Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy

CZĘŚĆ V ….

Woziłam się tymi bryczkami jak królowa tam i z powrotem. Większość ratowników i przewoźników zdążyła mnie już poznać, a ja ich :)

Pewnego dnia pojawił się na mojej wyboistej drodze pewien szlachetny chirurg co jest u nas w medycynie zjawiskiem niebywale rzadko spotykanym. Brzuch cały czas mnie bolał co prawda już nie tak bardzo ale jednak po mimo intensywnego leczenia nie ustąpił całkowicie. Gorączki już nie miałam.
Ów doktor przeglądnął moje wyniki, zrobił mi USG brzucha i zaczął ze mną tak najzwyczajniej w świecie rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Wyjaśniłam mu swoje obawy dotyczące zabiegu, a On przytakiwał mi ze zrozumieniem. Powiedział, że moje wątpliwości są uzasadnione i jak najbardziej się ze mną zgadza, że nie należy podejmować w momencie tak pochopnych decyzji zwłaszcza gdy dotyczy to zbyt inwazyjnej ingerencji w człowieku. Mój przypadek jest dość poważny i obciążony wieloma schorzeniami do tego zażywam całą masę leków ze sterydami włącznie więc jestem bardziej narażona na niebezpieczeństwo i powikłania pooperacyjne niż taki normalnie zdrowy człowiek.

Po tej naszej całej rozmowie doktor przedstawił mi pewne rozwiązanie, które okazało się znacznie mniej inwazyjne niż operacja. Jednak niosło to ze sobą pewne ryzyko, które mogło zakończyć się ostatecznie na stole operacyjnym. Mianowicie przy pomocy USG doktor miał wprowadzić dren w miejsce ropnia by zrobić mu ujście na zewnątrz. Ropień był niekomfortowo usytuowany bo sąsiadował z Esicą czyli częścią jelita grubego, które podczas wprowadzania drenu mogło zostać uszkodzone. Wówczas musiałabym w trybie natychmiastowym poddać się operacji i założenia STOMII co jak powszechnie wiadomo nie jest rzeczą zbyt przyjemną i komfortową.
Byłam z mężem na tej konsultacji więc doktor, którego nazwałam takim moim „aniołem stróżem” oznajmił, że wychodzi na chwilę i byśmy w tym czasie podjęli decyzję czy mam podjąć to ryzyko czy się wstrzymać. Nie ukrywam, że popłakałam się jak Bóbr i trzęsłam gaciami ze strachu. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę, że jak nic z tym nie zrobię to ten ropień może pęknąć i rozlać się wewnątrz jamy brzusznej prowadząc do zapalenia otrzewnej i w efekcie tego do śmierci. Przeanalizowałam wszystkie ZA i PRZECIW i gdy po powrocie doktor zapytał jaka jest moja decyzja odpowiedziałam iż zgadzam się na założenie drenu bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wówczas mój „anioł” uśmiechnął się do mnie i pogratulował trafnej decyzji oraz dojrzałego podejścia do tak trudnej sprawy. 

Przeżegnałam się więc i poprosiłam Pana Boga o opiekę. Mogłam więc spokojnie poddać się temu drenażowi, który musiał się udać ponieważ Bóg trzymał mnie za rękę, a sam zabieg wykonywał mój „anioł stróż”. Na znak, że jestem gotowa kiwnęłam głową wtedy doktor wstrzyknął mi w brzuch środek znieczulający. Po chwili wyciągnął taką dużą igłę jak do punkcji, która znajdowała się wewnątrz drenu. Na sam widok zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i poczułam jeszcze większy strach. Doktor przyłożył głowicę USG do brzucha i zaczął powoli się wkłuwać. Po policzkach pociekły mi łzy ale nie przez ból jaki odczuwałam tylko ze strachu, który zagłuszył wszystko inne wokół. Po umiejscowieniu drenu wewnątrz brzucha doktor usunął igłę. Dren został dodatkowo zabezpieczony przed wysunięciem kilkoma szwami przymocowanymi do skóry brzucha.
Po dosłownie 10 minutach, a mi wydawało się, że trwało to całe wieki usłyszałam upragnione „już po wszystkim”, jelito nie zostało na szczęście  uszkodzone.
W drenie od razu pokazała się treść surowicza (taki jasnoczerwony bezzapachowy płyn), a nie ropa, której oczekiwaliśmy. Doktor wyjaśnił mi iż albo to nie do końca był ropień tylko np, stan zapalny albo nie trafił w sam jego środek. Kazał odczekać 3 dni czy nic się nie pojawi i zgłosić się do kontroli chirurgicznej. Oczywiście cały czas leżałam jeszcze w szpitalu więc chirurg opisał całą konsultację i wytyczne dla moich lekarzy prowadzących.

Na oddział wróciłam z takim dodatkowym gadżetem w postaci drenu zakończonego taką torebeczką do której spływała treść surowicza. Przywiózł mnie ów życzliwy Ratownik blondynek, o którym pisałam TUTAJ. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi ale asystował przy moim drenażu co nie należało do jego obowiązków, a na koniec powiedział mi żebym się nie martwiła bo na pewno wszystko będzie dobrze i będzie trzymał za mnie mocno kciuki. Bardzo miły gest nie uważacie? ;)

Lekarze i pielęgniarki sądząc po minach byli wielce „uradowani” widząc mnie z powrotem z nowym towarzyszem „workiem”.
Po chwili przyszła do mnie Pani doktor i z oburzeniem w głosie zaczęła krytykować mojego „anioła stróża”, który jako jedyna osoba zobaczył we mnie schorowanego człowieka, a nie tylko królika doświadczalnego.
Powiedziała, że jak sprawdzała w podręczniku to takie ropnie jak moje leczy się tylko operacyjnie i ona zupełnie nie może zrozumieć takiego bezsensownego rozwiązania jakie zastosował chirurg. W moich oczach straciła całą swoją wartość i autorytet jako lekarz. Zwłaszcza, że wcześniej przyznała iż nie jest to jej dziedzina i nie zna się na tym. Nie mogłam zrozumieć jak można traktować pacjenta tak przedmiotowo opierając się jedynie na przedstawionym pojedynczym schemacie książkowym. Wiadomo, że każdy pacjent jest indywidualistą w swojej chorobie i jego leczenie wcale nie musi być takie sztywne i teoretyczne. Czasem trzeba trochę poeksperymentować żeby wybrać najbardziej dogodne i optymalne rozwiązanie oraz mocno się zastanowić co i jak zastosować żeby zmniejszyć ryzyko, a zwiększyć szanse na poprawienie stanu zdrowia chorego. Byłam w szoku zachowaniem lekarki, która cały czas dawała mi do zrozumienia, że mój brak zgody na operację jest czystym wymysłem i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Lekarze patrzyli na mnie z pewną pogardą przez co czułam się jak jakiś wyrzutek społeczeństwa ot takie zaszczute zwierzątko, którego nikt nie rozumie i nie wesprze w tej przykrej i trudnej chwili. Siłę do walki dawał mi sam Bóg, a wsparcie moich najbliższych i znajomych było dla mnie taką dodatkową pigułką energetyzującą.

Mój towarzysz „worek” nie zdobył mojej sympatii. Cały czas musiałam uważać żeby go sobie niechcący nie wyrwać np. podczas snu lub nie zapomnieć zabrać go ze sobą wstając z łóżka, że już o dyskomforcie, który odczuwałam cały czas nie wspomnę.
Na szczęście nie trwało to długo. Po 3 dniach zgodnie z zaleceniami chirurga stawiłam się do kontroli. Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.

The following two tabs change content below.

Ostatnie wpisy gabunia76 (zobacz wszystkie)

6 Komentarze

  1. Dziwię się takiemu postępowaniu lekarki, bo w końcu jeżeli nie rozumiała Twojej decyzji powinna porozmawiać w chirurgiem i ustalić dalsze leczenie.

    • Chirurg wszystkie wytyczne po każdej mojej konsultacji przesyłał w formie pisemnej, a także wyjaśniał mi pewne kwestie, które z kolei przekazywałam lekarzom prowadzącym. Jeżeli pojawiał się jakiś problem lub niejasności w moim samopoczuciu to od razu wysyłano mnie na konsultację chirurgiczną.
      Lekarze czekali kiedy w końcu zgodzę się na operację, a ja czekałam aż to leczenie zacznie działać i ropnie się wygoją.

  2. Na końcu napisałaś: „Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.” – dlaczego niestety? Czy po tym zabiegu bóle minęły? Kurcze… no i znowu będę musiała czekać na ciąg dalszy wiele dni…

    • Szczegółów nie będę zdradzać ale postaram się żebyś na następną część nie musiała tyle czekać :)

  3. Trudno się dziwić, że się bałaś. Każdy na Twoim miejscu byłby nieprzytomny z przerażenia. Gdyby uszkodził jednak to jelito… Dobrze, że nic się nie stało. Pozdrawiam. :)

    • No właśnie miałam dużo szczęścia, że trafiłam na takiego doktora, który miał sprawną rękę :) Jak się potem okazało to on i jego brat bliźniak są jednymi z lepszych chirurgów tutaj u nas.
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.