Niedoszła Amazonka …

Dziś tak trochę powspominam jedno z moich niespełnionych marzeń. W swojej chorobie co jakiś czas mam tzw. stan remisji, który trwa z reguły od 2 do 4 lat. Polega to na tym, że znacznie poprawia mi się sprawność fizyczna i mogę sobie pozwolić na dużo większą dawkę ruchu i szaleństwa niż przy każdym rzucie choroby.

Byłam w pierwszej klasie liceum i właśnie w okresie częściowej remisji gdy moja nowa psiapsióła wciągnęła mnie w świat koni. D. jeździła konno rekreacyjnie od kilku lat więc szło jej to na prawdę fajnie. Często opowiadała mi o stadninie i o koniach, które tam przebywały. Pewnej soboty zaproponowała mi żebym pojechała z nią na zajęcia z jazdy konnej. Nie musiała mnie dwa razy namawiać. Zapakowałam więc dużo kostek cukru i pojechałyśmy. Pamiętam jak bardzo  byłam podekscytowana tym, że za chwilę zobaczę na żywo to wszystko o czym opowiadała mi D. Przystanek był tuż przy bramie stadniny więc gdy tylko wysiadłyśmy z autobusu moim oczom ukazał się duży gmach budynku i szkółka, która była w trakcie zajęć. Już czułam, że zaczyna mi się tutaj podobać. Weszłyśmy do środka budynku gdzie znajdowały się boksy z końmi i hala na której podczas złej pogody odbywały się zajęcia. Po przekroczeniu progu budynku poczułam okropny fetor końskiego amoniaku, który ponoć działa rewelacyjnie na zatoki :) Szybko jednak przyzwyczaiłam się do wyczuwanego odoru stajni. Byłam w siódmym niebie gdy zobaczyłam całe mnóstwo koni. Od razu wyciągnęłam kostki cukru i zaczęłam im je podawać pamiętając przy tym by karmić z otwartej na płasko dłoni. Moją ulubienicą została Dolina, która miała swojego właściciela i tak jak niektóre konie nie brała udziału w szkółce. Klacz była wiekowa i bardzo spokojna, a jej oczy były przepełnione taką błogością i dobrocią że od samego początku poczułam do niej zaufanie.
Potrafiłam ją głaskać i przytulać swoją twarz do jej pychola, a gdy dawałam jej cukier bądź marchewkę to była przy tym tak delikatna, że brała dosłownie samymi końcami warg co odczuwałam jako takie małe muśnięcie.
Niewtajemniczonych poinformuję, że w stadninach przebywają również prywatne konie, i ich właściciele co miesiąc płacą za pobyt tam i opiekę. Psiapsióła zabrała mnie do stajni gdzie stały konie ze szkółki. Trenerka na każdych zajęciach przydzielała każdemu konia, którego trzeba było sobie samemu wyczyścić i przygotować do jazdy. Wreszcie rozpoczęły się zajęcia i mogłam zobaczyć D. w akcji. Była świetna. Im dłużej patrzyłam na nią jak zwinnie i z gracją porusza się na koniu tym bardziej czułam nutkę zazdrości i chciałam znaleźć się na jej miejscu.

Stało się, połknęłam bakcyla. Konie zakręciły mnie na maksa i w grę nie wchodziła już żadna zmiana decyzji. Teraz trzeba było umiejętnie uprosić rodziców żeby się zgodzili na moje uczestnictwo w szkółce konnej. Na początku było ciężko bo rodzice obawiali się o moje zdrowie ale jakoś z pomocą D. udało nam się ich przekonać.
I tak pełna dumy i ekscytacji rozpoczęłam lekcje jazdy konnej. Na kilku pierwszych zajęciach pokazywano nam jak czyścic konia, tłumaczono różne techniki jazdy i dostaliśmy listę co mamy kupić do pielęgnacji konia i do jazdy. Zapowiadał się spory wydatek bo te wszystkie akcesoria nie były tanie. Lekcje sporo kosztowały, a do tego kupiłam jeszcze kopystkę (do czyszczenia kopyt), zgrzebło (do czyszczenia sierści) oraz oficerki (specjalne buty do jazdy konnej). Na szczęście toczek (dżokejka, kask), rękawiczki oraz palcat (bacik, pejczyk) pożyczała mi D. Miałam sobie to zakupić w późniejszym terminie. Nie mogłam się doczekać gdy wreszcie pozwolą nam wsiąść na konia.

Aga w stadninie
Dla zainteresowanych: otóż do konia podchodzi się z lewej strony i wkłada się lewą stopę w strzemię, a z prawej nogi się wybija i przekłada nad grzbietem konia tak aby znaleźć się w pozycji najeźdźca (nie mylić z inną dyscypliną sportową ;) )
No mi tak zgrabnie nie udało się wsiąść na mojego rumaka :) musiałam zostać lekko podsadzona za tyłek by lepiej się wybić. Powiem szczerze, że gdy wreszcie się na nim znalazłam po wielkim trudzie wspinaczkowym poczułam swój strach i siłę jaką ów rumak posiadał i zdałam sobie sprawę, że mógłby zrobić mi krzywdę niefortunnie zrzucając z grzbietu. Na pewno większość z was słyszała o uszkodzeniu kręgosłupa i związanym z tym poważnym kalectwem przy feralnych wypadkach. No cóż tak już jest, że czasem uprawianie konkretnych dziedzin sportowych czy to rekreacyjnie czy wyczynowo wiąże się z pewnym ryzykiem uszkodzenia ciała lub nawet śmierci.

Starałam się nie myśleć o tym najgorszym tylko skupić na tym co tłumaczyła nam trenerka. Powoli wszyscy ruszyliśmy po okręgu stępem roboczym. Uczucie na prawdę mega. Koniem kieruje się wysyłając mu sygnały swoim ciałem głównie łydkami bądź udami dlatego wymaga to z naszej strony dużej koncentracji, precyzji i uwagi by nie przekazać Mu błędnych sygnałów w konsekwencji prowadzących do poważnego wypadku.
Szkółka ta nie poddawała swoich kursantów lonżowaniu ponieważ instruktorzy uważali, że to strata czasu bo lepiej poczujemy konia i więcej się nauczymy gdy będziemy sami ćwiczyć. Pierwsze zajęcia odbywały się na hali żeby konie się nie płoszyły dodatkowymi rozpraszaczami dobiegającymi od strony ulicy. Na kolejnych zajęciach rozpoczęliśmy samodzielne przygotowywanie konia do jazdy. Powiem Wam, ze miałam wielkiego stresa bo to nie taka łatwa sprawa. Najtrudniej było mi się przełamać do czyszczenia tylnych kopyt i do założenia wędzidła (element ogłowia wkładany koniowi do pyska w celu przekazywania mu sygnałów i kierowania nim). Nie będę opisywać jak te czynności wszystkie wyglądają bo za dużo by tego było ale jeżeli jesteście ciekawi jak miałam przygotować konia do jazdy to zapraszam do oglądnięcia filmiku (oczywiście nie mojego bo w tamtych czasach nie było tak łatwo nagrać np. telefonem :) )



Jak widzicie musiałam się trochę namachać żeby móc potem dosiąść swojego rumaka.
ale bardzo lubiłam to robić. Trzeba było jednak uważać bo nie wszystkie konie były takie spokojne jak ten z filmiku. D. opowiadała mi, że miała kiedyś taką mrożącą krew w żyłach sytuację. Mianowicie czyściła sobie razu pewnego konia o imieniu Czort. Był to piękny i okazały ogier o czarnym umaszczeniu. Jego imię oddawało w pełni charakter jaki posiadał. Dosiadali go już bardziej zaawansowani jeźdźcy. No i gdy D. tak sobie go czyściła przyszła pora na kopyta. Podeszła uniosła kopyto, a on wyrywając się jej uderzył z takim impetem, że toczek, który miała na głowie pękł na pół. Mogę śmiało powiedzieć, że uratowało jej to życie bo nie chcę nawet myśleć co by było gdyby …..

Moje szczęście jednak nie trwało zbyt długo bo po niedługim czasie zauważyłam, że zaczynam być coraz słabsza :( Wyczyszczenie konia i utrzymanie się w siodle podczas kłusowania sprawiało mi coraz większe trudności. Niestety moja przygoda z końmi musiała się drastycznie skończyć gdyż pewnego dnia znalazłam się w dość niebezpiecznej sytuacji i kompletnie nie mogłam sobie poradzić. Otóż wyprowadziliśmy nasze konie na ujeżdżalnię znajdującą się na polu. Dosiedliśmy je i zaczęliśmy po okręgu od stępu. Jeden za drugim. W grupie mieliśmy takiego kucyka Maurycego, który bardzo lubił szczypanie w zadek konia stojącego przed nim. Ot takie sobie miał zajęcie :)
Był to jakiś feralny dzień bo trafiło na konia pewnej dziewczyny, który po owym uszczypnięciu spłoszył się i poniósł ją. Jednak w miarę sprawnie od razu udało jej się go opanować. Ja nie miałam tyle szczęścia gdy mój Czardasz wystraszył się hałasujących za ogrodzeniem samochodów i pogalopował przed siebie w stronę przeszkód przeznaczonych do skoków. Za cholerę nie mogłam go zatrzymać i czułam, że nie mam już siły by z nim walczyć. Powoli zaczęłam się osuwać na dół i wisząc tak nad ziemią darłam się jak diabli. Może to komicznie wyglądało z punktu widzenia obserwatora ale wierzcie mi ja byłam przerażona i miałam pełne gacie strachu. Przecież gdybym spadła to Czardasz stratowałby mnie na Amen. Z odsieczą przybyła trenerka na swoim koniu, która  wybawiła mnie od poważnych kłopotów i gdyby nie ona to czuję, że miałabym przyspieszony kurs w skokach przez przeszkody i mogłabym brać udział w zawodach :)

Wiem, że takie rzeczy się zdarzają i normalnie ktoś zdrowy i w pełni sił na pewno sobie jakoś poradzi. Uświadomiłam sobie wtedy z bólem serca, że muszę przerwać jazdę konną póki nie zrobiłam sobie większej krzywdy. Przez jakiś czas jeździłam jeszcze z psiapsiółą do stadniny i karmiłam moją Dolinkę oraz pomagałam D. w przygotowaniu konia do jazdy lecz było mi bardzo przykro i źle z tym, że nie jest mi dane zostać dżokejką :( więc przestałam tam jeździć.

Teraz moje wspomnienia wróciły bo jakiś czas temu mój syn pojechał ze swoją kuzynką, która chodzi na szkółkę z jazdy konnej do stadniny bo miała wtedy pokaz swoich umiejętności. Bardzo mu się to zajęcie spodobało więc zapisał się na taką lekcję próbną na lonży, która odbędzie się w tą sobotę. Oczywiście fakt, że z nim pojadę nie podlega żadnej dyskusji. Po prostu ciągnie wilka do lasu :)
Zamierzam zapytać trenerów czy zajmują się Hipoterapią (zajęcia konne z osobami niepełnosprawnymi). Oj coś mi się wydaje, że zobaczyłam jak na nowo zapaliło się moje światełko w tunelu. Może jeszcze nie wszystko jest przesądzone :)

Jeżeli ktoś z Was próbował bądź jeździ konno to może podzieli się ze mną swoimi przeżyciami bądź emocjami jakie towarzyszyły Wam podczas jazdy?
Myślę, że to musi być niesamowite uczucie tak wsiąść na konia i pogalopować przed siebie. Poczuć tą magiczną siłę i moc kopyt, które niosą nas hen daleko. Ja miałam okazję przez chwilę być w podobnej sytuacji ale strach i przerażenie zabiły wszystkie moje marzenia i te dobre emocje, które towarzyszyły mi podczas wcześniejszych zajęć.
Ja podzieliłam się z Wami więc teraz kolej na Was ;)
No cóż czekam na Wasze komentarze i mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie :)

Zobaczcie jak pięknie się prezentuję na koniu :)
Aga na koniuRany słuchajcie właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że te zdjęcia mają swoją historyczną wartość bo były wykonane 22 lata temu :) 

The following two tabs change content below.

Ostatnie wpisy gabunia76 (zobacz wszystkie)

16 Komentarze

  1. Piękne wspomnienia, do tego zachowane historyczne zdjęcia, ależ wyprostowana jak szprycha prezentujesz się jako dżokejka, mogę Ci jedynie pozazdrościć, na koniu siedziałam kilka razy w życiu, ale żeby mówić o jeździe to daleki mi do takich wspomnień jak te które Ty masz.

    • Są to piękne wspomnienia przyznaję :) i nawet takie dość dramatyczne zakończenie mojej przygody jeździeckiej nie zabiło we mnie tej miłości do koni.
      Zamierzam jeszcze spróbować swoich szans ale tym razem na zajęciach z hipoterapii bo myślę, że to w moim przypadku będzie dla mnie najbezpieczniejsze rozwiązanie :)

    • Niby tak ale pomimo wszystko rower nie zastąpi konia, na którym niekoniecznie trzeba jeździć. Można go też pielęgnować, karmić i przytulać się do niego. To też potrafi sprawić wielką frajdę. Z metalowym koniem to nie to samo ;)

      Pozdrawiam Boja i miłej nocki życzę :)

  2. Byłam bardzo małą dziewczynką i przeżyłam dość traumatyczną przygodę z rozpędzonymi końmi. Choć skończyła się bez uszczerbku, jakoś nabrałam dystansu do nich. Potem jako pięciolatkę, ktoś mnie wsadził na wielkiego konia, na oklep. Pamiętam że strach mnie sparaliżował i przejechałam tylko kilka metrów, od tamtej pory unikam jak ognia. Ale Ty masz fajne wspomnienia :) Uściski :)

    • Nie dziwię Ci się Cons, że boisz się koni. Z perspektywy małego dziecka koń wygląda jeszcze bardziej strasznie niż normalnie dla kogoś dorosłego. To musiało być dla Ciebie bardzo mocne przeżycie, które wydrążyło i pozostawiło wielki ślad w Twojej małej główce. To niestety w Tobie będzie i nic nie da przełamywanie się na siłę. Myślę, że na pewno takie stopniowe i delikatne przełamywanie lodów mogłoby wyzwolić Cię może nie całkiem ale częściowo od Twojej fobii.

      Serdeczne uściski i udanej soboty :)

  3. Moje jedyne konne doświadczenie jest sprzed 20 lat. A może to był kucyk? Nie wiem… Byłam dzieckiem. Czytając wpis pomyślałam, że chętnie bym się przejechała (zakładając, że to takie proste – wsiadasz i jedziesz :) ).

    • No i właśnie, szkoda, że koń posiada dość trudną instrukcję obsługi. Z dzieciństwa pamiętam jak mój ukochany świętej pamięci dziadziuś woził mnie często na Gniadym i to na oklep :)
      Ech fajnie było i czasem dobrze jest sobie tak miło powspominać :)

      Pozdrawiam w piątkowy wieczór :)

  4. Dawno temu trochę jeździłam, ale niewiele już pamiętam. Za to w stadninie bywam. Moja bratanica jest fanatyczką jazdy konnej, więc czasem jeżdżę na zawody. Bywam też na hubertusie i bardzo to lubię. A konie są cudowne. Pozdrawiam. :D

    PS Mnie też się temat skojarzył niezbyt przyjemnie.

    • A to szczęściara z Ciebie :) Też muszę chyba się coś ruszyć w tym temacie. Może mój synal chwyci bakcyla jak ja kiedyś i będę miała okazję jechać mu pokibicować :)

      Pozdrawiam wieczorowa porą :)

  5. A w ucho to nikt Ci dawno nie dał, co? Trochę mnie zmroziłaś tą Amazonką, na szczęście konie miałaś na myśli!
    Siedziałam na koniu raz. I chyba nie chcę znów, bo tak sobie myślę, że koń swój rozumek ma i jak mu do owego rozumku przyjdzie sobie bryknąć albo zrobić coś innego, to nie wiem co wtedy zrobić mam ja… Konie są piękne, uwielbiam zapach stajni, ale chyba nigdy nie będę chciała nauczyć się jeździć… Ale dałaś mi pomysł na wpis! :D Pozdrawiam wieczornie i nie strasz więcej ludzi!

    • No ładnie jesteś drugą osobą, którą tytuł tak zmroził. Nie miałam pojęcia, że może to mieć takie właśnie skojarzenia.
      Na szczęście nie jestem tą w przykrym słowa znaczeniu Amazonką i mam nadzieję, że nigdy nią nie zostanę :(

      Fakt te kuszące swoim pięknem bestyjki potrafią czasem napsocić tak jak np. Maurycy, który lubił sobie zębiskami uszczypnąć drugiego konia w zadek :)
      Dlatego jeżeli ma się wystarczająco dużo siły i pewne wiadomości oraz jakie takie doświadczenie to jest się w stanie sobie poradzić w takiej sytuacji. Ja wiedzy nie posiadałam bo to były dopiero początki, a i siły miałam jak na lekarstwo więc wyszło jak wyszło.

      Fajnie, że pomogłam natchnąć Cię nowym tematem i zostałam Twoją muzą :) Ciekawa jestem co wymyśliłaś, coś tam podejrzewam ale poczekamy i zobaczymy :)

      Również pozdrawiam serdecznie i obiecuje poprawę ;)

  6. Gabi usuń poprzedni komentarz. W końcówce wdarła się głupotka bez ładu i składu. Tak to jest jak się coś poprawia na szybko i do końca nie przeczyta naniesionych poprawek;)
    A teraz !!!!!!!!!!!
    Kurna Gabi czy Ty chcesz aby zeszła na zawał przez Ciebie ??? !!!
    Najpierw tytuł z Amazonką w tle , potem początek ze słówkiem remisja . Brrrrr. Kochana jak to przeczytałam miałam niestety najgorsze skojarzenia :( . Dobrze że post dotyczy koni a nie choroby :( .
    Ja koni nie lubię , boję się ich i nie leży mi ich aromacik
    Podziwiam osoby które potrafią się zająć i kochać te duże bestie. Ja tam z inwentarza wolę bardziej zminaturyzowany a najbardziej kocham kiciusie
    Buziaki

    • Och kurcze Amazonka faktycznie jakoś tak nie skojarzyłam. To miłe, że się mną przejęłaś :) Dobrze Kochana, że nie dostałaś faktycznie zawału bo bym Cię miała na sumieniu.

      Tak zgadza się konie to piękne i duże bestie ale też mądre i dostojne. W ich oczach możemy wyczytać wiele. Przypomniała mi się właśnie Dolina, o której wspominałam w swoim wpisie, ona miała takie smutne oczy i gdy do niej mówiłam to miałam wrażenie, że mnie rozumie. Była na prawdę klaczą o wielkim serduchu :) To mnie chyba w tych zwierzętach tak pociąga, że pomimo swojej wielkości i siły jaką posiadają potrafią być potulne i uległe i umieją nas wysłuchać.

      Pozdrawiam Cię w chłodne i deszczowe południe piątkowe :)

  7. Konie są piękne, ale bywają też niebezpieczne, dlatego dobrze, że podkreśliłaś, iż do konia nie od tyłu, a z lewej strony. :) Kilkukrotnie jeździłam konno, ale zawsze z wielkim strachem. Dlatego wolę z końmi pogadać, pogłaskać po pysku i nic więcej. Gratuluję odwagi Gabuniu :)

    • Nie ukrywam, że ja też jak siedziałam na koniu to z duszą na ramieniu. Całkiem możliwe, że one to wyczuwały i może przez to były takie niespokojne. Jednak pomimo strachu coś mnie do nich ciągnie :) Tak już mam w naturze, że lubię to co duże (ale mi się zrymowało :) )

      Pozdrawiam Cię Anulka cieplutko :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.