynikiem tego mamy w domu bardzo zdolnego lenia :) jak to ciągle słyszymy od nauczycieli i nabyte pewne złe zachowania wobec społeczeństwa. Teraz żałujemy, że nie przyłożyliśmy się żeby znaleźć synowi dobre gimnazjum reprezentujące wysoki poziom nauczania i całą masą dodatkowych zajęć bo przypuszczam, że mobilizowałoby go to do większej pracy nad sobą i swoimi ambicjami.
Często My rodzice słyszymy od pedagogów czy bliskich, że to wyłącznie My odpowiadamy za to gdy dziecko jest źle wychowane. I jak to wytłumaczyć? Przecież jak się głębiej nad tym zastanowić to okazuje się, że dzieci więcej czasu spędzają w żłobkach, przedszkolach czy szkołach niż w domu z rodzicami

Nie będę się rozpisywać o naszym szkolnictwie bo nie taki jest temat mojego dzisiejszego wpisu, a jak za pewne wiecie jest to temat rzeka.
Nasz syn jest obecnie w 3 klasie technikum i dużo rozmawia z nami na temat swojej przyszłości. Z niektórymi jego planami się zgadzamy i popieramy go, niektóre jednak staramy się mu w jakiś sposób wyperswadować. Może nie powinniśmy tego robić ale wiem, że taki młody człowiek ma zupełnie inne poglądy i wyobrażenia o życiu. Pamiętam gdy ja byłam w jego wieku zachowywałam się podobnie. Uważałam swoich rodziców za wrogów bo kompletnie się nie rozumieliśmy. Teraz mając swoje dziecko rozumiem, że nie ma się co dziwić bo przecież są to dwa różne światy, a rodziców i dzieci dzieli różnica pokoleniowa. Trzeba też wziąć pod uwagę, że czasy się zmieniają, a młodzież idzie z postępem ducha czasu.

Nasz syn ma dość poważne i ambitne plany na życie. Chce po zdaniu matury czyli za rok wyjechać do Niemiec i tam spróbować ułożyć sobie życie. Myśli o tym by studiować tam zaocznie i pracować. W tym roku chce we wakacje wyjechać do pracy i przy okazji się trochę rozglądnąć. Mocno przysiadł się do języka niemieckiego i zbiera wiele informacji dotyczących emigracji i pracy. Wiem, że jest to aż rok i mój syn może jeszcze wiele razy zmienić zdanie lub swoje plany ale gdyby szedł jednak w zaparte to nie ukrywam, że moje matczyne serce będzie tęsknić i martwić się o niego. Cóż zabronić mu nie mogę i nie chcę bo przecież siłą go nie zatrzymam. Ma prawo do własnego życia, a ja będę mu w tym kibicować żeby mu się powiodło i żeby szczęśliwie ułożył sobie życie, a że chce to zrobić na obczyźnie to już jego wybór.
Pocieszam się tym, że dużo ludzi emigruje i całkiem fajnie sobie radzą :)

Wszyscy dobrze wiemy jak nasz kraj podchodzi do młodych ludzi (z resztą nie tylko do młodych bo do wszystkich) ma ogólnie wywalone na swój lud taka jest smutna prawda. Za moich czasów gdy byłam gówniarą było zupełnie inaczej. Liczyły się szkoły i studia, o prace było dużo lepiej i firmę można było spokojnie założyć. A teraz porażka. Papier można sobie wsadzić w du…..pę, dobrą pracę dostać bez rekomendacji i układów nie ma opcji, a o założeniu firmy to już można sobie tylko pomarzyć. Wiem, że niektórym się jednak udaje ale są to raczej pojedyncze jednostki społeczne.

Nie będę więc robić problemów z wyjazdu syna. Jedno co to dużo mu tłumaczymy żeby bardzo uważał na siebie, miał oczy i uszy szeroko otwarte. Nie był naiwny i nie wierzył we wszystko co mu opowiadają. Nie dawał się zwieźć jakiejś niby super płatnej pracy, o której nic wcześniej nie słyszał tylko żeby dobrze wybadał grunt zanim podejmie jakąś konkretną decyzję. Na takich młodych ludzi wszędzie czają się niebezpieczne i podejrzane interesy. Mogą mu zabrać dokumenty i przetrzymywać go gdzieś nielegalnie żeby wykonywał czarna robotę lub sprzedać jego narządy do przeszczepów bo młody i zdrowy to jest mu co powycinać. Wiem, że może się za dużo filmów naoglądałam i kryminałów naczytałam ale jednak w każdej niby fikcji literackiej istnieje małe ziarenko prawdy. Powtarzam jeszcze synowi cały czas żeby zapamiętał sobie, że gdyby mu się nie powiodło i nie miałby kasy na powrót do domu to ma się pod żadnym pozorem nie unosić honorami i gdzieś włóczyć tylko nas zawiadomić, a my pomożemy mu wrócić do domu.

Pamiętajcie drodzy rodzice chociażbyście się nie wiem jak starali to nie jesteście w stanie uchronić swoich dzieci przed wszelkim złem i krzywdą jaka może je spotkać w życiu.
Im bardziej będziecie zabraniać im i sprzeciwiać się  we wszystkim co będą chcieli robić ze swoim życiem tym bardziej będą się one od Was odsuwać i uciekać w swój niedostępny dla Was Świat.
Po mimo swoich obaw i przykrych doświadczeń pozwólmy pociechom realizować ich plany i marzenia. Oni chcą się uczyć na własnych błędach i żyć własnym życiem.
Teraz to doskonale rozumiem bo przypominam sobie jak miałam te 18 lat i wykłócałam się z rodzicami o swoje racje i ciągle powtarzałam, że chcę iść swoją drogą i uczyć się na własnych błędach chociaż podobno na cudzych jest znacznie prościej i mniej boli.

Bardzo ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie. Może ktoś z Was ma doświadczenia związane z emigracją swoją lub bliskich i podzieli się nimi tutaj ze mną?

Na koniec mojej prelekcji tak na wesoło posłuchajcie sobie  Kabaret Smile & Kabaret Młodych Panów – „Piosenka o emigracji” :) Zapraszam …



Weterynarz, a Weterynarz cóż za różnica?

 

W momencie gdy nasza sunia zamieszkała z nami zaczęłam dużo czytać o jej rasie czyli o Golden  Retrieverze. Więcej na temat rasy i pojawienia się u nas Szilki znajdziecie w moim poście pt.: „Nasz nowy członek rodziny”. Czytając informacje na internecie  dowiedziałam się na prawdę masę ciekawych i mądrych rzeczy. Przede wszystkim jak bardzo duże znaczenie na rozwój szczeniaka ma podawanie odpowiednich witamin i minerałów oraz dieta i wychowanie.
I tak, jednym z ważnych czynników rozwoju psa dużej rasy są stawy. Niektórzy właściciele nie zdają sobie sprawy jak dużą krzywdę mogą wyrządzić swoim pupilom przez niepodawanie odpowiednich suplementów diety. Ja osobiście podawałam Szilce Arthroflex jest co prawda dość drogi ale wydajny i skuteczny. Najlepiej podawać go szczeniakowi do 6 miesiąca życia.
Ważne jest też by znaleźć sobie dobrego i zaufanego Weterynarza, a z tym niestety bywa różnie. Na pewno niektórzy spotkali się z określeniem Dysplazja. Jest to wrodzona  choroba zwyrodnieniowa stawów. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.

No ale do rzeczy. Otóż gdy Szilka miała 6 miesięcy postanowiliśmy zbadać jej stawy czy wszystko jest w porządku i czy dobrze się rozwija. Udaliśmy się z nią do pobliskiej lecznicy w celu wykonania rtg stawów. Przyjął nas akurat taki młody weterynarz. Bardzo się denerwowałam bo zdawałam sobie sprawę z tego jak poważne jest to schorzenie. Wet prześwietlił naszą sunię i po kilkunastu minutach był już wynik. Nie znaliśmy się na tym więc poniekąd musieliśmy zaufać owemu weterynarzowi, który poprosił nas do gabinetu. Zaczął wyjaśniać nam pokazując przy tym wykonane zdjęcia, że Szila ma niestety pogłębiającą się Dysplazję stawów biodrowych. Dla porównania wyciągnął jakąś encyklopedię ze zdjęciami żeby nam to bardziej obrazowo wyjaśnić. Powiem szczerze, że brzmiał bardzo przekonująco. Oczywiście powiedział też, że w tym przypadku zabieg jest nieunikniony i im szybciej się na niego zdecydujemy tym lepiej dla naszej suni. Ta wiadomość bardzo mnie zmartwiła i przygnębiła. Pomyślałam nasza biedna mała jaki okrutny los ją spotkał. Powiedzieliśmy Wetowi, że przemyślimy to wszystko i skontaktujemy się z nim.

Ta diagnoza cały czas nie dawała mi spokoju. Im bardziej wpatrywałam się w to zdjęcie porównując je ze zdjęciami na internecie tym większe miałam wątpliwości czy aby na pewno Wet miał rację. Postanowiliśmy to sprawdzić więc umówiliśmy się na wizytę i podjechaliśmy do znanego i dobrego w naszym mieście psiego ortopedy :)
Wyobraźcie sobie, że Wet tylko rzucił okiem na zdjęcie i od razu powiedział do nas żebyśmy się nie martwili bo wszystko jest w porządku i on tutaj  żadnej dysplazji nie widzi oraz nie ma żadnych podstaw do jakiejkolwiek operacji. Powiem Wam, że kamień spadł nam z serca i nasza radość nie miała granic. O mały włos przez jakiegoś pseudo Weterynarza zrobilibyśmy naszej suni straszną krzywdę poddając ją zabiegowi na Dysplazję. Oczywiście nie wróciliśmy już do pseudo lecznicy w między czasie znaleźliśmy inną bardzo dobrą, do której chodzimy do dziś.

Szila zdrowo rosła i rozwijała się. Ponieważ kupiliśmy ją z metryczką więc na jej podstawie chcieliśmy wyrobić Rodowód. Jednym z wymagań do wpisu było wykonanie prześwietlenia na dysplazję mniej więcej gdy pies ma 15 miesięcy. Takie badanie przeprowadza się u wyznaczonych specjalistów przez Związek Kynologiczny.
My wybraliśmy sobie Wrocław i pana profesora S. bardzo dobrego i znanego w Polsce ortopedę i chirurga w lecznictwie zwierząt. Pojechaliśmy więc z Szilką na wycieczkę krajoznawczą :) Byłam zdenerwowana bo od optymistycznej wizyty u Weta nie drążyliśmy więcej tematu Dysplazji, a gdzieś tam jednak w podświadomości istniał cień obawy czy aby dobrze zrobiliśmy ufając Wetowi, który zapewnił nas, że z sunią wszystko jest w porządku. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce, dobrze, że sunia jest nauczona podróżować bo nie miała problemu z chorobą lokomocyjną.
Pan profesor przyjął nas bardzo życzliwie. Podał Szilce lek uspakajający ponieważ do prześwietlenia podaje się psu tzw. głupiego Jasia żeby leżał spokojnie i nie denerwował się. Po krótkim czasie zdjęcia były gotowe.
Profesor powiedział krótko, że Szilcia ma super zdrowe stawy :) Bardzo się ucieszyliśmy i z pięknym wpisem w rodowodzie szczęśliwi wróciliśmy do domu :)

Często słyszę jak nieuczciwi weterynarze wmawiają właścicielowi psa, że ma dysplazję i zabieg jest konieczny. Zastanawiacie się na pewno dlaczego to robią? Otóż zabieg ten jest bardzo kosztowny więc chcą naciągnąć potencjalnego klienta na kasę.
Nie bądźcie więc naiwni i nie dajcie się zwieść cwanym Weterynarzom tylko bądźcie czujni  i zanim podejmiecie jakąkolwiek decyzję w sprawie leczenia Waszego psa dobrze sprawdźcie ową placówkę i Weta czy aby na pewno można mu zaufać.
Osobiście sprawdzam w ten sposób też pewne diagnozy dotyczące mnie samej chyba, że mam całkowite zaufanie i pewność do swojego specjalisty, który mnie prowadzi :)

Podzieliłam się z Wami swoją historią aby przestrzec Was przed wszelkimi pseudo Lecznicami dla Zwierząt i pseudo Weterynarzami. Ważne jest by mieć uszy i oczy szeroko otwarte i gdy tylko mamy jakieś wątpliwości dotyczące naszego Pupila związane z postawioną diagnozą  to koniecznie potwierdzajcie to u innego specjalisty. Pamiętajcie błędne diagnozy prowadzą do nieodwracalnych często i przykrych w skutkach konsekwencji.

DSC04398

Droga przez mękę – adopcja od podszewki

 

Nasz syn miał 4 lata więc był już na tyle duży, żeby zacząć myśleć o drugim dziecku. Niestety gdy mały miał 2 latka zachorowałam dodatkowo na cukrzycę byłam więc pod stałą opieką specjalistów. Zaczęliśmy drążyć temat  z moimi lekarzami. Teraz wiem, że nie był to do końca dobry pomysł i raczej mogliśmy zadziałać z zaskoczenia ale cóż temat był poważny i wymagał od nas odpowiedzialności i dojrzałości umysłu. Na pewno niektórzy zadają sobie pytanie: – O co chodzi z tym „zadziałać z zaskoczenia”?
No więc już odpowiadam. Otóż z moich obserwacji wieloletnich wynika, że gdy pacjent choruje na coś przewlekle i poważnie, a przy tym podejmie jakąś swoją ważną decyzję życiową to lekarze z reguły mówią NIE. Przedstawiają wtedy pacjentowi najgorszy scenariusz żeby go zniechęcić ponieważ musieliby poświęcić mu więcej czasu i na prawdę konkretnie  pomyśleć jak tutaj zadziałać żeby było dobrze. Czasem więc trzeba takiego doktora postawić przed faktem dokonanym i jednocześnie zaoszczędzić mu niepotrzebnego główkowania :)
Wracając do tematu  Lekarka oczywiście na wstępie powiedziała, że nie wolno mi zajść w ciążę ponieważ ryzyko powikłań w moim przypadku jest zbyt duże. Nie bałam się o siebie bo wiem, że jestem twarda baba i na pewno bym się jakoś wylizała. Z dzieckiem jednak mogło być zdecydowanie dużo gorzej, a tego to bym już nie zniosła gdyby maleństwu coś się stało.

Zostaliśmy mocno nastraszeni przez lekarzy dlatego zaczęliśmy myśleć nad adopcją. Mieliśmy duże obawy czy podołamy w wychowaniu nieswojego dziecka czy będziemy w stanie je pokochać. Mąż bardziej oponował, a ja pobudzona silnym instynktem macierzyńskim wierciłam mu dziurę w brzuchu. Na widok kobiet w ciąży i maleńkich bobasów beczałam jak bóbr. W reszcie udało mi się przeciągnąć męża na swoją stronę. Zdecydowaliśmy, że będzie to niemowlaczek by odkąd maluch sięgnął pamięcią był zawsze z nami. Pomyśleliśmy sobie, że nie powinno być problemów gdyż ciągle się słyszy ile jest dzieci oczekujących na dom i nowa rodzinę. Nic bardziej mylnego.

Umówiliśmy się do jednego z Ośrodków Adopcyjnych w naszym mieście. I się zaczęło bo już na wstępie Pani Dyrektor uczepiła się do dwóch spraw. Mianowicie po pierwsze powiedziała, że mamy już swoje dziecko więc jesteśmy spełnieni jako rodzice i musimy dać szansę innym bezdzietnym małżeństwom. Dla mnie totalny absurd no ale jakoś to jeszcze szło zrozumieć ale gdy powiedziała, że jestem chora i istnieje duże prawdopodobieństwo iż wcześnie osierocę ową dziecinę (pomimo, że miałam wszystkie stosowne zaświadczenia od specjalistów przemawiające na moją korzyść) nie wytrzymałam i rozpłakałam się mówiąc, że dziękuję jej za tak optymistyczną ocenę i tak na prawdę to nikt nie wie co go jutro spotka. Może potrąci panią samochód lub zachoruje pani na coś poważnego czego oczywiście nie życzę.
Nikt nie ma prawa osądzać sytuacji tym bardziej, że kompletnie nie ma o niej pojęcia. No cóż zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Taka sytuacja spotkała nas również w innych ośrodkach. Zrezygnowani i załamani trafiliśmy do ostatniego Ośrodka Adopcyjnego w mieście. Oczywiście na początku usłyszeliśmy to co zwykle ale pojawiło się pewne „ALE” więc zaczęliśmy słuchać uważnie. Po każdym wypowiadanym zdaniu wpadaliśmy w coraz to większe osłupienie ponieważ pani zaproponowała nam adopcję ciężko chorych dzieci z poważnymi wadami rozwojowymi. Mam na myśli takie biedne „roślinki” które Pan Bóg trzyma na tym świecie po mimo iż nie mają nikogo kto by je pokochał. Tego było za wiele. Jak Pani z ośrodka mogła nam coś takiego zaproponować wcześniej dając mi do zrozumienia, że stoję już nad grobem, a gdyby mi się coś stało gdyby mi się pogorszyło to jak by sobie ten mój biedny mąż poradził z opieką nade mną i nad tak chorym dzieckiem? No cóż o tym już Pani dyrektor nie pomyślała.
Przepełnieni wielkim żalem przez taki obrót sprawy, którego w ogóle nie braliśmy pod uwagę wyszliśmy stamtąd.  A miało być tak kolorowo.

Jednak nie poddaliśmy się tak szybko. Zaczęliśmy odwiedzać domy samotnej matki, domy dziecka i byliśmy u sióstr gdzie jest okno życia żeby dowiedzieć się jakie są procedury i szanse na adopcję. No cóż wszystko niestety musiało przejść przez nieszczęsny Ośrodek Adopcyjny. Czas leciał do przodu, a my nadal szukaliśmy. Byliśmy nawet w innym mieście gdzie obiecano nam, że po roku oczekiwania będziemy mieć upragnionego malucha. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość :( Ciągle był ktoś w kolejce przed nami.

Gdzieś mniej więcej około 4 lat trwały te nasze poszukiwania i walka z wiatrakami.
W końcu zdecydowaliśmy, że spróbujemy adoptować starsze dziecko takiego 3 bądź 4 latka. Zaczęliśmy się też zastanawiać by zostać rodziną zastępczą bądź zaprzyjaźnioną jakiegoś starszego dziecka. I tak zaczęła się nasza kolejna przygoda, którą mam zamiar kiedyś Wam przedstawić.

Do dziś nie umiem się z tym pogodzić, że nie dano nam ponownej szansy bycia rodzicem dla maleństwa, którego tak bardzo pragnęłam mieć. Od momentu naszej wędrówki po wszelkich instytucjach związanych z adopcją minęło 14 lat i gdyby nam się udało to dzieciak byłby już prawie odchowany. Jakoś jeszcze nie wpadłam do grobu nad, którym ponoć cały czas stoję. Nie ukrywam, że chwilami czuję się gorzej i ciągle mam jakieś problemy zdrowotne ale po mimo wszystko staram się trzymać tego Świata wszystkimi swoimi kończynami ponieważ mam dla kogo żyć.

Dziękuję Bogu, że dał mi dar bycia mamą. Teraz rozumiem, że urodziłam syna stosunkowo wcześnie ponieważ już 2 lata później poprzez dodatkowe choroby zostałam pozbawiona tej szansy na zawsze. Możecie wierzyć mi lub nie ale myślę, że na samej Górze jednak jest KTOŚ kto nad nami czuwa i pomaga nam w pewnych sytuacjach przejść przez życie. Wystarczy tylko poprosić GO o pomoc i wpuścić do swojego Świata, a ON się już Wami zajmie :)

Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy

CZĘŚĆ V ….

Woziłam się tymi bryczkami jak królowa tam i z powrotem. Większość ratowników i przewoźników zdążyła mnie już poznać, a ja ich :)

Pewnego dnia pojawił się na mojej wyboistej drodze pewien szlachetny chirurg co jest u nas w medycynie zjawiskiem niebywale rzadko spotykanym. Brzuch cały czas mnie bolał co prawda już nie tak bardzo ale jednak po mimo intensywnego leczenia nie ustąpił całkowicie. Gorączki już nie miałam.
Ów doktor przeglądnął moje wyniki, zrobił mi USG brzucha i zaczął ze mną tak najzwyczajniej w świecie rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Wyjaśniłam mu swoje obawy dotyczące zabiegu, a On przytakiwał mi ze zrozumieniem. Powiedział, że moje wątpliwości są uzasadnione i jak najbardziej się ze mną zgadza, że nie należy podejmować w momencie tak pochopnych decyzji zwłaszcza gdy dotyczy to zbyt inwazyjnej ingerencji w człowieku. Mój przypadek jest dość poważny i obciążony wieloma schorzeniami do tego zażywam całą masę leków ze sterydami włącznie więc jestem bardziej narażona na niebezpieczeństwo i powikłania pooperacyjne niż taki normalnie zdrowy człowiek.

Po tej naszej całej rozmowie doktor przedstawił mi pewne rozwiązanie, które okazało się znacznie mniej inwazyjne niż operacja. Jednak niosło to ze sobą pewne ryzyko, które mogło zakończyć się ostatecznie na stole operacyjnym. Mianowicie przy pomocy USG doktor miał wprowadzić dren w miejsce ropnia by zrobić mu ujście na zewnątrz. Ropień był niekomfortowo usytuowany bo sąsiadował z Esicą czyli częścią jelita grubego, które podczas wprowadzania drenu mogło zostać uszkodzone. Wówczas musiałabym w trybie natychmiastowym poddać się operacji i założenia STOMII co jak powszechnie wiadomo nie jest rzeczą zbyt przyjemną i komfortową.
Byłam z mężem na tej konsultacji więc doktor, którego nazwałam takim moim „aniołem stróżem” oznajmił, że wychodzi na chwilę i byśmy w tym czasie podjęli decyzję czy mam podjąć to ryzyko czy się wstrzymać. Nie ukrywam, że popłakałam się jak Bóbr i trzęsłam gaciami ze strachu. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę, że jak nic z tym nie zrobię to ten ropień może pęknąć i rozlać się wewnątrz jamy brzusznej prowadząc do zapalenia otrzewnej i w efekcie tego do śmierci. Przeanalizowałam wszystkie ZA i PRZECIW i gdy po powrocie doktor zapytał jaka jest moja decyzja odpowiedziałam iż zgadzam się na założenie drenu bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wówczas mój „anioł” uśmiechnął się do mnie i pogratulował trafnej decyzji oraz dojrzałego podejścia do tak trudnej sprawy. 

Przeżegnałam się więc i poprosiłam Pana Boga o opiekę. Mogłam więc spokojnie poddać się temu drenażowi, który musiał się udać ponieważ Bóg trzymał mnie za rękę, a sam zabieg wykonywał mój „anioł stróż”. Na znak, że jestem gotowa kiwnęłam głową wtedy doktor wstrzyknął mi w brzuch środek znieczulający. Po chwili wyciągnął taką dużą igłę jak do punkcji, która znajdowała się wewnątrz drenu. Na sam widok zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i poczułam jeszcze większy strach. Doktor przyłożył głowicę USG do brzucha i zaczął powoli się wkłuwać. Po policzkach pociekły mi łzy ale nie przez ból jaki odczuwałam tylko ze strachu, który zagłuszył wszystko inne wokół. Po umiejscowieniu drenu wewnątrz brzucha doktor usunął igłę. Dren został dodatkowo zabezpieczony przed wysunięciem kilkoma szwami przymocowanymi do skóry brzucha.
Po dosłownie 10 minutach, a mi wydawało się, że trwało to całe wieki usłyszałam upragnione „już po wszystkim”, jelito nie zostało na szczęście  uszkodzone.
W drenie od razu pokazała się treść surowicza (taki jasnoczerwony bezzapachowy płyn), a nie ropa, której oczekiwaliśmy. Doktor wyjaśnił mi iż albo to nie do końca był ropień tylko np, stan zapalny albo nie trafił w sam jego środek. Kazał odczekać 3 dni czy nic się nie pojawi i zgłosić się do kontroli chirurgicznej. Oczywiście cały czas leżałam jeszcze w szpitalu więc chirurg opisał całą konsultację i wytyczne dla moich lekarzy prowadzących.

Na oddział wróciłam z takim dodatkowym gadżetem w postaci drenu zakończonego taką torebeczką do której spływała treść surowicza. Przywiózł mnie ów życzliwy Ratownik blondynek, o którym pisałam TUTAJ. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi ale asystował przy moim drenażu co nie należało do jego obowiązków, a na koniec powiedział mi żebym się nie martwiła bo na pewno wszystko będzie dobrze i będzie trzymał za mnie mocno kciuki. Bardzo miły gest nie uważacie? ;)

Lekarze i pielęgniarki sądząc po minach byli wielce „uradowani” widząc mnie z powrotem z nowym towarzyszem „workiem”.
Po chwili przyszła do mnie Pani doktor i z oburzeniem w głosie zaczęła krytykować mojego „anioła stróża”, który jako jedyna osoba zobaczył we mnie schorowanego człowieka, a nie tylko królika doświadczalnego.
Powiedziała, że jak sprawdzała w podręczniku to takie ropnie jak moje leczy się tylko operacyjnie i ona zupełnie nie może zrozumieć takiego bezsensownego rozwiązania jakie zastosował chirurg. W moich oczach straciła całą swoją wartość i autorytet jako lekarz. Zwłaszcza, że wcześniej przyznała iż nie jest to jej dziedzina i nie zna się na tym. Nie mogłam zrozumieć jak można traktować pacjenta tak przedmiotowo opierając się jedynie na przedstawionym pojedynczym schemacie książkowym. Wiadomo, że każdy pacjent jest indywidualistą w swojej chorobie i jego leczenie wcale nie musi być takie sztywne i teoretyczne. Czasem trzeba trochę poeksperymentować żeby wybrać najbardziej dogodne i optymalne rozwiązanie oraz mocno się zastanowić co i jak zastosować żeby zmniejszyć ryzyko, a zwiększyć szanse na poprawienie stanu zdrowia chorego. Byłam w szoku zachowaniem lekarki, która cały czas dawała mi do zrozumienia, że mój brak zgody na operację jest czystym wymysłem i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Lekarze patrzyli na mnie z pewną pogardą przez co czułam się jak jakiś wyrzutek społeczeństwa ot takie zaszczute zwierzątko, którego nikt nie rozumie i nie wesprze w tej przykrej i trudnej chwili. Siłę do walki dawał mi sam Bóg, a wsparcie moich najbliższych i znajomych było dla mnie taką dodatkową pigułką energetyzującą.

Mój towarzysz „worek” nie zdobył mojej sympatii. Cały czas musiałam uważać żeby go sobie niechcący nie wyrwać np. podczas snu lub nie zapomnieć zabrać go ze sobą wstając z łóżka, że już o dyskomforcie, który odczuwałam cały czas nie wspomnę.
Na szczęście nie trwało to długo. Po 3 dniach zgodnie z zaleceniami chirurga stawiłam się do kontroli. Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.

Kocura nie ma, a baby mielą tymi ozorami :)

We wtorek Kocur pojechał na takie dwudniowe szkolenie z firmy, a Baba zabrała się za realizowanie swojego planu dnia :)

Tak zaczęła po kolei od ogarnięcia domowego nieporządku, następnie wykąpała i nakarmiła żółwiczkę. Zjadła jakiś tam lunch na szybko, a że dzień wcześniej umówiła się ze swoją papużką na Skypowe pogaduchy w oczekiwaniu na nią włączyła laptopa. Kim była owa papużka? To jej najlepsza przyjaciółka, o której częściowo wspomina TUTAJ i potem jeszcze TUTAJ.  Oczywiście standardowo żeby połączyć przyjemne z pożytecznym wstawiła pranie do pralki i wzięła się ochoczo za prasowanie, a uzbierało się tego trochę. W między czasie odezwała się druga baba i tak to zaczęły obie mielić ozorkami :) Dobrze im się rozmawiało więc z upływem czasu u jednej baby prasowania ubywało, a u drugiej kończył się gotować obiadek. Rozmowa trwała na tyle długo, że pozwoliła dokończyć obu gospodyniom ich prace domowe.

Tematem przewodnim ich rozmowy było jak rząd podchodzi do osób potrzebujących  w naszym Kraju, a jak w Kraju zamieszkanym przez papużkę.
D„ mieszka w Stanach już kilkanaście lat. Co jakiś czas opowiada jak bardzo zmienia się gospodarka pod wpływem rządów pana Obamy. To już nie ta sama Ameryka co była kiedyś. Niewiarygodne jest to co zaczyna się u nas wyprawiać mówi „D„.
Jak nigdy nie była rasistką tak teraz pod wpływem tego co się u nich dzieje zmieniła zdanie na temat czarnego koloru skóry.
Rząd amerykański z panem prezydentem na czele zaczęli faworyzować murzynów kosztem białych. Jednym słowem kolor czarny zaczyna mieć dużą przewagę w społeczeństwie.
To wszystko zmierza w złym kierunku. Rodzice samotnie wychowujący dzieci bądź bezdomni i bezrobotni dostają dużo rzeczy za darmo. Wszelkie dotacje i ulgi stoją dla nich otworem. Niby wszystko super bo tak powinno być ale ludzie zaczęli to wykorzystywać na potęgę. Dochodzi nawet do tego, że aby dostać dodatkowe pieniądze to celowo się rozwodzą lub płodzą więcej dzieci, a nawet rezygnują z pracy. Po co mają się wysilać jak od rządu dostaną wszystko: dom, jedzenie, leczenie, bony na zakupy i jeszcze mają wszystko opłacane. No żyć nie umierać. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że odbywa się to kosztem ludzi uczciwie żyjących, którzy tyrają, wychowują swoje dzieci najlepiej jak mogą i o wszystko muszą starać się sami. Jak komuś uda się coś osiągnąć w życiu chociażby posiadanie swojej małej firmy to płacą wtedy takie podatki, że głowa boli, a wszystko po to by pseudo „potrzebujący”  mogli huśtać się za ciężko i uczciwie zarobione pieniądze innych. Ja się pytam gdzie tutaj jest sens i sprawiedliwość? Jak widać zabrakło. Czego uczy takie postępowanie? Tylko jedno przychodzi mi na myśl. Lenistwo, kombinatorstwo i złodziejstwo w biały dzień, a do tego wszystkiego co gorsze dochodzą jeszcze fikcyjne rozwody co doprowadza do całkowitego zaniknięcia życia w związku małżeńskim. Po co się wysilać i starać jak wystarczy trochę pokombinować i wszystko można dostać za free. Jak Wam się to podoba? Mnie to przeraża i zastanawiam się dlaczego tak jest, że ludzie nie potrafią wykorzystać otrzymanej pomocy jakoś tak z wdzięcznością i rozumem tylko we wszystkim chcą mieć wielkie korzyści tak aby obłowić się na zapas. Jest to w pewnym sensie taka zachęta i  mobilizacja do życia w kłamstwie i nieuczciwego działania wobec całego społeczeństwa.

W naszej wspaniałej Polsce powiedziała baba „A” jest całkiem na odwrót. Człowiek potrzebujący i w jakimś stopniu poszkodowany przez życie nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc od władz rządowych. Samotni rodzice, osoby niepełnosprawne czy bezrobotni o wszystko muszą się prosić i ciągle dreptać za tym co im się prawnie należy.  A pro po rodziców samotnie wychowujących dziecko zachęcam do przeczytania artykułu mojej wspaniałej i dzielnej koleżanki Singiel Mamy pt: „Pomoc dla samotnej mamy”,  która świetnie sobie radzi w tym pozbawionym sensu kraju  A co robi nasze wspaniałe Państwo? Oczywiście wypina się i rzuca wszystkim kłody pod nogi wymyślając i kombinując co zrobić żeby jak najmniej osób skorzystało z Ich pomocy i by jak najmniejsza pula pieniędzy została wykorzystana na wszelkie należne ulgi czy dotacje bo przecież musi coś zostać dla naszego biednego rządu.
Nigdzie nie jest oficjalnie powiedziane jaka pomoc i komu się należy. większość informacji pozyskujemy wszelkimi kanałami czy to internetowymi czy poprzez znajomych, rodzinę lub innych potrzebujących, którzy pewne procedury musieli przegryźć sami.

Porównując te dwa światy Baby „D” i Baby „A” można być nieźle zszokowanym bo o co tak w zasadzie w tym wszystkim chodzi? Czyżby w żaden sposób nie można było człowiekowi dogodzić? Albo tej pomocy jest za dużo albo za mało. Zdecydujmy się wreszcie co tak na prawdę chcemy.

W pewnym momencie gdy Baby ugotowały, poprały i poprasowały to zorientowały się, że upłynęło sporo czasu i na dziś trzeba zakończyć te wywody bo my marne jednostki niestety „Świata nie zbawimy”. Świata może nie ale chociaż jedną zbłąkaną duszyczkę czemu nie :)

Kocur na szkoleniu wybyczył się troszeczkę :) Nadmiar zasłyszanych informacji był tak męczący, że przecież trzeba było jakoś odreagować. Basenik, narty i dobre jedzonko zrekompensowały Kocurowi ciężką rozłąkę z domem :) Po powrocie był dumny ze swojej Baby, że tak grzecznie i dzielnie się zachowywała podczas jego nieobecności, a wspomniane mielenie ozorkami  Baby „D” i Baby „A” skwitował mówiąc, że te rozmowy mają pozytywny wpływ bo przynajmniej czas jest w pełni pożytecznie wykorzystany.

Baba „A” pomyślała sobie w duchu: „nie ma głupich następnym razem ja też się muszę zrelaksować i zorganizować wieczorek panieński”  :)
Czy ktoś się decyduje?

Na koniec posłuchajcie sobie piosenkę znaną i bardzo przeze mnie lubianą.
Młodziutka Birdy śpiewa o życiu i prawdzie które czasem potrafi być zbyt okrutne ale wystarczy chcieć i razem możemy zdziałać wiele.
A jakby ktoś miał ochotę zobaczyć o czym dokładnie śpiewa wokalistka to TUTAJ znajdziecie tłumaczenie tej piosenki :)
Miłego słuchania …..