Życie, codzienność, kołem się toczy. – poważny problem :(

Tyle się u mnie ostatnio dzieje, że nie mogę złapać zakrętu, i jak tak dalej pójdzie to nie wyrobię i wypadnę na wirażu :)
Dla zabicia czasu pomagam trochę w firmie rodzinnej, opiekuję się moją  7 tygodniową siostrzenicą kilka godzin dziennie, a pomiędzy tym wszystkim jeżdżę na wizyty kontrolne do swoich specjalistów, których mam kilku, oraz na badania.
Wolną chwilkę poświęcam moim ulubionym blogom, na których bywam ostatnio częściej niż u siebie :) Więc jak widzicie zrobiło się u mnie ostatnio dość intensywnie.

Wrzuciłam taki temat, ponieważ chciałam się z Wami podzielić swoimi ważnymi wydarzeniami, które, gdzieś tam mają cały czas swój bieg.
Tym samym rozpoczynam taki swój cykl z kategorii codzienności, który będzie mi tutaj, od czasu do czasu towarzyszył :)
No to zaczynam:

Poważny problem z okiem   :(
Kiedyś pisałam o swoich zabiegach na zaćmę na jedno i drugie oko. Dla przypomnienia możecie poczytać sobie TUTAJ i TUTAJ. Od samego początku, czyli tuż po zabiegu, czułam, że z tym moim prawym okiem, które miałam operowane w lutym tego roku, jest coś nie tak. Ostrość widzenia nie poprawiała się i odczuwałam taki dziwny dyskomfort oka. Zgłaszałam to okulistom, ale twierdzili, że tam nic złego się nie dzieje, a takie dolegliwości mogą wystąpić po operacji, bo oko cały czas się jeszcze ustawia. Widzenie i dyskomfort nie poprawiało się, więc nie dzwoniąc już, by mnie nie zbyli, pojechałam do kliniki, gdzie wcześniej miałam robiony zabieg. Po dokładnym badaniu (było to na początku kwietnia) okazało się, że mam jedno z poważnych powikłań po operacji  na zaćmę, a mianowicie Obrzęk Plamki Żółtej, dodatkowo okazało się, że moja Retinopatia Cukrzycowa też szybko postępuje. No cóż tak, czy siak zapowiada się na to, iż ślepota mnie nie minie :(

Okuliści zapisali mi kropelki Nevanac i kazali stosować raz dziennie, a po 3 tygodniach miałam się pokazać na wizycie kontrolnej. Zrobiono mi OCT oczów i okazało się, że obrzęk plamki się cofnął. Lekarka mnie spytała, czy zauważyłam poprawę wzroku, na co odpowiedziałam, że nie, i że nadal źle widzę. W sumie ucieszyłam się tą dobrą wiadomością, która jednak nie do końca do mnie przemawiała. Po miesiącu zgłosiłam się na kolejną wymuszoną przeze mnie wizytę okulistyczną w poradni siatkówkowej, oczywiście cały czas w tej samej klinice. Zrobiono mi ponownie OCT. Wynik mnie zszokował. Okazało się, że z tym moim okiem jest jeszcze gorzej niż za pierwszym razem, gdy wykryto mi ten obrzęk plamki. Zmartwiłam się nie na żarty, bo wiem, że grozi mi utrata wzroku :(  Miałam też mieć robiony zabieg Laseroterapii na tą moją Retinopatię, ale w obecnej sytuacji, jest to bardzo ryzykowne. Muszę najpierw uporać się z tym obrzękiem, a dopiero później, będę myśleć o laserze. Takie odwlekanie, też nie jest do końca dobre, bo grozi to odklejeniem się siatkówki, czego następstwem jest utrata wzroku. Pani doktor powiedziała, że muszę zrobić sobie Angiografię Fluoresceinową, która jest dość inwazyjnym, ale ważnym  badaniem (termin ustalony mam na grudzień 2015r.). Dodatkowo moje oko kwalifikuje się do natychmiastowego podania Iniekcji Doszklistkowej. (termin wyznaczono mi na maj 2016r.)
Kpina jakaś totalna, bo do tego czasu mogę całkiem oślepnąć, i wtedy nie będzie mi już ta cała diagnostyka potrzebna.  Obecnie czekam na kolejną tym razem decydującą wizytę w poradni siatkówkowej, która ma się odbyć 7 lipca. Martwię się bardzo, bo czuję, że coraz gorzej widzę na to oko. Zobaczę co mi powiedzą, jeżeli nie zaproponują mi jakiegoś sensownego rozwiązania, to będę zmuszona przejąć sprawy w swoje ręce. Może nawet będę musiała poszukać jakiegoś dobrego okulistę na terenie całej Polski, by wreszcie ktoś zajął się moimi oczami tak jak należy.
A może ktoś z Was zna i poleciłby mi jakiegoś dobrego specjalistę okulistyki?

Powiem Wam szczerze, że bardzo się boję, bo nie chcę stracić wzroku. Nie wyobrażam sobie życia w ciemności. Myślę, że wtedy załamałabym się już na dobre. I nawet moja wielka siła charakteru, nic by tutaj nie wskórała :( Osoby niewidome od urodzenia podobno inaczej to odczuwają, ponieważ od zawsze żyją w takim czarnym świecie. Ktoś kto po latach utracił wzrok z różnych przyczyn bardzo ciężko się przystosowuje do nowych okoliczności, które dla mnie wydają się wręcz niemożliwe. Dziś u mnie tak trochę smutno, ale musiałam się podzielić z Wami tym co mnie trapi już od dawna.

APELUJĘ również gorąco do wszystkich. Dbajcie o swoje oczy, kontrolujcie je u okulisty przynajmniej raz w roku, a osoby chore na cukrzycę nawet co pół roku. Dzięki temu możecie zapobiec rozwojowi poważnych wad wzroku włącznie z utratą wzroku !!!

P.S. Pojawiło się u mnie w tym wpisie dużo trudnych terminów medycznych, które szczegółowo możecie przeczytać klikając na granatowe pogrubienia nazw, zostaniecie wówczas przeniesieni do linka wyjaśniającego dane zagadnienie. 
Mam nadzieję, że w jakiś sposób przybliżyłam powagę problemu, a moje informacje okażą się dla kogoś z Was przydatne.

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.

Dziś tak bardzo na poważnie, bo ten temat od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Myślę, że większość ludzi zastanawia się, w jaki sposób chcieliby zostać pochowani. Czy tradycyjnie w trumnie i do grobu, czy może poddać się kremacji? Moje ciągłe problemy ze zdrowiem skłaniały mnie ku tej refleksji już niejednokrotnie. Postanowiłam, więc, że chcę być skremowana, a część moich prochów ma być rozsypana nad naszym polskim morzem, ponieważ kocham Je bezgranicznie. Natomiast pozostała część wraz z urną ma spocząć w grobowcu rodzinnym wraz z moimi ukochanymi dziadkami.
I biada temu kto sprzeciwi się mojej ostatniej woli. Proszę tylko, żeby nie do wody, bo rybki mogłyby mnie skonsumować i dostać niestrawności ;)
Na pewno spytacie dlaczego akurat kremacja? Otóż w sumie stwierdziłam, że tak będzie bardziej ekologicznie dla Świata i ekonomicznie dla wszystkich. Nie przemawia do mnie jakoś perspektywa bycia pokarmem dla robaczków, a poza tym ciasne i ciemne pomieszczenie to zdecydowanie nie moje klimaty. Bliska natomiast, jest mojemu sercu myśl wznieść się hen wysoko z nadmorskim wiatrem i mewami :) i to błogie poczucie wiecznej wolności.

Myślałam tak praktycznie do teraz, ale gdy obejrzałam jakiś czas temu w telewizji pewien reportaż, to zaczęłam się nad tym mocno zastanawiać. Nie było by mi przyjemnie, widząc z Góry odwiedzających mój grób, zapalających znicze  i modlących się nad moimi prochami, które niekoniecznie mogłyby należeć do mnie. Skąd nagle u mnie takie wątpliwości?

Otóż w pewnym reportażu była mowa o spopielarni mieszczącej się w Polsce, która podobno dopuszczała się bezczeszczenia zwłok. Świadkowie opowiadali o mrożących krew w żyłach poczynaniach jakie rzekomo miały tam miejsce. Pisząc rzekomo mam na myśli fakt iż wina nie została udowodniona i nie zapadł jeszcze żaden wyrok w tej sprawie. Jednak słysząc często jakie okrucieństwa ludzie są gotowi zrobić dla pieniędzy, jestem w stanie we wszystko uwierzyć i stwierdzić, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Z drugiej zaś strony wiem, że zawiść ludzka i nieczyste zagrywki konkurencji mogą wyrządzić wiele krzywd i zniszczyć wszystko, co do tej pory zostało wypracowane bądź  osiągnięte.

Te wszystkie wydarzenia lub może pomówienia mogły mieć miejsce zarówno tam, jak i w innych krematoriach, lecz i tak nie da się wytłumaczyć tego w jak bestialski sposób obnoszono się z ciałem człowieka, które może nic nie czuje, a może jego dusza cierpi. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, niepojęte i niewytłumaczalne. Jaką nieziemską istotą pozbawioną jakichkolwiek zasad i barier moralnych trzeba być, by zdobyć się na coś tak okrutnie wyzutego.

W całym tym zamieszaniu chodzi głównie o to, że podobno wydawano firmom pogrzebowym bądź rodzinie prochy ciał przypadkowo wcześniej spalonych zmieszanych i składowanych w dużych pojemnikach. Mówiono też, że takie droższe i ładniejsze trumny, w których przywożono ciała były zamieniane na kartonowe lub takie sklejkowe, a te lepsze były ponownie sprzedawane. Ten chwyt z tymi trumnami ma podobno swoje zastosowanie również w Stanach. Przynajmniej tak mi mówiła Psiapsióła, która tam mieszka więc Polacy nie mogą być przecież gorszymi biznesmenami niż Amerykanie. Tak wiem nie mieści się to w głowie, ale takie rzeczy na pewno się zdarzają, a zwykli śmiertelnicy nie mają o tym bladego pojęcia. Z tego morał, że koniecznie trzeba przypilnować cały proces kremowania naszych bliskich, czy znajomych od początku aż do końca, by potem nie zadręczać się i nie zarzucać sobie, że źle postąpiliśmy zaniedbując wszystkie czynności dotyczące spopielenia ciała.
Tak więc sami widzicie, że nikomu dziś nie należy ufać, bo na każdym kroku czyha na nas jakieś oszustwo

U nas w Polsce kremowanie zwłok staje się coraz modniejsze i występuje dość często. Nie miałam okazji uczestniczyć w tego rodzaju pogrzebie. Jednak z obserwacji w mediach i ze słyszenia od znajomych, wiem, że ta cała uroczystość jest bardziej widowiskowa i nowoczesna, a wiadomo, że co nowe i z zachodu to na pewno modne. Moja znajoma mówiła mi natomiast, że kremacja w Stanach jest najczęściej wybierana, ponieważ jest dużo tańsza od tradycyjnego pochówku, na który stać tylko bogaczy. Szkoda, że coraz częstsza nieuczciwość, oszustwa i wszelkie okrucieństwa ludzkie pozbawiają nas: zaufania do drugiego człowieka, wewnętrznego spokoju, poczucia bezpieczeństwa i radości w spełnianiu siebie. To smutne i męczące, że na każdym kroku życie zmusza nas do podejrzliwości i przesadnej czujności. Sami musimy wszystkiego pilnować i na wszystkim się znać, bo w przeciwnym razie może się to dla nas źle skończyć.

Tracimy kogoś dla nas bardzo bliskiego, i w jednym momencie wali nam się cały świat. Nie jesteśmy w stanie racjonalnie myśleć, często nie mamy kontaktu z rzeczywistością i pojęcia, co się wokół nas dzieje, więc tym bardziej brak nam sił na te wszystkie formalności dotyczące pogrzebu, a tutaj jest tyle rzeczy do ustalenia i decyzji do podjęcia. Dajemy najczęściej przyzwolenie Zakładom Pogrzebowym, prosektoriom czy krematoriom, które załatwiają wszystko za nas i co się potem okazuje? Nasz ból po stracie ważnej dla nas osoby, nasz chwilowy brak świadomości zostaje w okrutny sposób wykorzystany przez kogoś komu poniekąd zaufaliśmy.
Nikt z tych pozbawionych ludzkich uczuć istot, wykorzystujących w bestialski sposób wszystkich i wszystko nie zastanowi się ani przez chwilę, co czują te skrzywdzone przez los osoby.

LUDZIE !!! Nie, Wy nie jesteście ludźmi, jesteście robotami, maszynami, które bezmyślnie działają według własnych zasad. Wy nie czujecie, Wy nie myślicie. Przecież pogrążony w żałobie może być każdy: Ja,On, czy właśnie Ty, ten pozbawiony wszelkich zasad moralnych i etycznych. Dlaczego tak się dzieje? Czy pieniądze są aż tak ważne by się dla nich podlić, upokarzać i staczać? Przecież do grobu ich nie zabierzemy. Czy w tym bezwzględnym i brutalnym świecie jest jakiś hamulec bądź bariera, której się nie przekroczy?

I jeszcze jedna taka moja rada, mianowicie, rozmawiajcie z bliskimi, przyjaciółmi i rodziną o swojej ostatniej woli, czego oczekujecie, jak chcecie by wyglądała Wasza ostatnia droga. Życie jest takie zaskakujące, że nie wiemy co z nami będzie za sekundę, godzinę czy może miesiąc. Nie myślcie sobie: „ja mam jeszcze czas”, bo nikt nie wie ile mu jeszcze tego czasu zostało. Wcześniejsze ustalenia i podjęte decyzje zaoszczędzą wszystkim niepotrzebnych kłótni i nerwów, bo zmarły życzył sobie spopielenia i np. skrzypiec na cmentarzu i powiedział o tym partnerowi, który przy tym obstaje, a najbliższa rodzina nie chce o tym słyszeć i działa na własna rękę. Tak niestety zdarza się dość często, więc może warto zastanowić się i jasno określić swoje pragnienia dotyczące wiecznego pożegnania, niż na koniec być ością niezgody wśród naszych najbliższych. 

 

Dentysta czy Dentysta – o co tutaj kurna chodzi?

Nie wiem jak Wy ale ja biegnę do dentysty zaraz jak tylko poczuję, że coś się zaczyna dziać z moimi zębami. Jakoś tak nie uśmiecha mi się wizja bycia kobietą z uszkodzoną lub popsutą klawiaturą bądź zafundowania sobie sztucznej szczęki ;) Dbam o swój uśmiech bo on jest moją dewizą. O zabrzmiało jak reklama pasty do zębów ;)

Był październik zeszłego roku. Jak zwykle poszłam do mojego stomatologa z bolącym zębem. Doktor go oglądnął i stwierdził, że trzeba przeleczyć kanałowo ale odeśle mnie do koleżanki ponieważ ona się akurat tym zajmuje. Pomyślałam sobie, że nie ma problemu i umówiłam się na wizytę do owej dentystki. Jak ktoś z Was przeżył taką przyjemność to doskonale wie o czym piszę. Leczenie szło dość mozolnie ponieważ mój ząbek był totalnie oporny i nie chciał ujawnić swych ukrytych kanałów. Trwało to sporo czasu bo terminy były dość odległe. Okazało się, że mam do wyleczenia 3 kanały i gdy drugi został ujarzmiony, a było to w okolicach lutego bieżącego roku to pani doktor oznajmiła mi, że wyjeżdża i już jej nie będzie w związku z tym muszę się zapisać znów do kogoś innego. Zapewniła mnie również iż wszystko zapisze w karcie by jej następczyni wiedziała na jakim etapie jest leczenie. Trochę się zezłościłam ale cóż było robić. Dostałam więc termin do kolejnej pani doktor.

Nadszedł dzień wizyty i gdy znalazłam się w gabinecie to najpierw musiałam poczekać około pół godziny bo owa pani doktor (taka gdzieś po 60 -tce) się z czymś tam guzdrała i piła kawę, a gdy już się pojawiła przy fotelu zaczęłam jej pokrótce opowiadać jak wygląda sytuacja z tym moim zębem. Wysłuchała przeglądnęła kartotekę i powiedziała, że poprzednia pani stomatolog nie zanotowała na jakim etapie zostało skończone leczenie w związku z tym ona się nie podejmie tak w ciemno by to dalej prowadzić, a poza tym przy moich schorzeniach i przyjmowanych lekach trzeba się temu przyglądnąć dokładniej. Mówiłam jej co przekazała mi poprzednia lekarka. Byłam zła, że nie dopilnowała i nie zapisała co dokładnie miałam zrobione. W związku z tym obecna dentystka kazała mi zrobić zdjęcie panoramiczne i punktowe tego zęba i zapisać się do niej na następny termin. Wkurzyłam się nie na żarty i wyraziłam swoje niezadowolenie bo jak można tak traktować pacjentów tym bardziej, że straciłam już niemałe pieniądze lecząc zęby u nich. Nie dość, że tyle czasu zmarnowane to znów wszystko się przesunęło w czasie, a ja miałam właśnie wylatywać do Turcji ( KLIK i KLIK ) Spytałam czy nie mogą się skontaktować z poprzednią lekarką i zapytać o mnie ale skwitowali to mówiąc, że nie mają do niej żadnych namiarów. Dentystka zaczęła się tłumaczyć iż to przecież nie jej wina i chce dla mnie jak najlepiej. Uspokoiłam się więc ale byłam zdezorientowana bo nie wiedziałam co mam myśleć o tej całej sytuacji. Niby z jednej strony miała rację ale z drugiej gdy pytałam kiedyś kilku stomatologów czy leczenie jest uwarunkowane od moich schorzeń i lekarstw to usłyszałam odpowiedź negatywną, że nie ma to znaczenia przy zębach. Więc komu tak na prawdę wierzyć? Cóż, zapisałam się na kolejny termin trzy dni po powrocie do kraju i wyszłam stamtąd. W między czasie kontuzjowałam moją stopę, o której piszę TUTAJ  i nie zrobiłam tych zdjęć przed wyjazdem. Po powrocie z urlopu też miałam zbyt mało czasu i nie zdążyłam prześwietlić tych zębów więc zadzwoniłam do gabinetu stomatologicznego i przesunęłam termin wizyty na 9 czerwca na 17:30. 

Dwa tygodnie szybko zleciały, a że czas u mnie jest dość napięty i z wieloma rzeczami zostaję na ostatnią chwilę to rano pojechałam na ten RTG zębów i potem wieczorem na wizytę do dentysty. Po przybyciu na miejsce okazało się, że na fotelu siedzi jeszcze pacjentka w związku z tym musiałam poczekać aż 45 minut. No nic jak mus to mus. Przyszła wreszcie moja kolej więc zasiadłam na fotelu, do którego po dłuższej chwili podeszła owa pani doktor. Przypomniałam jej temat mojej poprzedniej wizyty. Popatrzyła znów w kartę i potem na zdjęcia. Powiedziała, że ten leczony ząb oraz sąsiedni mają najprawdopodobniej jakiś stan zapalny i jeszcze po drugiej stronie jeden ma nieszczelne wypełnienie. Poinformowała mnie też, że może się okazać iż ten ząb, który jest w trakcie kanałówki oraz te z nieszczelnym wypełnieniem są do usunięcia. Zdenerwowałam się i powiedziałam, że przecież wydałam już sporo kasy na to leczenie, a poza tym chcę ratować zęby by jakoś wyglądać. Wiadomo oczywiście iż co swoje to swoje. Doktorka sprawiała wrażenie zdziwionej, że zęby są dla mnie takie ważne. Patrzyła na mnie jakbym była co najmniej z kosmosu.  Zapytałam więc co mam z tym zrobić? Na co dentystka odpowiedziała, że ona się nie podejmie tego leczenia bo jest to w moim przypadku dość skomplikowane ze względu na ble, ble, ble (to samo mówiła co poprzednio). Powiedziałam jej wtedy, że nikt wcześniej nigdy nie robił mi żadnych problemów z jakimkolwiek leczeniem zębów nawet kanałowym pomimo iż wiedzieli o moim obciążeniu chorobami i nic się potem nie działo. Sprawiała wrażenie zdziwionej. Zaczęła wysyłać mnie do innego gabinetu położonego na drugim końcu miasta bo niby tam mieli lepszy sprzęt by jeszcze raz sprawdzić te moje zęby. Powiem Wam szczerze, że podku …. wiłam się konkretnie bo pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją u stomatologa. I miałam ochotę tam wybuchnąć ale powstrzymałam się grzecznie by nie robić zamieszania i oszczędzić sobie nerwów. Podziękowałam przez zaciśnięte zęby za informację. Wzięłam te namiary na proponowany gabinet i jeszcze dodatkowo zapisałam się na wizytę do mojego dawnego stomatologa z myślą, że może on wreszcie to dokończy co inni zaczęli zamiast odsyłać mnie do koleżanki.

Powiem Wam, że wyszłam stamtąd z wielkim mętlikiem w głowie. Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony może ta dentystka faktycznie ma rację, a z drugiej znów czuję, że bała się mi cokolwiek robić i wolała mnie spuścić po brzytwie żeby pozbyć się problemu. Z taką reakcją wśród lekarzy już się spotkałam wielokrotnie. Byłam potraktowana jak tzw. śmierdzące gówno, które trzeba szybko usunąć zanim narobi większego smrodu. To rozwiązanie wydaje mi się najbardziej prawdopodobne bo tak mi ta lekarka podejrzanie wyglądała. Normalnie dobry dentysta powinien zająć się tym problemem osobiście, zadziałać, pokierować mną, a nie spychać mnie na boczny tor. No cóż czeka mnie trudny orzech do zgryzienia bo będę musiała teraz znaleźć sobie jakiś dobry gabinet stomatologiczny, który poprowadzi mnie dalej sensownie i skończy coś za kogoś. Wybór jest trudny bo namnożyło się tych gabinetów jak grzybów po deszczu. Myślę też by iść jednak na tą wyznaczoną wizytę do doktora i przedstawić mu całą sytuację. Może on ma jakiś namiar do tej swojej koleżanki i wyciągnie od niej informacje. To jest chyba najrozsądniejsze wyjście zanim zacznę szukać czegoś innego. Szkoda mi czasu i nie chcę stracić tego zęba. Wydaje się, że świat idzie z postępem ale jednak pod wieloma względami jest jeszcze w powijakach najczęściej można to zaobserwować właśnie w naszym kraju.

Zobaczcie i przypomnijcie sobie jak dawniej wyglądała wizyta u  dentysty :)



Fachowcy czy pseudo fachowcy? Czyli parapetów ciąg dalszy.

Jakiś czas temu ku przestrodze innym zaczęłam opisywać swoją historię dotyczącą oszustów parapetowych jakich spotkaliśmy na swojej drodze :( Jeżeli ktoś chciałby zapoznać się z poprzednią częścią lub sobie ją przypomnieć to zapraszam TUTAJ  :)

Po dotarciu na miejsce z nieszczęsnymi parapetami właścicielka firmy wskazała ślubnemu gdzie ma je rozładować. Mąż właścicielki i współwłaściciel zarazem nie bardzo chciał w tym uczestniczyć więc P. musiał radzić sobie sam. Po skończeniu rozładunku kazaliśmy aby owa pani napisała nam taką informację, że odebrała od nas nasze parapety sztuk 11 i oczywiście datę i podpis. Nasze przykre doświadczenie nas nauczyło by nikomu nie ufać więc woleliśmy się zabezpieczyć na przyszłość bo nigdy nie wiadomo co i kiedy się może przydać. Zaczęliśmy rozmawiać z ową właścicielką i nie ukrywam iż  byłam mocno zdenerwowana i żądałam wyjaśnień jak to się mogło stać by nas tak okłamać. To co usłyszeliśmy wprowadziło nas w totalne osłupienie. Pani właścicielka powiedziała: Wyszło pewne nieporozumienie bo tego kamienia, który chcieliście nie było na hurtowni, a że nie chciałam zawracać Wam głowy to sugerując się tym jak mówiliście iż chcecie coś w popielu wybrałam sama taki jaki uważałam, że Wam się spodoba.
Na te słowa wybuchnęliśmy ze ślubnym: Co też pani opowiada przecież mówiliśmy, że mamy w domu dużo brązów i nie chcemy nic w szarościach bo nie będzie nam to do niczego pasowało, a poza tym pokazywaliśmy na pani podłogę, która jest właśnie wyłożona tym kamieniem, o który nam chodziło. Mówiła pani, że nie będzie żadnego problemu i zapisała sobie nazwę na naszym nieoficjalnym zamówieniu.

Powiem Wam, że zagotowałam bo jak można takie rzeczy ustalać bez porozumienia z nami? Przecież to była bardzo ważna i istotna decyzja.
Zapytaliśmy więc właścicielkę jakie widzi rozwiązanie. I znów padły zdania, które rozwaliły moją szczenę całkowicie: To zostawcie te parapety, a wybierzcie sobie kamień, z którego zrobimy Wam nowe, za które dopłacicie nam połowę ceny. Natomiast te może uda mi się jakoś sprzedać.
Nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem bezsilności wypowiadając przy tym ostre „Nie ma mowy, nie zgadzamy się. Żądamy zwrotu pieniędzy bo nie chcemy już żebyście nam cokolwiek wykonywali. Oszukaliście nas i ja tego tak nie zostawię.”
W związku z tym pani powiedziała, że skoro tak stawiamy sprawę to ona nam pieniędzy nie odda tylko sobie poczekamy aż sprzeda te nieszczęsne parapety i wtedy się rozliczymy. Miałam dość tej bezsensownej rozmowy i jak najszybciej chciałam jechać stamtąd. Potem wykonałam jeszcze wiele telefonów do tej pani ale bezskutecznie ponieważ ona uparła się, że nie odda naszych należności bo nic jeszcze nie sprzedała. To było nie fer bo nie dość, że nie odzyskaliśmy kasy to jeszcze parapety też przepadły.

W między czasie znaleźliśmy innego kamieniarza niedaleko naszego miejsca zamieszkania, który okazał się bardzo dobrym i sumiennym fachowcem. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o nim wcześniej bo zaoszczędzilibyśmy sobie wielu nerwów i problemów. Facet wyciął nam te parapety z tych fragmentów płyty, które mu wskazaliśmy, bardzo dobrze je oszlifował (bo te poprzednie były partacko wykonane) i do tego jeszcze nam polakierował takim impregnatem żeby nie wchłaniały plam z wody czy tłuszczu. Zapłaciliśmy dosłownie niewiele więcej, a przy tym wszystkim się okazało jeszcze, że tamten kamień, który chcieliśmy był droższy od tego co nam oszuści fachowcy zrobili ponieważ my zamawialiśmy granit, a parapety, które przywiózł nam pan właściciel były z marmuru (czyli gorszy kamień). I tak wyszedł kolejny kant z ceną. Zadzwoniłam do poprzedniej właścicielki i powiedziałam o swoim kolejnym spostrzeżeniu, i że tego już za wiele i w związku z tym wnoszę sprawę do sądu. Nasi oszuści chyba się trochę wystraszyli bo za kilka dni na moje konto przyszła połowa kwoty, którą zapłaciliśmy za wykonaną usługę. Ucieszyłam się i miałam nadzieję, że teraz już bez problemu odzyskamy resztę naszych pieniędzy. Jednak nie było to takie proste jak myśleliśmy. Czekaliśmy jeszcze pół roku i w tym czasie otrzymaliśmy 3 razy taką symboliczną i groszową kwotę. Nie zgłaszałam tej sprawy do sądu gdyż byłam przekonana, że uda się zakończyć ten spór polubownie i unikniemy wieloletniego sądzenia się oraz związanych z tym wydarzeniem nerwów i dodatkowych kosztów. Nawet nie przypuszczałam w jakim jestem błędzie.

DSC03458DSC03466To nasze nowe parapety takie jak chcieliśmy od samego początku,  podobają się Wam?  ;)

Podczas kolejnych rozmów telefonicznych owa właścicielka nadal była bardzo opryskliwa więc poinformowałam ją, że jest to nasza ostatnia rozmowa i będzie się już z nimi kontaktował w naszym imieniu prawnik. Skontaktowaliśmy się z zaznajomionym nam adwokatem by zgłosił naszą sprawę do sądu. Prawnik pocieszył nas, że sprawę mamy raczej wygraną. Posiadamy nieoficjalną co prawda umowę nabazgrana na kartce ale jednak ważną jako dowód w sprawie i najważniejsze oświadczenie przyjęcia parapetów oraz wyciąg bankowy na część przelanych nam pieniędzy co oznacza do ostatecznego przyznania się do winy.

Faktycznie wygraliśmy sprawę na podstawie przedstawionych dowodów i nie musieliśmy nawet stawać na rozprawie. Nasza radość była jednak zbyt szybka bo dodatkowe koszty sądowe zostały szybko wyegzekwowane i komornik z adwokatem swoje dostali, a my dalej czekamy na spłatę pozostałych pieniędzy. I gdy dzwonię do komornika z pretensjami co z naszą należnością to ciągle mi mówi żebyśmy sie uzbroili w cierpliwość bo rozłożyli winowajcom ich dług na raty. Po prostu jakaś kpina bo ja musiałam zapłacić wszystko od razu w całości, a my czekamy już na nasze pieniądze ponad dwa lata.

Cała ta sytuacja nauczyła nas większej czujności i by nie ufać tak bezgranicznie innym, a zwłaszcza na pozór uczciwym fachowcom.
Chciałam przestrzec wszystkich, którzy planują wszelkie remonty bądź budowę czy urządzanie domu by skrzętnie notowali wszelkie zmiany i ustalenia oraz spisywali umowy na najdrobniejsze nawet usługi czy materiały i nie dali się wywieźć w pole tak jak my.
Sprawdzajcie dokładnie od razu czy usługa została dobrze wykonana i wykorzystany materiał się zgadza.  Nie idźcie na żadne ustępstwa i zmiany bez wcześniejszego zapisania tych ustaleń bo może się to potem obrócić przeciwko Wam. Trzeba być czujnym na każdym kroku bo oszuści są wszędzie i nie śpią, a czyhają na naszą naiwność, zaślepienie i uśpiony brak czujności oraz wykorzystują fakt, że często nie do końca znamy się na wykonaniu zleconej przez nas usługi. 

Jak to „stąpająca stopa” poradziła sobie na urlopie – Turcja II

Przez dwa tygodnie po naszym powrocie do kraju było zimno i prawie cały czas padało. Różnica temperatur była dość duża bo u nas między 10 a 15 stopni, a tam między 25 a 30 stopni. Nie dziwota więc, że mój ślubny się pochorował, a że nie chce słuchać swojej pielęgniareczki to cały czas go potwornie kaszle i smarka, a co się przy tym najojczy to jego. Gorzej niż dziecko ale faceci już tak ponoć mają i są uparci na umór, a mówi się, że to kobiety posiadają tą cechę. I tak chronię się cały czas przed zarażeniem tym okropnym przeziębieniem bo mnie jak dopadnie to dopiero będzie katastrofa.

I tak nasz kochany czerwiec przywitał nas słonkiem i ciepełkiem, a ja przypomniałam sobie jak to było fajnie poleniuchować w ciepłym kraju. W domu cały czas są jakieś obowiązki i załatwienia więc nie ma szans na jakiekolwiek wyciszenie się.

Jak minęła nam podróż to już wiecie bo opisałam ją TUTAJ  więc zapraszam na dalszy ciąg „stąpającej stopy”.
W związku z tym, że lot był opóźniony o godzinę z powodu burzy to cała podróż i dotarcie na samo miejsce automatycznie też się przeciągnęło. Jadąc autobusem z lotniska byliśmy skupieni i nasłuchiwaliśmy jaką nazwę hotelu wywołuje turecki kierowca by nie przegapić naszego. Jechaliśmy tak prawie godzinę, aż wreszcie usłyszeliśmy Seher Resort & Spa (klik na nazwę i można go zobaczyć) - no nareszcie jesteśmy – powiedziałam do męża bo zmęczenie dawało nam się we znaki. Wysiedliśmy z autobusu i zabraliśmy nasze bagaże, które kierowca już zdążył wyciągnąć. Weszliśmy do środka i podeszliśmy do recepcji. W międzyczasie musieliśmy włączyć nasze receptory pamięci i przestawić się na język angielski. Nie było tak lekko bo mąż zna tylko kilka pojedynczych słów, a ja uczyłam się w liceum dawno temu. Co prawda byliśmy już kilka razy za granicą i jakoś w miarę się dogadywaliśmy ale wiecie jak to jest gdy się tego języka w ogóle nie używa. Zawsze po powrocie do kraju obiecuję sobie, że zabieram się za szlifowanie angielskiego ale potem jakoś to moje postanowienie umiera śmiercią naturalną aż do następnego razu.

20150510_111139Jak ktoś z Was nie wie skąd się biorą szczotki WC lub do mycia butelek to już wiecie, że rosną w Turcji na drzewach :)

Pan recepcjonista jak tylko nas zobaczył odezwał się w języku niemieckim dlatego, że jak się później okazało 90% przebywających tam ludzi to właśnie Niemcy. Powiem Wam, że chwilami wydawało nam się jakbyśmy byli w Niemczech bo wokół nas słychać było tylko ten język. Grzecznie więc powiedzieliśmy panu, że nie mówimy po niemiecku tylko po angielsku. Oczywiście ów recepcjonista w jednej chwili zaczął z nami rozmawiać po angielsku prosząc o paszporty i wauczery na nasz pobyt. Nagle ożywił się i powiedział, że widzi iż jesteśmy z Polski. Przytaknęliśmy więc zapytał z jakiego miasta odpowiedziałam, że z Krakowa, a on na to, że był w Krakowie bo jego żona jest Polką i pochodzi z Katowic. Zapytałam go jak długo mieszkał w Polsce i czy umie mówić po Polsku. Odpowiedział więc, że mieszkał 4 lata i nie nauczył się naszego języka bo jest za trudny. Poprosiliśmy go więc by dał nam fajny pokój i najlepiej blisko windy bo mam kontuzję stopy. Uśmiechnął się i powiedział - no problem, i że będziemy zadowoleni bo dostaliśmy rili gud rum :) Grzecznie podziękowałam i dałam mu napiwek. Powiedziałam jeszcze naszemu w połowie ziomalowi iż jesteśmy głodni i zapytałam czy możemy coś zjeść. Pan grzecznie odpowiedział, że jest jeszcze późna kolacja i wskazał nam gdzie jest stołówka. Podziękowaliśmy za informację i poszliśmy z bojem hotelowym by zanieść bagaże do pokoju, który faktycznie znajdował się na przeciwko windy :) podziękowaliśmy bojowi standardowo napiwkiem.

Nie rozglądaliśmy się jakoś bardzo bo byliśmy strasznie głodni tylko zostawiliśmy walizki i poszliśmy na stołówkę coś zjeść. Po kolacji, która była całkiem smaczna udaliśmy się do pokoju by trochę się ogarnąć i iść spać bo było bardzo późno. Mieliśmy otwarty balkon, a że zaraz obok hotelu był kanał, którym płynęła sobie woda i wieczorem wpuszczano tam ścieki to zaśmierdziało nam się okrutnie w środku. Do tego zobaczyliśmy mrówki, które dreptały prosto do naszego pokoju. Wkurzyliśmy się i pomyśleliśmy żeby iść na recepcję i powiedzieć o mrówkach i smrodzie, i że chcemy się przenieść gdzie indziej. Jednak byliśmy zbyt zmęczeni żeby znów te tobołki przenosić gdzieś, a poza tym mogło się okazać, że dostalibyśmy gorszy pokój. Ślubny zamknął balkon i coś tam pozatykał w oknie żeby mrówki nam nie wchodziły do środka i poszliśmy spać. Zanim jednak usnęliśmy mąż oznajmił mi, że będzie biegał codziennie rano i zrobi taki rekonesans po okolicy gdzie są sklepy i jak wygląda dojście do plaży. Nie bardzo mi się chciało w to wierzyć bo mówił tak gdziekolwiek byliśmy i zawsze kończyło się to takim jednorazowym wypadem :)

Nad ranem uchyliliśmy balkon ponieważ w pokoju zrobiło się bardzo ciepło i o 5:00 usłyszeliśmy głośny jakby taki zawodzący śpiew Muezzina, który wzywał wszystkich muzułmanów do modlitwy bo całkiem blisko znajdował się Meczet. Taka ceremonia odbywa się pięć razy dziennie. Potem jakoś tak przyzwyczailiśmy się do tego, a poza tym był większy ruch więc nie było tego Muezzina słychać. Bardzo ciekawe przeżycie. niestety moja „stąpająca stopa” nie była na tyle sprawna bym mogła doczłapać się do owego Meczetu. Zawsze chciałam zobaczyć go od środka no ale cóż myślę, że następnym razem mi się to uda :) Nie wiem która to była godzina bo drzemałam jeszcze sobie jak usłyszałam, że ślubny zbiera się do wypadu. Przebrał się w swój strój do biegania, wziął wodę i wyruszył na podbój Side  gdy wrócił obudził mnie i poszliśmy na śniadanie w trakcie, którego opowiadał co widział.
Szkoda, że nie było nam dane trochę pozwiedzać ale cieszę się, że pomimo tej kontuzji (KLIK), która na początku wyglądała dużo poważniej niż się później okazało w ogóle ten nasz urlop doszedł do skutku :)

A takie focie zrobił mój ślubny podczas swojego maratonu ;)
20150511_142814Nikt tych pomarańczy nie jadł bo były przygnite ;)
20150511_143928Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam zbyt dokładnym opowiadaniem?
Wygląda na to, że kroi się tutaj kilka części ;) a myślałam iż w jednej się zmieszczę.
Lubię opisywać w miarę dokładnie wydarzenia i rzeczy, które wydają mi się ważne, ciekawe i istotne by moi czytelnicy się nie pogubili i wiedzieli o co chodzi.

Więc moi Drodzy CIĄG DALSZY NASTĄPI …….