Kolejna część historii – W szpitalnej celi.

Dla przypomnienia przedstawiam Wam części, które się już ukazały:

1. Potyczki ze służbą zdrowia.   
2. 
Ciąg Dalszy „Potyczek ze Służbą zdrowia”.
3. Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.
4. Co się działo w szpitalnej celi.
5. Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy.
6. I co się działo w szpitalnej celi? – kontynuacja.  

CZĘŚĆ VII …

Jak wspominałam już kiedyś w części IV oprócz problemów z brzuchem spokoju nie dawało mi jeszcze zapalenie krtani, które wywoływało napady suchego i męczącego kaszlu. Robiono mi wtedy nebulizacje dwa razy dziennie, które łagodziły dolegliwości.
Moje łóżko znajdowało się w takim kąciku co utrudniało podłączenie mi inhalacji. Trzeba było na nim klęknąć i sięgnąć wysoko by dostać się do tegoż aparaciku.

Owego piątego dnia przyszedł czas na inhalację w związku z tym pojawiła się przy mnie pielęgniarka, która jakiś czas temu mi podpadła (a czym to opiszę kiedy indziej). Wstałam z łóżka i przesunęłam się tak, żeby miała lepsze dojście i żeby nie uszkodzić drenu. No i wyszła podłączyła i schodząc z impetem stanęła na drenie. Syknęłam bo zabolało mnie jak cholera i rozpłakałam się, a piguła zamiast jakoś po ludzku do mnie to jeszcze się uniosła, że stanęłam ze złej strony i to moja wina, że mi na ten dren nadepnęła. Inne siostry nie miały problemu i zawsze uważały, a ona była bardzo roztrzepana. Powiedziałam lekarzowi co się stało i odesłano mnie na ponowną konsultację chirurgiczną. Wszyscy myśleli, że sama sobie to wydarłam ale gdy wyjaśniłam jak to wszystko wyglądało to lekarze byli mocno zdziwieni bo pielęgniarka nikomu się nie przyznała co się stało.
Na konsultacji miałam szczęście bo był akurat ten życzliwy doktor, którego w poprzednich częściach nazywałam Aniołem Stróżem. Powiedział, że dren niestety w całości został wyrwany i musi go po prostu usunąć. Wyobraźcie sobie, że macie głęboko do środka brzucha założoną dość dużą rurkę i dodatkowo chwyconą do skóry kilkoma szwami by lepiej się trzymała. Teraz ktoś z całą siłą na nią przydeptuje i wyrywa ją. Powiem Wam, że myślałam iż oczy mi z orbit wyjdą.  Dobrze, że dren nic po drodze nie uszkodził bo wtedy bym miała bardzo poważny problem.
Na oddział wróciłam już bez towarzysza worka. Teraz pojawiło się pytanie co dalej. Brzuch po tym całym incydencie zaczął mnie bardziej boleć. Wyniki były w sumie całkiem dobre. Zrobiono mi kontrolną Tomografię Komputerową i odesłano jeszcze raz do chirurgów na ostateczne wydanie decyzji. Wynik TK wykazał znaczną poprawę. Ropnie się wchłonęły, a na ich miejscu pozostały stany zapalne. Wyniki z krwi też były całkiem przyzwoite. Doktor Anioł powiedział, że w zasadzie mogę iść do domu ale muszę uważać na siebie i się obserwować bo nie wiadomo jak organizm zareaguje na leki doustne ponieważ w szpitalu cały czas antybiotyki brałam dożylnie. Dostałam wytyczne, że gdy cokolwiek zacznie się dziać czyli gorączka lub ból brzucha to mam się udać na SOR.

Lekarze prowadzący wypisywali mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach jakby szydzili z mojej podjętej decyzji ich zdaniem całkiem nieodpowiedzialnej i dawali mi do zrozumienia żebym się tak nie cieszyła bo to na pewno jeszcze nie koniec.
Powiem Wam, że z jednej strony moja radość była wielka znaleźć się po miesiącu pobytu w szpitalu wreszcie w  domu ale jednak z drugiej strony bałam się jak to wszystko dalej się potoczy. W zasadzie miałam w sobie taki mały gejzer, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Antybiotyki brałam w sumie przez dwa miesiące więc mój organizm był tak wyjałowiony jak gazik w aptece. Musiałam bardzo uważać żeby nie stykać się z osobami zainfekowanymi. I ta ciągła niepewność czy wszystko będzie dobrze.

Od tamtego czasu minęło prawie 10 miesięcy. W między czasie kilka razy pobolewał mnie brzuch więc robię sobie od razu badania krwi  i USG by sprawdzić czy nic złego się tam nie dzieje gdy wyniki są troszkę podniesione dostaję nieszczęsne antybiotyki i po dwóch tygodniach mi się to uspokaja. Podobno z USG wynika, że po tym mniejszym ropniu nie zostało ani śladu natomiast ten większy cały czas wykazuje pewne pozostałości po sobie. No cóż pozostaje mi wierzyć, że tą bitwę jaką toczyłam ze swoim organizmem wygrałam i wszystko co złe pozostało gdzieś daleko za mną.