Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

The following two tabs change content below.

Ostatnie wpisy gabunia76 (zobacz wszystkie)

26 Komentarze

  1. Tego, co piszesz Gabuniu nie da się czytać bez łez lecących samowolnie po policzkach, gorących i czerwonych od emocji. Jesteś silna, zahartowana od dziecka, gotowa do walki z przeciwnościami losu. Zdrowie, jak trudno utrzymać je dla siebie, kiedy szwankuje od dzieciństwa. Jesteś w wieku mojego syna, młoda i silna – może nie fizycznie- ale psychikę, a determinację, wolę walki, masz tytana. Siłę dają Tobie, to pewne, Twój mąż i syn, którzy kochają Cię miłością bezwarunkową, wielką i szczerą. Ta myśl na pewno daje Tobie moc, która w zderzeniu z przeciwnościami Losu, pokona je zawsze.
    Dzielisz się z nami swoimi osobistymi, dramatycznymi przeżyciami. Jesteś szczerą i otwartą osobą. Podziwiam w sensie najbardziej pozytywnym.
    Nie dziwię się, że wahasz się przed poddaniem tak ryzykownego zabiegu. Trudno jest podjąć decyzję, kiedy lekarze nie dają żadnej szansy na poprawę, a wręcz sami boją się pogorszenia stanu Twojego zdrowia.
    Znam kobietę, matkę trójki dzieci, która nie ma obu nerek, dializuje się kilka razy w ciągu tygodnia a mocz (przynajmniej do czasu usunięcia drugiej nerki) spływał do pojemnika. Radziła sobie i radzi wyśmienicie, bo ma miłość i wsparcie w najbliższych. Uśmiecha się jak każdy zdrowy człowiek.
    Życzę zdrowia Gabuniu, oby przynajmniej się, jeżeli nie poprawiło, to chociaż nie pogarszało nigdy.
    Pozdrawiam serdecznie Gabuniu:)

    • Bardzo Ci dziękuję za aż tyle ciepłych i mądrych słów Elu. Jest to na prawdę bardzo ważne dla mnie i budujące na duchu :)
      Co do miłości moich panów wobec mnie, to nie wiem jaka ona tak do końca jest, bo nie jest tak kolorowo, potrafią obaj sprawić mi wiele przykrości. Faktycznie, gdy coś złego mi się dzieje, są i pomogą, martwią się o mnie, ale gdy tylko zbieram się do kupy, to wtedy już ich stosunek do mnie potrafi się zmieniać o 180 stopni, zwłaszcza syn. Nie chcę jednak roztrząsać tego tematu.
      Bardzo współczuję tej kobiecie, o której tu wspominasz. Te dializy są bardzo uciążliwe i wyczerpujące dla organizmu. Człowiek jest więźniem własnego ciała i ma wiele ograniczeń oraz wyrzeczeń. Bywając w szpitalu coś niecoś dowiedziałam się na ten temat. Ciocia mojego męża jest po przeszczepie nerki i tez się dializowała.
      Moje choroby i leki, które zażywam niestety mają swoje powikłania i skutki uboczne, które bardzo obciążają mój organizm dodając ciągle jakieś nowe dolegliwości, czy choroby. Jest już tego sporo i z biegiem czasu coraz bardziej jestem tym wszystkim zmęczona, ale pomimo wszystko mam tą siłę jak to doskonale nazwałaś „Tytana”, która mnie podnosi i pcha do przodu. Cały czas się zastanawiam Elu co mnie jeszcze czeka i ciągle się boję kolejnego nadchodzącego dnia, co też mi znów przyniesie złego :(

      Pozdrawiam Cię Elu ciepło

    • Dziękuję Ci Si :) Powiem Ci, że mój bagaż doświadczeń i przeżyć jest faktycznie całkiem spory. Już jako dziecko musiałam wydorośleć i dojrzeć emocjonalnie.

      Pozdrawiam Cię serdecznie

    • No i proszę, jeszcze lepiej, czyli wystarczy pozytywnie myśleć i w zasadzie jest się zdrowym :)
      Oj żebyś wiedziała Tereniu, że nie chciałabym się wrócić do tych czasów, dlatego postanowiłam zrezygnować z zabiegu.

      Pozdrawiam słonecznie :)

    • W tym przypadku nie zaprzeczę. Powiem Ci Ruda, że czasami mi się wydaje, że to był właśnie koszmarny sen, lecz niestety wszystko co opisuję, jest szczerą prawdą, bazującą na faktach jak najbardziej autentycznych :(

  2. Agnieszko, z odcinka na odcinek jest straszniej, nie wiem jak to wszystko wytrzymałaś, musi być w Tobie wielka wola życia :-)
    Nie dziwię się, że po takich przeżyciach zrezygnowałaś z operacji, ja chyba tez bałabym się najbardziej powikłań i kalectwa…
    Masz rację, że lekarze nie chcą słuchać, być może rutyna robi swoje, może sa zmęczeni zbyt dużą ilością pacjentów. Czasem niestety przypadek i zbieg okoliczności decyduje o naszym życiu, gorzej gdy ktoś ma pecha…
    Zdrówka życzę i wytrwałości kochana :-)

    • Powiem Ci Asiu, że sama się zastanawiam, jak ja to mogłam wytrzymać i teraz opisując wszystko, aż nie chce mi się w to wierzyć, że było we mnie tyle siły i chęci życia.

      Jakby ktoś mi kiedyś powiedział, przez co będę musiała przejść, to postukałabym mu po czole, a tu proszę. Zawsze mówiłam, że w życiu spotykają nas rzeczy, których najmniej się spodziewamy.

      A lekarze, może są zmęczeni, może rutyna ich dopadła, ale moim zdaniem, na to nie ma wytłumaczenia, bo przecież sami chcieli leczyć, przysięgali, że będą robić wszystko co w ich mocy, by ratować ludzkie życie, a teraz co odwidziało im się? Jeżeli tak, niech zrezygnują, zmienią zawód.

      Uściski serdeczne dla Ciebie Asiu przesyłam i udanego weekendu życzę :)

  3. Gabuniu, ile Ty w tym życiu przechodzisz. Podziwiam Cię, wiesz? Jesteś silną, wspaniałą kobietką. A to ile robisz na swoim blogu i ile radości dajesz mi na moim, to wynik Twojego dobrego serduszka. Kochana, bądź silna za tymi szklanymi drzwiami. Wysyłam Ci całą swoją pozytywna energię i moje modlitwy. :*

    • Dziękuję Ci Aniu za te ciepłe słowa, są dla mnie bardzo ważne, bo motywują mnie do walki, by żyć, by realizować po części swoje marzenia.
      I ja Ciebie również podziwiam Aniu i chylę czoła, za to jak spełniasz swoje życiowe plany. Idziesz do przodu jak burza :) Taka młoda osóbka, a jaka kreatywna i dojrzała emocjonalnie.
      Pamiętaj, że mocno Ci kibicuję i trzymam kciuki, by wszystko co sobie zapragniesz, Ci się spełniło :)

      Buziaki i uściski serdeczne ślę do Ciebie Aniu.

  4. Bardzo dużo tego na Ciebie spadło i na Twoich bliskich – ale Ty silna kobieta jesteś, silna i dzielna. Zrobiło to na mnie wrażenie…

    • Oj dużo tego wszystkiego się uzbierało od czasu, gdy byłam dzieckiem. To dało mi ogromną siłę, bo jak to się mówi, co Cię nie zabije to Cię wzmocni. Wiele osób mi mówiło włącznie z lekarzami, że we mnie jest tak duża chęć życia, że jestem w stanie znieść bardzo wiele. Z każdym takim przeżyciem jestem o jeden stopień wyżej w swej wytrzymałości.

      Pozdrawiam ciepło :)

  5. Witaj. Ciężko czytać, a co dopiero przeżyć, to wszystko. Najgorsze w tym wszystkim jest buta lekarzy, którzy uważają się za wszechwiedzących i pacjent nie ma prawa się odezwać, a co dopiero wiedzieć więcej niż on.
    Wiem, że decyzja o pozostawieniu stomii była ciężka, ale może dobra. Pozdrawiam.

    • Niestety tych wszechwiedzących jest więcej. Na szczęście znam takich, którzy prowadzą moje choroby od dawna i są całkiem w porządku. Zawsze jak idę na kontrolę, to razem dyskutujemy i myślimy nad pewnymi rozwiązaniami, jak dany problem ugryźć.
      Tak, jestem teraz przekonana, że postąpiłam słusznie rezygnując z zabiegu i pozostawiając stomię. To co mnie spotkało w pełni uświadomiło mi, że mój przypadek jest na prawdę trudny i skoro lekarze, a byłam u najlepszych, mówią, żeby się wstrzymać, to coś w tym musi być.

      Pozdrawiam serdecznie

  6. Z założenia powinniśmy ufać lekarzom, prawda? Ale jak, skoro oni nie widzą w nas pacjentów, tylko kolejny przypadek?
    Wszystko mnie boli od czytania tego co przeszłaś. Podziwiam Cię, że mimo wszystko jesteś jaka jesteś i nie poddajesz się. Przeżywam na nowo nie wesołe tutejsze medyczne przeżycia znajomych. Ale jednak jest różnica technologiczna! Czegoś więcej bym oczekiwała w Polsce.
    Pozdrawiam.

    • Powiem Ci Ewo, że bardzo trudno dziś o dobrego doktora w naszym kraju, w dodatku takiego, żeby można było mu zaufać. Większość doświadczonych, sumiennych, tak zwyczajnie ludzkich, wyjechało za granicę. Boję się myśleć co to dalej będzie z nami chorymi, biorąc pod uwagę fakt, że nasza służba zdrowia schodzi na psy. Powstają coraz to nowocześniejsze oddziały, szpitale, w których jest sporo nowego sprzętu. Są możliwości, ale niestety jest zbyt mało personelu medycznego, by to wszystko obsłużyła.

      Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.