Droga przez mękę – adopcja od podszewki

 

Nasz syn miał 4 lata więc był już na tyle duży, żeby zacząć myśleć o drugim dziecku. Niestety gdy mały miał 2 latka zachorowałam dodatkowo na cukrzycę byłam więc pod stałą opieką specjalistów. Zaczęliśmy drążyć temat  z moimi lekarzami. Teraz wiem, że nie był to do końca dobry pomysł i raczej mogliśmy zadziałać z zaskoczenia ale cóż temat był poważny i wymagał od nas odpowiedzialności i dojrzałości umysłu. Na pewno niektórzy zadają sobie pytanie: – O co chodzi z tym „zadziałać z zaskoczenia”?
No więc już odpowiadam. Otóż z moich obserwacji wieloletnich wynika, że gdy pacjent choruje na coś przewlekle i poważnie, a przy tym podejmie jakąś swoją ważną decyzję życiową to lekarze z reguły mówią NIE. Przedstawiają wtedy pacjentowi najgorszy scenariusz żeby go zniechęcić ponieważ musieliby poświęcić mu więcej czasu i na prawdę konkretnie  pomyśleć jak tutaj zadziałać żeby było dobrze. Czasem więc trzeba takiego doktora postawić przed faktem dokonanym i jednocześnie zaoszczędzić mu niepotrzebnego główkowania :)
Wracając do tematu  Lekarka oczywiście na wstępie powiedziała, że nie wolno mi zajść w ciążę ponieważ ryzyko powikłań w moim przypadku jest zbyt duże. Nie bałam się o siebie bo wiem, że jestem twarda baba i na pewno bym się jakoś wylizała. Z dzieckiem jednak mogło być zdecydowanie dużo gorzej, a tego to bym już nie zniosła gdyby maleństwu coś się stało.

Zostaliśmy mocno nastraszeni przez lekarzy dlatego zaczęliśmy myśleć nad adopcją. Mieliśmy duże obawy czy podołamy w wychowaniu nieswojego dziecka czy będziemy w stanie je pokochać. Mąż bardziej oponował, a ja pobudzona silnym instynktem macierzyńskim wierciłam mu dziurę w brzuchu. Na widok kobiet w ciąży i maleńkich bobasów beczałam jak bóbr. W reszcie udało mi się przeciągnąć męża na swoją stronę. Zdecydowaliśmy, że będzie to niemowlaczek by odkąd maluch sięgnął pamięcią był zawsze z nami. Pomyśleliśmy sobie, że nie powinno być problemów gdyż ciągle się słyszy ile jest dzieci oczekujących na dom i nowa rodzinę. Nic bardziej mylnego.

Umówiliśmy się do jednego z Ośrodków Adopcyjnych w naszym mieście. I się zaczęło bo już na wstępie Pani Dyrektor uczepiła się do dwóch spraw. Mianowicie po pierwsze powiedziała, że mamy już swoje dziecko więc jesteśmy spełnieni jako rodzice i musimy dać szansę innym bezdzietnym małżeństwom. Dla mnie totalny absurd no ale jakoś to jeszcze szło zrozumieć ale gdy powiedziała, że jestem chora i istnieje duże prawdopodobieństwo iż wcześnie osierocę ową dziecinę (pomimo, że miałam wszystkie stosowne zaświadczenia od specjalistów przemawiające na moją korzyść) nie wytrzymałam i rozpłakałam się mówiąc, że dziękuję jej za tak optymistyczną ocenę i tak na prawdę to nikt nie wie co go jutro spotka. Może potrąci panią samochód lub zachoruje pani na coś poważnego czego oczywiście nie życzę.
Nikt nie ma prawa osądzać sytuacji tym bardziej, że kompletnie nie ma o niej pojęcia. No cóż zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Taka sytuacja spotkała nas również w innych ośrodkach. Zrezygnowani i załamani trafiliśmy do ostatniego Ośrodka Adopcyjnego w mieście. Oczywiście na początku usłyszeliśmy to co zwykle ale pojawiło się pewne „ALE” więc zaczęliśmy słuchać uważnie. Po każdym wypowiadanym zdaniu wpadaliśmy w coraz to większe osłupienie ponieważ pani zaproponowała nam adopcję ciężko chorych dzieci z poważnymi wadami rozwojowymi. Mam na myśli takie biedne „roślinki” które Pan Bóg trzyma na tym świecie po mimo iż nie mają nikogo kto by je pokochał. Tego było za wiele. Jak Pani z ośrodka mogła nam coś takiego zaproponować wcześniej dając mi do zrozumienia, że stoję już nad grobem, a gdyby mi się coś stało gdyby mi się pogorszyło to jak by sobie ten mój biedny mąż poradził z opieką nade mną i nad tak chorym dzieckiem? No cóż o tym już Pani dyrektor nie pomyślała.
Przepełnieni wielkim żalem przez taki obrót sprawy, którego w ogóle nie braliśmy pod uwagę wyszliśmy stamtąd.  A miało być tak kolorowo.

Jednak nie poddaliśmy się tak szybko. Zaczęliśmy odwiedzać domy samotnej matki, domy dziecka i byliśmy u sióstr gdzie jest okno życia żeby dowiedzieć się jakie są procedury i szanse na adopcję. No cóż wszystko niestety musiało przejść przez nieszczęsny Ośrodek Adopcyjny. Czas leciał do przodu, a my nadal szukaliśmy. Byliśmy nawet w innym mieście gdzie obiecano nam, że po roku oczekiwania będziemy mieć upragnionego malucha. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość :( Ciągle był ktoś w kolejce przed nami.

Gdzieś mniej więcej około 4 lat trwały te nasze poszukiwania i walka z wiatrakami.
W końcu zdecydowaliśmy, że spróbujemy adoptować starsze dziecko takiego 3 bądź 4 latka. Zaczęliśmy się też zastanawiać by zostać rodziną zastępczą bądź zaprzyjaźnioną jakiegoś starszego dziecka. I tak zaczęła się nasza kolejna przygoda, którą mam zamiar kiedyś Wam przedstawić.

Do dziś nie umiem się z tym pogodzić, że nie dano nam ponownej szansy bycia rodzicem dla maleństwa, którego tak bardzo pragnęłam mieć. Od momentu naszej wędrówki po wszelkich instytucjach związanych z adopcją minęło 14 lat i gdyby nam się udało to dzieciak byłby już prawie odchowany. Jakoś jeszcze nie wpadłam do grobu nad, którym ponoć cały czas stoję. Nie ukrywam, że chwilami czuję się gorzej i ciągle mam jakieś problemy zdrowotne ale po mimo wszystko staram się trzymać tego Świata wszystkimi swoimi kończynami ponieważ mam dla kogo żyć.

Dziękuję Bogu, że dał mi dar bycia mamą. Teraz rozumiem, że urodziłam syna stosunkowo wcześnie ponieważ już 2 lata później poprzez dodatkowe choroby zostałam pozbawiona tej szansy na zawsze. Możecie wierzyć mi lub nie ale myślę, że na samej Górze jednak jest KTOŚ kto nad nami czuwa i pomaga nam w pewnych sytuacjach przejść przez życie. Wystarczy tylko poprosić GO o pomoc i wpuścić do swojego Świata, a ON się już Wami zajmie :)

56 Komentarze

  1. być może ściągnę na siebie falę krytyki, ale proszę – nie wrzucajcie wszystkich ośrodków adopcyjnych do jednego worka! Ośrodki tworzą ludzie, którzy są tam z powołania lub z przypadku. Osobiście pierwszy ośrodek do którego trafiliśmy wywołał u mnie płacz i frustrację, więc znaleźliśmy inny. Musieliśmy co prawda dojeżdżać po 100km na szkolenie, ale nie żałuję. I też mieliśmy pod górę, a wiecie dalczego? Bo całe rodzicielstwo jest branięciem pod górę z uśmiechem na twarzy :) Pojawiają się trudy, ale warto. Z rodzicielstwem adopcyjnym będzie ciężej, zawsze zdarzy się ktoś życzliwy, kto wypomni „patologiczne geny” (przy okazji pozdrawiam osobę, która stwierdzała, że tylko 20% zależy od wychowania – mam nadzieję, że twoja rodzina składa się z samego idealnego materiału genetycznego). Dlatego też w pewnym sensie „zniechęcanie” nie jest niczym strasznym – jest to psychologiczne badanie motywacji i osobowości potencjalnych rodziców. Czy jako pracownicy takiego ośrodka wzielibyście na siebie odpowiedzialność za powierzenie dziecka, które i tak nie miało łatwo, osobom które decydują się na taki krok pod wpywem emocji lub są ludźmi którzy szybko tracą zapał? Ja nie. Oczywiście można robić to w różny sposób, bardziej lub mniej chamsko, ale umówmy się – czy dorastający nastolatek jest bardziej wysublimowany, krzycząć że nas już nie kocha (taki dowcip)?? :)

    Zostaliście potraktowani bardzo niesprawiedliwie. Niestety. Ale nie zawsze tak jest. My zostaliśmy rodzicami po pół roku od rozpoczęcia procedury. Po roku od pierwszego dziecka, pojechaliśmy wyrazić chęć na drugą adopcję. Co usłyszeliśmy w ośrodku. Że super ;) Że będziemy musieli być może poczekać (zgadzam sie osobiści ze tym, że osoby czekające na pierwsze dziecko mają pierszeństwo), ale będzie.

    Także pozdrawiam Cię ciepło i życzę szczęścia na Twojej drodze. Z Bogiem!

    • Witaj Ewo :)
      Staram się nie wrzucać wszystkich OA do jednego worka, chociaż po tym co przeszliśmy i słyszeliśmy od innych par starających się o adopcję, niestety dobrego zdania o tego typu placówkach nie mamy. My mieliśmy mniej szczęścia, walczyliśmy kilka lat. Cieszę się, że wam się udało, ale przypuszczam, że ani Ty, ani Twój mąż nie jesteście obciążeni poważnymi chorobami przewlekłymi tak jak ja i być może mieszkacie w innej części Polski niż my. Mnie zdyskwalifikowano niestety, wydano wyrok, że w związku z tym iż długo nie pociągnę, a poza tym mam już dziecko własne nie mam prawa starać się o adopcję. Bardzo chore dzieci (porażenie mózgowe, wodogłowie, down, itp.) chcieli nam oddać bez żadnych problemów, nawet przygotowania w sumie nie musieliśmy mieć tak jak to jest wymagane przy adopcji. I to jest w porządku, zgodne z powołaniem i sumieniem? Oni chcieli się pozbyć problemu, ich nie obchodziło gdzie ten chory dzieciaczek trafi i co z nim się będzie działo. Wtedy moje choroby nie miały znaczenia, nie interesowało ich to, mój mąż miałby się zajmować mną i tym ciężko chorym dzieckiem. Od tej pory minęło 15 lat i dzięki Bogu żyję, funkcjonuję i do tego czasu drugie dziecko byłoby odchowane. No cóż, widocznie nie było nam to pisane. Nasz syn jest już dorosły ma 20 lat i cieszymy się, że Pan Bóg nam go zesłał. Jest zdrowym i fajnym młodzieńcem i jesteśmy z niego dumni :)

      Pozdrawiam Cię serdecznie :)

  2. My z mężem adoptowaliśmy chłopca, miał 2 lata i 8 miesięcy jak go poznaliśmy, a teraz staramy się o drugie. Po raz kolejny też musimy przechodzić całą procedurę, zaczynając od „a po co wam drugie przecież macie już jedno…”. Z mojego doświadczenia i innych rodzin adopcyjnych mi znanych wynika, że nie wolno się zrażać pytaniami na pierwszej rozmowie, nawet jeśli są trudne, oburzające lub intymne. Jeśli nie uprzecie się przyjść na drugą i kolejną wizytę, rozmowę to osiągają swój cel – uważają Was za niezdecydowanych, nie do końca pewnych, cenią tych co wychodzą drzwiami, wchodzą oknem, byle osiągnąć cel. To ma swoje przełożenie później na dziecko adopcyjne, przy wyprowadzaniu dzikusa na normalne dziecko mają szansę tylko wytrwali i cierpliwi. Co do twojej choroby to, z mojej grupy adoptowało małżeństwo 2 chłopców (3 i 4 latka), a dziewczyna chorowała na raka. Z drugiej grupy małżeństwo z własnym chorym dzieckiem na chorobę genetyczną, którą oni mu przekazali w genach adoptowało dziewczynkę 2 latka. Więc sądzę, że nie zależy to od choroby.

    • Witaj
      My nie poddaliśmy się po pierwszej wizycie w OA, walczyliśmy przez kilka lat, lecz przy składaniu papierów i rozmowach przeprowadzonych z dyrektorami placówek dyskwalifikowano nas poprzez nieprzyjęcie dokumentów i kategoryczną odmowę ponownej próby zgłoszenia się. Wszędzie nas przekreślano, nie dawano szansy, albo ze względu na mój ogólny stan zdrowia, który był główną przyczyną odmowy, albo dlatego, że posiadaliśmy już syna, więc ich zdaniem byliśmy spełnieni jako rodzice. Twoi znajomi mieli dużo szczęścia, że im się udało, w naszym wypadku było zupełnie inaczej niestety. Cóż życie to loteria, jeden wygra los, a drugi przegra.

      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny :) Zapraszam ponownie

  3. Ojeju, ciężki temat. Naprawdę, bardzo się staraliście i pozazdrościć wytrwałości. Procedurowy mur okazał się chyba za wysoki…

    Ciepełka
    Martyna

    • Tak, niestety mur okazał się nie do przeskoczenia, zdaniem pracowników nie nadawałam się na matkę, a szkoda, bo gdyby nam się udało wtedy maluszka adoptować, dziś miałby już 15 lat. Cieszę się jednak, że los podarował nam syna i pomimo wszystko dane nam było zaznać rodzicielstwa.

      Pozdrawiam

  4. Gabuniu, wstrząsające i trudno to wszystko zrozumieć… Tym bardziej, że już jedno (Wasze) dziecko już było zdrowe, ciągle żywe i niezaniedbane – to najlepszy argument, że jesteście ludźmi świadomymi i odpowiedzialnymi. Szkoda…

    • My też bardzo żałujemy, bo kochamy dzieci i na pewno wychowalibyśmy jak swoje. A do tego czasu już byłoby prawie dorosłe. No cóż tak zadecydowała większość Ośrodków Adopcyjnych w naszym mieście i okolicy, by uniemożliwić nam pokochanie i wychowanie dziecka przysposobionego w pełnym miłości i rodziny domu.

  5. Wstrząsający tekst, Gabuniu. Głośno krzyczą media,politycy, że dzieci czekają na rodziców adopcyjnych, tęsknią, wypatrują chcą należeć do mamy i taty. Na drugim końcu czekają setki małżeństw, które chcą dać tym dzieciom dom. Niestety instytucje państwowe, przeszkadzają jak tylko potrafią, by jedni (dzieci) drugich (rodziców) nie odszukali i nie stworzyli szczęśliwego domu. Absurd, głupota czy złe prawo adopcyjne, a może błąd niekompetentnych urzędników, którzy boją się podjąć właściwą decyzję. Rozumiem, że dzieci opuszczone przez rodziców biologicznych muszą mieć opiekę państwa. Często mają nieuregulowaną sytuację prawną. Żeby dać im szansę na prawdziwy dom, trzeba przepisy uprościć i nieodpowiedzialnych ludzi pozbawiać praw rodzicielskich szybko, by dziecko miało jak najwięcej szans na znalezienie domu. Tymczasem sprawy ciągną się latami, a dziecko czym starsze tym mniejsze szanse ma na adopcję.
    Gabuniu, Mogliście z mężem dać wspaniały dom opuszczonemu przez matkę biologiczną dziecku. Nie dano Wam na to szansy, a wręcz pozbawiono któreś z dzieci możliwości wychowywania się w prawdziwej rodzinie. Skazano to dziecko na pobyt w domu dziecka, może nawet do pełnoletności.
    Gdyby nawet Twoja choroba się nasiliła, Twój mąż wziąłby odpowiedzialność za rodzinę i na pewno nie pozwolił skrzywdzić dzieci. Dlaczego bezduszne przepisy i urzędnicy pozbawili Was szansy dania opuszczonemu dziecku domu? Słusznie piszesz, że każdy człowiek może w każdej chwili odejść, a życie będzie toczyć się dalej. Nie można z góry zakładać, że osoba chora przewlekle nie ma prawa planować życia swojego i rodziny, bo urzędnik przewiduje, że może nie zdążyć wychować adoptowanego dziecka? Głupota, wychodząc z takiego założenia nikt nie powinien decydować się na dzieci, bo może go rozjechać samochód i co stanie się z dzieckiem?
    W Ośrodkach Adopcyjnych powinny pracować ludzie kompetentni, z wyjątkowymi predyspozycjami do tego rodzaju wyzwań. Selekcję i nabór pracowników powinny poprzedzać rożnego rodzaju sprawdziany. Ale i to nie nic pomoże, kiedy prawo adopcyjne będzie nieczytelne i niejednoznaczne. Dużo trzeba zrobić w tym zakresie.
    Pozdrawiam Gabuniu serdecznie:)

    • Masz rację Elu. Niestety nijak się ma, to co mówią ośrodki adopcyjne w mediach, czy podczas pierwszej rozmowy z potencjalnymi kandydatami na rodziców, do tego, co tak na prawdę dzieje się za kulisami.
      My mieliśmy okazję poznać, tą smutną i wstrząsającą prawdę, zostaliśmy drastycznie sprowadzeni na ziemię.

      Tak na prawdę nie dobro dziecka się liczy, lecz ubicie korzystnego interesu, licytacja trwa, kto da więcej :(

      Pozdrawiam Cię Elu ciepło

  6. Witam
    Nie wiedziałam, że tak trudno jest adoptować dziecko. Kiedyś z kuzynką rozmawiałyśmy na temat dzieci i adopcji. Miałyśmy wtedy ona 14 ja 18 lat i byłyśmy tego samego zdania, że jak już to jedno swoje a drugie adoptowane. To nienormalne by Ośrodki Adopcyjne utrudniały dzieciom znalezienie rodzin oraz rodzinom możliwość pokochania dziecka. I co z tego, że ma pani swoje? To nie jest powód by odmówić komuś adopcji.
    Do rodziny zastępczej bym się nie pisała – nie umiałabym później go oddać.
    Pozdrawiam Si

    • Witam Cię Si serdecznie w moich skromnych progach :)

      Niestety wbrew pozorom faktycznie adopcja graniczy z cudem. I niby tak dużo mówi się o dużej ilości dzieci, które przebywają w domach dziecka, czy innych tego typu placówkach, a jak przyjdzie co do czego, to nikt tak na prawdę nie spełnia wymogów ośrodków adopcyjnych na przyszłych rodziców. My poznaliśmy to od podszewki i mocno ta wiedza nami wstrząsnęła. Jeszcze wrócę kiedyś do tego tematu, bo to nie wszystko co tutaj opisałam.
      Z rodziną zastępczą to już inna sprawa, trzeba liczyć się właśnie z utratą dziecka na rzecz biologicznych rodziców, a z tym to nie jest tak prosto, gdy nawiązało się więź z dzieckiem i potem trzeba go oddać.

      Pozdrawiam cieplutko i zapraszam ponownie ;)

  7. Niewiarygodne! Mówię o tej sytuacji sprzed 14 lat, nawet sobie nie wyobrażałam, że jeśli ktoś ma jedno dziecko i chce adoptować drugie, to że mogą go spotkać takie przejścia. Z drugiej strony na pewno coś w tym musiało być, że wyszło tak, jak wyszło. … Pozdrawiam serdecznie!

    • To w jaki sposób zachowują się niektóre OA jest całkowicie niehumanitarne i nie umiem na to znaleźć żadnego usprawiedliwienia i wytłumaczenia.

      Jednak tak jak piszesz, że widocznie tak miało być i nic nie dzieje się bez przyczyny.

      Pozdrawiam serdecznie :)

  8. Nie tylko w Polsce tak jest. Mam kolege we Francji, porzadny czlowiek na poziomie, pracuje w miedzynarodowej frmie. Jego zona jest nosicielka choroby genetycznej i maja jedynie 50% szans na zdrowe dziecko. Zdecydowali sie nie ryzykowac i postawic na adopcje. Od 2 lat sie staraja i niestety ich potyczki z francuskimosrodkiem adopcyjnym wygladaja podobnie. Panie urzedniczki oceniaja rodzine negatywnie po 30 min rozmowy. Jestem pewna, ze przeszkoda jest to, ze kolega jest lysy i niezbyt urodziwy…. Przeciez takiemu porzuconemu maluszkowi byloby 1000 razy lepiej w normalnej rodzinie, nawet z „brzydkimi” rodzicami, niz w sierocincu! I w dodatku nalzaloby jak najszybciej przekazac takim ludziom dziecko, zeby jak najwiecej czasu spedzilo z kochajacymi rodzicami. Szczegolnie przy jakiejs chorobie, tak jak Pani, przeciez te 20 czy 30 lat z matka, nim ta „wpadnie do grobu” dla malca byloby cenniejsze niz miesiace spedzone wsierocincu!
    Przeciez zdrowi ludzie, ktorzy moga miec swoje dzieci nie mysla o adopcji!

    • Zupełnie nie rozumiem co ma wygląd do adopcji to jest jakaś paranoja. Widzę, że podział ludzi na tych lepszych i gorszych funkcjonuje wszędzie nie tylko u nas.
      Choroba też nie powinna być przeszkodą bo jest to niestety rzecz nabyta i nikt do końca nie wie co, gdzie i kiedy go spotka.

      Nie do końca się z Tobą zgodzę, że związki, które mogą mieć dzieci nie decydują się na adopcję. Często się słyszy o rodzinach, które przysposabiają obce dzieci lub nawet zakładają rodzinne domy dziecka.

      Pozdrawiam

    • Tak wiem Aniu widziałam :) to już nie pierwszy raz mi się udało wypromować i ktoś też mnie wypromował.

      Pozdrawiam Cię Aniu serdecznie :)

  9. A propo ostatniego akapitu: Skoro tak, to nie pomyśleliście o tym, żeby tego kogoś na górze poprosić o pomoc w sprawie drugiego dziecka? Może byłaby to jednak adopcja, może jednak ciąża, a może pogodzenie się z brakiem? A może jeszcze co innego? Ale na pewno nie 14 lat użerania się.

    • Nasze użeranie z OA nie trwało 14 lat tylko około 6 lat, a 14 od początku naszej wędrówki.

      Prosiliśmy Boga o dobre i optymalne dla nas rozwiązanie. Wyszło jak wyszło więc myślę, że na pewno Pan Bóg miał w tym swój cel zsyłając nam takie, a nie inne zakończenie tej sprawy.

      Pozdrawiam :)

  10. witam.powiem tylko tyle ze my z mezem tez mielismy takie przygody z osrodkiem adopcyjnym.trudno jest im zrozumiec ze majac swoje dziecko mozna pokochac inne.caly czas nam wiercili dziore w brzuchu po co nam dziecko jak mamy juz a inni czekaja zeby sie spelnic rodzicielsko .szkoda gadac.jakies chore przepisy i poglady a tyle dzieci czeka w domach dziecka.my czekalismy 4 lata az Pan Bog stracil cierpliwosc i nas obdarowal naszym kolejnym dzidziusem bo pewno bysmy sie nie doczekali tej adopcji.(to oczywisie opisalam w skrocie bo duzo by mowic)przez to trzeba przejsc zeby zrozumiec te ich polityke :) pozdrawiam

    • Tak właśnie niestety jest. Media przedstawiają fakt adopcji w samych superlatywach i namawiają by dać dom i pokochać dzieci osierocone ale jak to zrobić kiedy OA rzuca chętnym kandydatom na rodziców kłody pod nogi.
      Gratuluję pojawienia się maluszka w Waszej rodzinie :)
      Dobrze, że mieliście tą możliwość by mieć własne bo niestety są pary, które nie mają tyle szczęścia.

      Pozdrawiam :)

  11. Witam
    Bardzo mi przykro,że tak zostałaś potraktowana w Ośrodkach Adopcyjnych. Ja jestem mamą adopcyjną od ponad 2 lat i cały proces adopcyjny od samego początku wspominam bardzo dobrze. Trwało to 2 lata ale było warto. I moim zdaniem bardzo dużo zależy od osób pracujących w Ośrodkach, my na szczęście trafiliśmy na wspaniałych ludzi.
    Pozdrawiam i na pewno zaglądne na Twojego bloga!!!

    • Witam Cię Madziu i oczywiście z miłą chęcią będę Cię gościć u siebie :)

      Bardzo się cieszę, że udało Ci się szczęśliwie przebrnąć przez te wszystkie procedury i dotrwać do końca. Często myślę sobie, że gdybym była zdrowa to na pewno nie spotkało by nas to wszystko. To świadczy o totalnym zacofaniu i braku dojrzałości ze strony pracowników Ośrodków Adopcyjnych.

      Pozdrawiam Cię serdecznie

  12. Podziwiam odwagi. Ja nie byłabym w stanie adoptować dziecka. Pamiętaj, że dziecko nawet od maleństwa ma swoje geny. Wychowanie dziecka to tylko 20%, za resztę odpowiadają geny. Na rodzinę zastępczą też bałabym się decydować, bo co jeśli ja sama przywiążę się do tego dziecka? To byłoby bardzo trudne. Ale podziwiam takie osoby i darze je na prawdę wielkim szacunkiem za odwagę. Pozdrawiam:)

    • Nie zgodzę się ze zdaniem, że tylko 20% to wychowanie a reszta geny, a naprawdę wiem co mówię bo sama zostałam adoptowana,a teraz ja mam adoptowanego synka.

      • My też na początku obawialiśmy się adoptować dziecko bo to patologia i obciążenia złymi genami ale pomyśleliśmy sobie, że tak na prawdę nasze rodzone dziecko też może zbłądzić i zejść na niewłaściwą drogę więc uważam, że jednak wychowaniem i dużo dawką miłości można wiele zdziałać :)
        Co do rodziny zastępczej to już jest dużo trudniejsza sprawa bo opiekujesz się dzieckiem i jeszcze dodatkowo masz na głowie patologicznego rodzica biologicznego, który nie jest tak do końca pozbawiony praw rodzicielskich, a może zepsuć to co nam uda się naprawić.

        Pozdrawiam :)

      • Możesz się nie zgadzać ale takie są fakty. Co w tym niby złego? Pamiętaj, że dziedziczysz geny wszystkich przodków nie tylko rodziców.

        • No niby tak ale każdy dziedziczy po kimś jakieś geny bez tego ani rusz, a wychowanie też odgrywa w życiu młodego człowieka dużą rolę i to też jest bardzo istotne.

          • Zgadzam się z Tobą. Nalezyjednak znac zagrożenie, być przygotowanym i świadomie kierowac dziecko, ktore może miec większe problemy niz inne, a nie udawać, że problem nie istnieje bo nie. Pozdrawiam :)

    • Ciekawe co by się stało jakby twoje własne dziecko z twoich genów urodziło się chore? Podziwiałabyś swoją odwagę? Bałabyś, że się do niego przywiążesz?

      • Mój skuteczny nauczyciel, którym jest życie nauczył mnie żeby nie gdybać bo zdań i rozwiązań na dany temat możemy snuć nieskończenie wiele. Mówimy tak czy siak, a jak znajdujemy się w danej sytuacji to okazuje się, że robimy coś zupełnie innego czego najmniej byśmy się po sobie spodziewali.

        To co mogę powiedzieć znając siebie i będąc w obecnej sytuacji jakiej jestem nie zostawiłabym swojego chorego dziecka na pastwę losu tak zupełnie samego. W życiu jest wiele ciężkich sytuacji, które zmuszają nas do zachowania się wbrew naszej woli i zasadom, ja to rozumiem. Nawet gdybym musiała skorzystać z opieki paliatywnej, hospicyjnej itp. bo sama bym sobie nie dawała rady to w życiu nie wyrzekłabym się swojego dziecka.

        Pozdrawiam

        • Rozumiem Gabunia, ale pytanie było do Ani, nie do Ciebie i nie zaznaczyłam tego. Wyszło więc nieporozumienie. O to właśnie mi chodzi, że nigdy nie wiadomo, co nas w życiu spotka i takie asekuracyjne poglądy typu, bałabym się przywiązać do dziecka bo ma obce geny, tłumaczyć można chyba tylko brakiem życiowego doświadczenia czy młodym wiekiem. Pozdrawiam Cię i życzę zdrowia całej rodzinie.

          • Wiem bo sama to zrozumiałam z biegiem czasu, że potrzebne jest duże doświadczenie, wrażliwość i dojrzałość emocjonalna żeby zrozumieć wiele aspektów życiowych :)

            Nic się nie stało Kika przynajmniej ja również mogłam odpowiedzieć na Twoje pytanie :)

            Mam nadzieję, że Ania jeszcze mnie odwiedzi :) i zauważy Twoje pytanie bo większość ludzi niestety już tak ma, że wpada raz coś napisze i tyle ich widzieli, a jednak nas blogerów cieszy gdy w komentarzach wywiąże się jakaś dyskusja, a może dreszczyk emocji ;) wtedy czujemy, ze to nasze pisanie nie jest tak całkiem na darmo, że ktoś to jednak czyta i ma też swoje zdanie, którym umie się podzielić z innymi.
            Myślę też, że bardzo miłym gestem jest gdy blogujący choćby kilkoma słowami odpowie na otrzymany komentarz bo świadczy to o tym, że szanuje w pewien sposób swoich czytelników i ich zdanie dlatego staram się jednak bacznie śledzić wszystkie komentarze i cos skrobnąć. Na jedne mniej, a na drugie zdecydowanie za dużo. UFF koniec tej prelekcji, bo potem nie mam co w poście napisać ;)

            Również pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twoich bliskich …..

          • Nie wiem co ona by zrobiła, ale wtedy mówi się och , on jest taki jak dziadek, no naprawdę do wszystkiego ma dwie lewe ręce, ale uśmiech ma też po dziadku, uroczy… i kocha się dalej. Cudze geny to cudze geny, zresztą geny nawet te 80% to nie jest problem, problemem jest FAS i inne ukryte choroby o których OA często celowo milczą. A badania są bezwzględne, obciążenie dziedziczne to fakt.

            • OA celowo ukrywają prawdę bo boją się, że jak za dużo powiedzą to nikt nie będzie chciał adoptować dziecka z poważnymi obciążeniami genetycznymi.
              Z drugiej strony te biedne maluszki nie są winne swojego pochodzenia, przez które nikt ich nie chce :( to straszne ….

  13. Nie ogarniam…………….. zdrowego dziecka chorej mamie się odmawia….. ale można ją obarczyć „Roślinką”…… dziwny jest ten świat……………….

    • Oj dziwny bardzo. W tym przypadku już nie pytano nas o nic i nie stosowano tych wszystkich procedur co wcześniej, a ja się pytam dlaczego?

      Pozdrawiam Cię Aniu i życzę udanej niedzieli :)

  14. Witam
    Zgadzam się w pełni z wypowiedziami osób które twierdzą że w Ośrodkach Adopcyjnych coś jest nie tak.
    Jednak trzeba również zastrzec i to ,że nie wszędzie tak jest. Wszystko zależy od ludzi którzy tam pracują.
    Gdy robiłem kurs adopcyjny w katolickim ośrodku, były tam małżeństwa które mają swoje dzieci, a mimo tego bardzo pragnęły adoptować inne dzieci. Było też małżeństwo które chciało stworzyć u siebie rodzinne pogotowie opiekuńcze.
    Wszystkie pary pragnęły adoptować tylko i wyłącznie zdrowe dzieci.
    Jako jedyny z grupy, pragnąłem adoptować chore i niepełnosprawne dziecko, bez względu na stopień jego niepełnosprawności.
    Nie spotkałem się z pytaniami dlaczego poco takie dziecko itp. Cała grupa podziwiała moja decyzję. Jedna z osób wyraziła się o mnie jak o bohaterze. Musiałem bardzo stanowczo zaprotestować. Bohaterowie byli na wojnie. To robię, robię wyłącznie z potrzeby serca, nie dla bohaterstwa , i medialnego rozgłosu. Od kilku lat jestem zaprzyjaźniony z niepełnosprawnych chłopcem.
    Był czas że jedna z lokalnych stacji TV trzy razy namawiała mnie na reportaż, zgodziłem się przy czwartej propozycji, ale tylko na kilku minutowy materiał.
    Nie winiłbym pracowników Ośrodków Adopcyjnych o takie podejście do osób pragnących adoptować dzieci. Takie są przepisy, i ci ludzie sztywno trzymają się przepisów. Jednak jak już wcześniej zaznaczyłem, wszystko zależy od ludzi tam pracujących.
    Na zakończenie naszego kursu, cała grupa wymieniła się adresami mailowymi. Nasz kurs zakończył się w czerwcu, natomiast jedna z par, o ile się nie mylę, na przełomie listopada i grudnia , miała już adoptowaną córeczkę. Wszystko zależy od oczekiwań, i od ludzi pracujących w Ośrodkach Adopcyjnych.
    Mój proces adopcyjny trwa, jak na razie wszystko chyba idzie dobrze. Nie wiem czy coś nie wyskoczy, jakaś góra, którą ciężko będzie przejść na drugą stronę. Czas pokaże, póki co jestem dobrej myśli.
    Na zakończenie zapraszam na mojego bloga : http://www.ja-i-moj-tato.blog.onet.pl
    Pozdrawiam . Kam.

    .

    • Witam Cię Kam i dziękuję za wyrażenie Twojej opinii :)

      Z tego co piszesz wnioskuję, że chcesz adoptować niepełnosprawnego chłopca w pojedynkę? Jeśli tak to z tego co wiem pojedyncze osoby mają nikłe szanse na adopcję. Myślę, że nikt nie robi Ci trudności i są przychylnie do Ciebie nastawieni ponieważ zdecydowałeś się na chore dziecko, a z tego co wiem to należy do rzadkości.
      Nam powiedziano jasno, zdrowe dziecko kategorycznie nie ale chore jak najbardziej. Przykre to jest ale prawdziwe.
      Wiem też, że nie tylko sztywne przepisy odgrywają największą rolę ale są też inne czynniki, które mają duży wpływ na podjęcie decyzji przez Ośrodek Adopcyjny.
      Myślę, że nie muszę jakoś specjalnie o nich pisać bo większość rodzin starających się o dziecko na pewno wie o co mi chodzi.

      Nie dziw się, że ludzie podziwiają Cię za Twoją decyzję. Skoro od jakiegoś czasu jesteś zaprzyjaźniony z tym chłopcem, którego chcesz adoptować to na pewno zdajesz sobie sprawę jakie poświęcenie Cię czeka. Nie wiem na co choruje chłopiec i ile ma lat ale przypuszczam, że na pewno ma ze sobą duży bagaż przykrych doświadczeń od życia. Będziesz musiał zająć się nie tylko jego ciałem ale też i umysłem, a to może być dużo trudniejszym wyzwaniem niż jego choroba.

      Życzę Ci wytrwałości i pozytywnego dla Ciebie zakończenia tej historii.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      P.S. Na Twojego Bloga na pewno zaglądnę :)

    • Oj o ile jestem optymistką to jakoś czarno to widzę bo nasz kraj musiałby przejść mega metamorfozę, a przy obecnych działaniach naszego rządu jakie mamy „przyjemność” zaobserwować to się na to nie zanosi.
      Pozdrawiam :)

  15. Swego czasu poznaliśmy przez zupełny przypadek dwie dziewczynki, siostry z domu dziecka. Postanowiliśmy zostać dla nich rodziną zastępczą. Uważaliśmy, że spełniamy wszelkie przesłanki (żona – nauczycielka w przedszkolu), ja miałem dobrą pracę. Mamy dom jednorodzinny, więc byliśmy w stanie zapewnić każdej osobny pokój.
    Rozpoczęliśmy batalię (bo tak to wyglądało). Zrobiliśmy kurs PRIDE (nie wiem poco, skoro wychowaliśmy dwóch synów). Zawiązaliśmy kontakt z biologiczną matką – wyraziliśmy na piśmie zgodę na ich odwiedzanie przez nią, mimo, ze była z głęboko patologicznego środowiska. Odbyliśmy obserwowane przez psychologa spotkania z dziećmi, mieliśmy wizytę kontrolną z ramienia sądu w domu. Musieliśmy rozwiązać szereg pisemnych testów. Jednak jak się dowiedzieliśmy, że będa nas sprawdzać na policji, wywiady w Urzędzie Miasta, pytania sąsiadów, czy jesteśmy „porządnymi ludźmi” (z naciskiem na pedofilstwo moje i moich dzieci – nawet w szkole) – polegliśmy! Stwierdziliśmy, że nie będziemy więcej uczestniczyć w tym haniebnym i poniżającym procederze! Wycofaliśmy się.
    Teraz wszystkich, którzy chcą zostać rodzicami zastępczymi – ostrzegamy!

    • Bardzo Ci dziękuję za opisanie swojej smutnej historii.
      Dla mnie to nie do pomyślenia, te wszystkie procedury, przepisy nijak się maja do praktyki. Nasz kraj jak widać lubuje się w funkcjonowaniu według suchej teorii.
      No dobrze skoro tak jest to jakim cudem te rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka, o których tyle się słyszy w mediach, że molestują, że się znęcają nad wychowankami dostają status prawnego opiekuna. To dla mnie jakaś kpina. Ktoś kto ma jakieś dewiacje potrafi jak widać dobrze się maskować, a potem kto na tym najbardziej ucierpi? Oczywiście niewinne dzieciaki, które w wyniku zbyt rygorystycznego postępowania przez instytucje pozbawione są możliwości wychowywania się w normalnie funkcjonującej rodzinie.

      Zamierzam napisać o tym jeszcze na blogu bo my też podchodziliśmy do tematu rodziny zastępczej.

      Pozdrowienia dla Ciebie i rodzinki oraz udanego weekendu :)

  16. Potrafisz zaskoczyć, tej opowieści z Twojego życia nie znałam. Szkoda, że te wszystkie procedury związane z adopcją tak bardzo godzą w takich ludzi jak Ty, ludzi, którzy mają do czynienia z przewlekłą chorobą, ale potrafią z tym żyć i wiedzą, że daliby radę i potrafią się dzielić swoją miłością. To nie powinno mieć miejsca.

    • Niestety My chorzy jak widać spotykamy się z przeszkodami na każdym kroku. I czy są to bariery społeczne czy terenowe to za każdym razem przypominają nam, że My mamy swoje miejsce w szeregu. To smutne ale taka jest prawda. Szkoda, że nam się nie udało bo mam w sobie tyle miłości, że mogłabym obdarować nią cały świat, a co dopiero taką małą bezbronną istotkę.

  17. Te wszystkie procedury i wymagania wcale nie zapobiegają patologiom, jak się często w mediach słyszy. Bo jak ktoś ma złe intencje już na początku, to i tak potrafi się doskonale maskować. Chętnie poczytam o Twoich dalszych perturbacjach w tym temacie. Uściski :)

    • Tak własnie jest, że zamiast zapobiegać żeby tych patologii było coraz mniej i żeby te dzieciaki nie tułały się po tych domach dziecka, a miały więcej możliwości do zamieszkania w normalnie funkcjonującej rodzinie to wszelkie uprawnione do tego władze cały czas wszystko utrudniają i uniemożliwiają.

      Pozdrawiam Cię serdecznie i oczywiście ZAPRASZAM :)

  18. Kolejny szczery i wzruszający wpis Gabuniu. Taka jest polska polityka: jeśli człowiek chce zaadoptować dzieciątko, to robią mu pod górkę. To niesprawiedliwe.
    Pozwolisz Gabuniu, że wrzucę link do Twojego bloga w moich ulubionych? :)
    Miłego dnia.

    • Dziękuję Aniu.
      Ech czasem człowiek to już nie ma siły chodzić po tych wszystkich górkach. Tak nieraz wszyscy narzekają, że nic się nie robi by coś szło w dobrym kierunku ale jak człowiek o coś walczy i chce to osiągnąć to wiecznie są jakieś ALE i masa kłód pod nogami.

      Będzie mi bardzo miło Aniu zagościć wśród Twoich ulubionych Blogów :)
      Pozdrawiam Cię serdecznie i miłego dzionka życzę :)

  19. Trudno powiedzieć, dlaczego ośrodki w ten sposób podchodzą do sprawy. W końcu tyle jest dzieci, które potrzebują rodziny. Oglądałam kiedyś program, w którym pary skarżyły się na przedłużający się proces adopcyjny. Osoby odpowiedzialne twierdziły, że wcale nie trwa tak długo. Nie mam pojęcia, gdzie leży prawda, bo obraz przedstawiony przez obie strony był skrajnie różny. Pozdrawiam. :)

    • Wiesz jak to jest, że urzędy będą bronić swoich racji.
      Ja wierzę owym parom bo faktycznie czas ciągnie sie niemiłosiernie, wszystkie procedury i biurokracja musi swoje odczekać.
      Tak na prawdę gdy dziecko się urodzi to często może zamieszkać u adopcyjnych rodziców dopiero po roku, a do tego czasu maluch przebywa w rodzinnym domu dziecka lub w rodzinie zastępczej. Wiem jak to wszystko wygląda bo miałam okazję to wszystko zaobserwować zza kulis.
      Również pozdrawiam :)

    • To nie jest prawda, że jest dużo dzieci do adopcji. Dzieci jest mało bo większość wychowanków domów dziecka ma dochodzących rodziców z którymi czasem nawet ma kontakt

      • Jest tak właśnie, że domy dziecka pękają w szwach bo wiele dzieci nie ma uregulowanej niestety sytuacji prawnej. Rodzice biologiczni mocno patologiczni nie chcą się zrzec swoich praw ponieważ liczą jeszcze na jakąś kasę od swojego dzieciaka gdy osiągnie pełnoletność.

        • To jest tragedia, te dzieci tam czekają i już na starcie mają gorzej. Powinno się odbierać prawa rodzicielskie rodzicom takich porzuconych celowo dzieci. Nie mówię , że zawsze ale są sytuacje jednoznaczne i nic się z tym nie robi…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.