Pech uderzył ponownie :(

7:30 zadzwoniła moja komórka, zaspana otwarłam jedno oko (wiem, wiem, że śpioch ze mnie przyznaję się bez bicia :) ) i gdy na wyświetlaczu zobaczyłam zdjęcie synala to zamarłam, że coś się mogło stać. Dla wyjaśnienia mój syn ma w czwartki na 7:30 do szkoły i stąd jego telefon o tak wczesnej porze.

- No co tam synu?
– Mamo jesteś może na dole bo sprawdziłabyś mi czy nie zostawiłem gdzieś portfela.
– Niestety jestem jeszcze na górze, a wiesz, że mam problem z zejściem na dół.
– No ok. jakoś sobie poradzę.
Po chwili usłyszałam, że ktoś wszedł do domu więc spytałam - kto tam?
- A to ja – odpowiedziała moja mama, która mieszka jeden domek dalej. – K. dzwonił do mnie i prosił żebym mu popatrzyła czy nie zostawił gdzieś portfela w domu.
– Tak wiem bo do mnie też dzwonił ale mi ciężko zejść. Dzięki, że przyszłaś mamo.
– Nie ma problemu - powiedziała i zaczęła szukać owego portfela.
Przeszukała wszędzie i z przykrością stwierdziła - Nigdzie go nie widzę.
– Szkoda bo myślałam, że się znajdzie ale dzięki jeszcze raz, że chciało Ci się przyjść.
– No dobrze. Dzwoniłam do K. właśnie ale nie odbiera może ma lekcje.
– To ja napiszę sms może odczyta - powiedziałam i mama poszła.

Powiem Wam szczerze, że miałam nadzieję iż zguba się jednak znajdzie. Czasem tak było iż z roztargnienia K. zostawiał portfel w domu. Nosił w nim wszystko czyli dowód osobisty, prawo jazdy, bilet miesięczny, kartę do bankomatu i jeszcze jakieś ważne informacje tym bardziej było szkoda bo wyrobić nowe dokumenty nie jest tak szybko. Napisałam do K. sms, że niestety babcia nie znalazła jego portfela. Po chwili oddzwonił i powiedział:
- kurde musiał mi gdzieś wypaść albo ukradli mi w autobusie bo dostałem sms z banku, że była próba wypłacenia pieniędzy z mojego konta i karta została zablokowana. Na szczęście nie mam nic na koncie tylko 1 zł.
Powiedziałam tylko - ja pierniczę co za pech.

Po godzinie K. wrócił do domu. Okazało się, że zwolnił się ze szkoły by jechać na policję i zgłosić zaginięcie portfela z dokumentami. Słyszy się teraz często, że ktoś podszywa się pod znaleziony dowód i może narobić dużo szkody chociażby zaciągnąć pożyczki więc trzeba dmuchać na zimne. Poza tym szkoda mi tego portfela bo taki młodzieżowy, fajny, skórkowy na gwiazdkę mu wybrałam :(
Pojechał do banku zablokować konto, na policję, a potem do urzędu złożyć wnioski o nowe dokumenty. Niestety za wyrobienie musiał uiścić opłaty. Dostał też zaświadczenie z policji o zgłoszeniu zaginięcia i z urzędu, że dokumenty są w trakcie wyrabiania. Będzie mógł prowadzić samochód co go ucieszyło bo na tym mu bardzo zależało.

Cała ta historia mocno mnie podminowała :(
Humor poprawiła mi znajoma kosmetyczka, która w ramach mojego niedysponowania spowodowanego kontuzją stopy, o której piszę TUTAJ przyjechała by moje pazurki zrobić na cacy :) Udało jej się to w 100% co zdecydowanie polepszyło mój wisielczy nastrój. Efekty jej pracy możecie podziwiać poniżej :)

DSC03005

P.S. Moje dłonie może nie są zbyt reprezentacyjne jak na modelkę przystało ale te pazurki no cóż po prostu majstersztyk ;)

 

 

 

 

 

Kolejna część historii – W szpitalnej celi.

Dla przypomnienia przedstawiam Wam części, które się już ukazały:

1. Potyczki ze służbą zdrowia.   
2. 
Ciąg Dalszy „Potyczek ze Służbą zdrowia”.
3. Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.
4. Co się działo w szpitalnej celi.
5. Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy.
6. I co się działo w szpitalnej celi? – kontynuacja.  

CZĘŚĆ VII …

Jak wspominałam już kiedyś w części IV oprócz problemów z brzuchem spokoju nie dawało mi jeszcze zapalenie krtani, które wywoływało napady suchego i męczącego kaszlu. Robiono mi wtedy nebulizacje dwa razy dziennie, które łagodziły dolegliwości.
Moje łóżko znajdowało się w takim kąciku co utrudniało podłączenie mi inhalacji. Trzeba było na nim klęknąć i sięgnąć wysoko by dostać się do tegoż aparaciku.

Owego piątego dnia przyszedł czas na inhalację w związku z tym pojawiła się przy mnie pielęgniarka, która jakiś czas temu mi podpadła (a czym to opiszę kiedy indziej). Wstałam z łóżka i przesunęłam się tak, żeby miała lepsze dojście i żeby nie uszkodzić drenu. No i wyszła podłączyła i schodząc z impetem stanęła na drenie. Syknęłam bo zabolało mnie jak cholera i rozpłakałam się, a piguła zamiast jakoś po ludzku do mnie to jeszcze się uniosła, że stanęłam ze złej strony i to moja wina, że mi na ten dren nadepnęła. Inne siostry nie miały problemu i zawsze uważały, a ona była bardzo roztrzepana. Powiedziałam lekarzowi co się stało i odesłano mnie na ponowną konsultację chirurgiczną. Wszyscy myśleli, że sama sobie to wydarłam ale gdy wyjaśniłam jak to wszystko wyglądało to lekarze byli mocno zdziwieni bo pielęgniarka nikomu się nie przyznała co się stało.
Na konsultacji miałam szczęście bo był akurat ten życzliwy doktor, którego w poprzednich częściach nazywałam Aniołem Stróżem. Powiedział, że dren niestety w całości został wyrwany i musi go po prostu usunąć. Wyobraźcie sobie, że macie głęboko do środka brzucha założoną dość dużą rurkę i dodatkowo chwyconą do skóry kilkoma szwami by lepiej się trzymała. Teraz ktoś z całą siłą na nią przydeptuje i wyrywa ją. Powiem Wam, że myślałam iż oczy mi z orbit wyjdą.  Dobrze, że dren nic po drodze nie uszkodził bo wtedy bym miała bardzo poważny problem.
Na oddział wróciłam już bez towarzysza worka. Teraz pojawiło się pytanie co dalej. Brzuch po tym całym incydencie zaczął mnie bardziej boleć. Wyniki były w sumie całkiem dobre. Zrobiono mi kontrolną Tomografię Komputerową i odesłano jeszcze raz do chirurgów na ostateczne wydanie decyzji. Wynik TK wykazał znaczną poprawę. Ropnie się wchłonęły, a na ich miejscu pozostały stany zapalne. Wyniki z krwi też były całkiem przyzwoite. Doktor Anioł powiedział, że w zasadzie mogę iść do domu ale muszę uważać na siebie i się obserwować bo nie wiadomo jak organizm zareaguje na leki doustne ponieważ w szpitalu cały czas antybiotyki brałam dożylnie. Dostałam wytyczne, że gdy cokolwiek zacznie się dziać czyli gorączka lub ból brzucha to mam się udać na SOR.

Lekarze prowadzący wypisywali mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach jakby szydzili z mojej podjętej decyzji ich zdaniem całkiem nieodpowiedzialnej i dawali mi do zrozumienia żebym się tak nie cieszyła bo to na pewno jeszcze nie koniec.
Powiem Wam, że z jednej strony moja radość była wielka znaleźć się po miesiącu pobytu w szpitalu wreszcie w  domu ale jednak z drugiej strony bałam się jak to wszystko dalej się potoczy. W zasadzie miałam w sobie taki mały gejzer, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Antybiotyki brałam w sumie przez dwa miesiące więc mój organizm był tak wyjałowiony jak gazik w aptece. Musiałam bardzo uważać żeby nie stykać się z osobami zainfekowanymi. I ta ciągła niepewność czy wszystko będzie dobrze.

Od tamtego czasu minęło prawie 10 miesięcy. W między czasie kilka razy pobolewał mnie brzuch więc robię sobie od razu badania krwi  i USG by sprawdzić czy nic złego się tam nie dzieje gdy wyniki są troszkę podniesione dostaję nieszczęsne antybiotyki i po dwóch tygodniach mi się to uspokaja. Podobno z USG wynika, że po tym mniejszym ropniu nie zostało ani śladu natomiast ten większy cały czas wykazuje pewne pozostałości po sobie. No cóż pozostaje mi wierzyć, że tą bitwę jaką toczyłam ze swoim organizmem wygrałam i wszystko co złe pozostało gdzieś daleko za mną.  


     

 

 

To jakieś fatum czy klątwa?

Piękna słoneczna sobota zmobilizowała mnie do jakichkolwiek prac domowych. Najpierw dokończyłam prasowanie, które wczoraj zaczęłam przy okazji rozmowy z Psiapsiółą na Skypie. Następnie ogarnęłam kuchnię, przygotowałam sobie składniki do obiadu i postanowiłam wstawić pranie do pralki. Schodząc po schodkach jakoś tak źle postawiłam stopę i poczułam delikatne chrupnięcie i ból. Pomyślałam sobie, że pewnie jakaś kostka mi przeskoczyła co już zdarzało się czasami ponieważ mam dość słabe nogi i do tego osteoporozę, a co za tym idzie kruche kości. Pokuśtykałam więc dalej by zrobić to co zamierzałam. Posegregowałam brudne ubrania na kupki i wrzuciłam jedną porcję do pralki. Stopa cały czas bolała zwłaszcza przy chodzeniu. Postanowiłam, że jak tylko mąż wróci z pracy to podjedziemy na SOR żeby sprawdzić co się stało z tą stopą. W międzyczasie ugotowałam szybki obiad więc jak tylko mąż wrócił to zjedliśmy i pojechaliśmy w to miejsce gdzie udzielono mi pomocy gdy miałam problem z brzuchem, który sukcesywnie opisuję w swojej historii Potyczek ze służbą zdrowia ( IIIIIIIVVVI ).
Ludzi nie było jakoś dużo więc myślałam, że nie zejdzie nas tak długo. Wszystko jednak tak się ślimaczyło, że w sumie po około 3 godzin wyszliśmy stamtąd z diagnozą „złamanie 5 kości śródstopia” i szyną na nodze :(

Co prawda to nie moja noga ale wyglądała prawie identycznie :)
Jeżeli ktoś rozpozna, że na tym zdjęciu znajduje się jego noga i nie życzy sobie jej publikacji to proszę mnie powiadomić, a ja wtedy ją usunę :)
Przepraszam ale nie zdążyłam zrobić fotki w swoim wdzianku ;)

Lekarz zalecił noszenie tej szyny przez co najmniej 3 do 4 tygodni i kontrolę ortopedyczną. W moim przypadku szyna jest dużym problemem bo ani skakanie na jednej nodze ani chodzenie o kulach nie wchodzi w grę ze względu na moją ograniczoną sprawność fizyczną. Powiedziałam to wszystko lekarzowi, a on mi odpowiedział, że jeżeli ta szyna będzie dla mnie dużym utrudnieniem i przyniesie więcej szkody niż pożytku to mam ja ściągnąć ale starać się nie stąpać na całą stopę tylko asekurować się na pięcie. Było dokładnie tak jak myślałam. Nie dałam rady w ogóle się poruszać z ta szyną, a gdy przyjechałam do domu to nawet do ubikacji pięć kroków nie uszłam, a do tego wszystkiego noga jeszcze bardziej mnie bolała bo ugniatało mnie to ustrojstwo. Wkurzyłam się i ściągnęłam to badziewie w diabły i od razu się lepiej poczułam. Niby z jednej strony fajna sprawa bo takie małe lenistewko sobie zafundowałam ale z drugiej jestem w czarnej rozpaczy bo za półtorej tygodnia mamy termin wylotu do Turcji na nasz zasłużony i wymarzony po 3 latach ciężkiej harówy urlop. Nie wiem jak to będzie bo jeżeli zrezygnujemy to cała kwota nam przepada, a z tą nogą z kolei jakoś marnie to widzę. Jedno wiem, że nie odpuszczę tej wycieczki za żadne skarby świata i chociażby mnie miał ktoś wnieść do samolotu to nie przepuszczę takiej okazji :)
Popytam jeszcze w aptece może mają jakieś takie specjalne szyny lżejsze i mniejsze, które nie będą mi tak bardzo przeszkadzać. No cóż z reguły jestem niepoprawną optymistką i często zakładam różowe okulary więc jestem prawie pewna, że wszystko musi być po mojej myśli  ;)

A Wy co byście zrobili na moim miejscu? Może ktoś był w takiej sytuacji?

Puszczone w trąbę i Wredny Kanar – wspomnienia Nastolatki.

W 3 klasie liceum miałyśmy miesiąc praktyki zawodowej, którą mogłyśmy załatwić sobie same lub z pomocą szkoły. Psiapsióła miała chłopaka pracującego w takim regionalnym radiu. A. zdeklarował się, że załatwi nam fajną praktykę u siebie w pracy. Jak to naiwne nastolatki zgodziłyśmy się bez chwili zastanowienia. Było powiedziane, że nie będziemy musiały jeździć tam codziennie zwłaszcza iż nie było to wcale blisko i miałyśmy sobie trochę posiedzieć i wracać do domu. Jednak niestety okazało się zupełnie inaczej niż obiecywał chłopak D.  Szef A. był strasznym sknerą i wyzyskiwaczem. Nie dość, że musiałyśmy tam być codziennie rano to jeszcze harowałyśmy jak wół bo w radiu akurat były remonty i całe sprzątanie spadło na nas :(  Byłyśmy niesamowicie wściekłe, że dałyśmy się wciągnąć w te bajeczki. Zwłaszcza jak słyszałyśmy nasze koleżanki z klasy chwalące sobie praktyki załatwione przez szkołę w banku lub w Urzędzie Miasta przy pracach biurowych. Nie chciałyśmy stać się pośmiewiskiem w klasie więc fantazjowałyśmy jak to nie było super i w ogóle same ochy i achy ;) Wszystkie koleżanki nam zazdrościły, a że taki był zamiar to reszta się nie liczyła.

Ups i sprawa się wydała. Teraz jak to szanowne koleżanki przeczytają to będzie wtopa ;) Pozwolicie, że skwituję to co się wydarzyło mądrym porzekadłem  „Obiecanki cacanki, a głupiemu radość”.
Powiem Wam, że to doświadczenie nas wzbogaciło o kolejną cenną lekcję od życia żeby w przyszłości nie dać się tak łatwo zwieźć w pole i wszystko dogłębniej analizować :)

Pamiętam to dość dobrze. Pewnego kwietniowego dnia jechałyśmy jak zwykle z Mr A. na plac budowy by odgruzować kolejne radiowe pomieszczenia ;) Po wejściu do autobusu od razu skasowałam bilet, a psiapsióła nie bo A. jej poradził, że na pewno nikt tego nie będzie sprawdzał tłumacząc się iż On tam jeździ dość często i bardzo rzadko trafia się jakaś kontrola biletów. Ledwo dokończył swoje wywody, a za plecami usłyszałam głośne „bileciki do kontroli proszę”. Ja byłam spokojna bo bilet skasowałam ale D. spanikowała.
Kanar podszedł do mnie i zapytał o bilet oczywiście podałam mu go, a on przetargał troszkę i oddał mi z powrotem. Korzystając z okazji, że poszedł trochę w bok kontrolować dalej ludzi nie myśląc ani chwili podałam D. swój przetargany bilet. Po chwili Kanar podszedł również do psiapsióły i poprosił ją o bilet. Podała mu ten ode mnie, a on spojrzał i powiedział: „o widzę, że już panią sprawdzałem” i oddał jej ów bilet.
W tym momencie autobus zatrzymał się i gdy drzwi się otworzyły A. korzystając z okazji wyciągnął D. szybko na pole. Nie zdążyłam wybiec z nimi więc zostałam w środku, a pech chciał, że Kanar podszedł do mnie ponownie i zapytał o bilet. Myślałam, że się rozpłaczę i poczułam duży żal do psiapsióły, że mnie tak samą zostawiła. Kontroler nie odpuszczał i nie chciał słuchać moich wyjaśnień, że już mi sprawdzał i przetargał nawet ale musiał mi gdzieś wypaść. Na kolejnym przystanku prawie siłą wydarł mnie z autobusu i zaczął spisywać. Po jakimś czasie dotarłam do radia i opowiedziałam D. i A. co mnie spotkało wtedy  A. zaczął się wymądrzać, że jak jestem głupia i nie myślę racjonalnie to sama sobie jestem winna całej tej sytuacji. Byłam w totalnym szoku, a moja szczena gruchnęła z hukiem o podłogę :D Nie spodziewałam się zupełnie takiej reakcji ze strony A.
Ponieważ był od nas o kilka lat starszy to miałam nadzieję, że coś wymyśli i na to zaradzi.
Psiapsióła nie wytrzymała i wstawiła się za mną opieprzając przy tym swojego chłopaka, że to nie moja wina bo jej przecież pomogłam, a oni zostawili mnie na lodzie i takie tam różne. Nasłuchał się trochę ale należało mu się. Wstrząs pomógł bo A. zaproponował, że pojedzie z nami do bazy MPK by to wyjaśnić. Na szczęście miałam duże szanse bo kasownik wybił na bilecie datę i godzinę więc mógł spokojnie być moim alibi.

Na drugi dzień wzięłam swój skasowany bilet oraz wypisany przez Kanara mandat i pojechaliśmy. Nie ukrywam, że bardzo się bałam jak ta cała sprawa się zakończy. W domu nie powiedziałam nic rodzicom żeby ich nie denerwować pomyślałam, że zrobię to dopiero gdy będę miała jasną sytuację.
Na miejscu pan od reklamacji wstępnie zapoznał się z moją sprawą i powiedział, żebyśmy chwilę poczekali bo on musi wezwać owego kontrolera na konfrontację.
Przyszedł mój oprawca, a ja gdy go zobaczyłam to zdenerwowałam się jeszcze bardziej ale pomyślałam raz kozie śmierć i zaczęłam swoją opowieść, która miała troszkę zmienioną wersje wydarzeń ;)
Mianowicie brzmiało to mniej więcej tak:
„Obecny tutaj pan kontroler podszedł i zażądał ode mnie biletu do kontroli po okazaniu sprawdził, przetargał  i oddał mi go z powrotem. Po chwili podszedł ponownie i znów zażądał ode mnie okazania biletu. Cała ta sytuacja bardzo mnie zdenerwowała, a gdy roztrzęsiona zaczęłam szukać go po kieszeniach zniecierpliwiony i dość opryskliwy pan X wyciągnął mnie na siłę z autobusu i nie dał mi żadnej szansy na znalezienie owego skasowanego biletu, który później znalazłam”.
Na koniec pokazałam im ten nieszczęsny bilet i usiadłam w oczekiwaniu co będzie dalej.
Pan X nie miał szans bo moja psiapsióła i jej chłopak jako świadkowie wydarzenia potwierdzili moją wersję wydarzeń, która w zasadzie była prawdą. Pominęłam tylko taki drobny fakt iż na chwilę pożyczyłam go D.  ;) a Kanar był faktycznie bardzo nieuprzejmy.
Zapytany przez gościa od reklamacji czy tak faktycznie było puścił farbę i spuścił głowę. Nie musiał nic mówić odpowiedź miał wypisaną na twarzy. Pan X dostał naganę i upomnienie od kierownika zmiany, a ja swoje zasłużone uniewinnienie :)

Nie macie pojęcia jaka wielka była moja radość i wracałam do domu niesiona na skrzydłach szczęścia. Tą lekcję będę pamiętać do końca życia. W sumie dzięki niej uniknęłam w przyszłości tego typu przykrych zdarzeń.
Przyznam się szczerze, że nie pamiętam kiedy ostatnio jechałam wspaniałym MPKiem. Myślę, że kilka lat na pewno minęło :) więc ciężko mi się wypowiadać na temat funkcjonowania naszej współczesnej komunikacji miejskiej. Przypuszczam też, że jak to mówią co kraj to obyczaj więc w każdym z nich na pewno występują inne zasady bądź procedury. Oczywiście zapomniałabym dodać, że duże znaczenie ma też to jakim człowiekiem jest Kontroler Komunikacji Miejskiej czy uprzejmym i wyrozumiałym, a może chamskim i gburowatym? Czy ktoś z Was mnie oświeci?

Oglądnęłam kilka filmików o agresywnych Kontrolerach i jestem w ciężkim szoku jak często uciekają się oni do zastosowania przemocy fizycznej wobec gapowiczów.
Jest tego na YouTube bardzo dużo aż przerażenie człowieka dopada :(

Żeby nie było tak całkiem na poważnie to zobaczcie na wesoło  ;)



Przeprowadzka czyli tuż za miedzą.

Przed Świętami Bożego Narodzenia w 2013 roku wprowadziliśmy się do nowego jednorodzinnego domku. Wcześniej mieszkaliśmy z rodzicami w takim dużym bliźniaku i niby osobno ale jednak razem. Nie mogę powiedzieć złego słowa bo rodziców mam na prawdę świetnych. Dużo nam pomagają i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć zwłaszcza na mamę. Do tej pory nie mieliśmy takich sytuacji żeby coś nas poróżniło czy żeby rodzice wtrącali się w nasze życie. Często zastanawialiśmy się jakby to było gdybyśmy zamieszkali tak całkiem osobno na swoim garnuszku. Obawialiśmy się tego czy będziemy umieli odnaleźć się w tych wszystkich obowiązkach dotyczących prowadzenia domu i wszelkich opłat. Doszliśmy do wniosku jednak, że nie ma co gdybać bo i tak nic sensownego nie wymyślimy tak całkiem na sucho w oparciu tylko na naszych domysłach. Doszliśmy do wniosku, że jeżeli nadarzy się jakaś okazja by tego spróbować to My jesteśmy jak najbardziej „ZA”.

Stało się to szybciej niż myśleliśmy. Jakieś 2 i pół roku temu pojawiła się ze strony moich rodziców propozycja by sprzedać ten duży dom i kupić dwa mniejsze jednorodzinne dosłownie dwie działki dalej. Skorzystaliśmy oczywiście z tej propozycji bo uznaliśmy, że czas dorosnąć i przenieść się na własne śmieci. Jak się potem okazało niepotrzebnie się martwiliśmy bo wydaje mi się, że radzimy sobie całkiem nieźle. Wiadomo, że jest ciężko bo ja niewiele mogę zrobić fizycznie, a i jedna pensja to też nie tak wiele żeby móc sobie pozwolić na jakieś finansowe szaleństwo. Co prawda biorę jakąś tam rentę ale całą wraz z częścią pensji męża wydaję miesięcznie na moje leczenie i leki, które jak wszyscy wiecie mają chore ceny.

Nasza wyprowadzka jakieś kilka dni przed Wigilią w 2013 roku.

Oj była bardzo gorąca i nerwowa atmosfera :) Wężul powiedział, że musi się coś rozbić w trakcie przeprowadzki żeby była udana i dobrze się mieszkało na nowym miejscu. Dlatego szwagier przez przypadek rozbił lampę w naszej starej kuchni  :) 

DSC01488

Zanim wprowadziliśmy się do naszego nowego domku czekało nas wiele prac związanych z urządzeniem go w środku. Uzgodniliśmy, że działkę rozplanujemy czyli wiecie takie tam kwiatuszki i drzewka i może jakiś skalniaczek  w późniejszym terminie :)

No więc moi drodzy jak ktoś urządzał dom czy mieszkanie to wie o czym mowa ale jeżeli nie to przyznam iż jest to mega wyzwanie od życia. Jestem z natury „Perfekcyjną Panią Domu” – eeee, – nooo, – teeego, znaczy się nie mam co prawda białych rękawiczek tylko czarne bo wydaje mi się, że na nich lepiej niż na białych widać kurz ;) Jednak ze względu na to, że nie pracuję i mam więcej wolnego czasu zajęłam się prowadzeniem rekonesansu w projekcji wnętrz czyli jak, gdzie co i kiedy w trawie piszczy.
Wężu pomimo swojej pracy jeździł ze mną i dzielnie pomagał w wyborze odpowiednich materiałów i wszelkich akcesoriów do naszego domu. Nabyłam wtedy wiele nowych doświadczeń i sporo wiedzy żeby było estetycznie, funkcjonalnie i ekonomicznie :) Tak, że jakby co to po znajomości coś mogę doradzić ;)
Bardzo intensywnie się w to wszystko zaangażowałam i włożyłam całe swoje serce i duszę. Miało to być wszakże nasze wspólne gniazdko. Nie miałam pojęcia ile to wszystko wymaga poświęcenia i wkładu pracy. Spraw do ogarnięcia była cała masa. Począwszy od wyboru farb i malowania ścian poprzez, płytki, meble, sprzęt do kuchni i akcesoria do łazienki, a skończywszy na tym co najlepiej kłaść na podłogę, jaki ma być kominek, z czego mają być schody na górę i jak ma wyglądać altanka na polu. Na temat sprzętu AGD do kuchni to tyle się oczytałam, że jak szliśmy do sklepu i zaczęłam rozmawiać ze sprzedawcą np. o lodówce to się okazywało, że wiem dużo więcej na jej temat niż on sam :) Jak wychodziliśmy ze sklepu to wężu nie mógł się nadziwić ile ja tego wszystkiego wiem. Szczena to mu przez kilka dni nie mogła wrócić na swoje miejsce :D Był moment, że przez chwilę rozważałam zatrudnienie się w sklepie ze sprzętem AGD ;)

Wybór łazienki to nie taka prosta sprawa. Wybrałam co prawda inną niż tu na fotografii ale jednak jak teraz się jej przyglądam to jakoś bardziej mi się podoba. Jakbym miała urządzać kolejny domek to będę miała ją na uwadze :)

DSC00084

Oczywiście nie myślcie sobie, że to był koniec naszej kariery Boba Budowniczego. Jak już coś udało nam się wybrać i jednogłośnie zatwierdzić to zaczęły się kolejne problemy z pseudo fachowcami co to niby robią wszystko tanio, szybko i dobrze. Matko z córką tyle nerwów co zjedliśmy na tych partaczach nie przeżyliśmy przez całe nasze życie. W głowie się nie mieści jak wielu jest oszustów, którzy wykorzystują naiwność i niewiedzę innych. Co jeden to mądrzejszy i potrafią tylko podsrywać się na wzajem i krytykować.

Rok trwała ta nasza intensywna metamorfoza. W końcu nadszedł dzień przeprowadzki. Część naszych skarbów mieliśmy wziąć ze sobą, a część wyrzucić na śmietnik. No cóż teoretycznie wszystko fajnie ale praktycznie to już polegliśmy na całej linii. Stwierdziliśmy, że zabierzemy wszystko i skrzętnie będziemy porządkować i wyrzucać co nam się nie przyda, jest zniszczone lub bardzo stare. No powiem Wam, że trochę tego przybytku było. Ledwo zmieściliśmy się z tym do naszego nowego domku, który nie miał już tak wiele tych wszystkich zakamarków i pomieszczeń by to upchnąć niepostrzeżenie.

Tak, tak dobrze wszyscy przewidzieliście :) Ten cały dobytek towarzyszy nam do dzisiejszego dnia bo jest wiele innych potrzebniejszych i ciekawszych rzeczy do zrobienia oraz ciągle brakuje nam czasu na cokolwiek. Teraz nasz dom przypomina bardziej przechowalnię rzeczy „potrzebnych” i zapomnianych :) Nasz samochód stoi na polu bo oczywiście w garażu nie ma dla niego miejsca. No cóż idzie lato więc może uda nam się w końcu zmobilizować i odgarnąć tą wielką pajęczynę przeszłości.

 Na koniec przedstawiam Wam parapetówkę u słynnego Szwagra :)

Nas ta imprezka jakoś dziwnie ominęła bo tak zajęliśmy się tym urządzaniem, a potem wypróbowaniem czy wszystko działa bez zarzutu, że zupełnie zapomnieliśmy o najprzyjemniejszej stronie przeprowadzki :)

Ze względu na dużą ilość niecenzuralnych słów filmik tylko dla widzów dorosłych ;)