Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

The following two tabs change content below.

Ostatnie wpisy gabunia76 (zobacz wszystkie)

30 Komentarze

  1. Witaj, wiesz, że dopiero dzisiaj się dowiedziałam, że piszesz bloga:)
    Oczywiście zaraz zaczęłam czytać i trafiłam na ten artykuł o moim kochanym Bruniu… Łzy cisną się same:( Marne ale jedyne pocieszenie to to, że Brunio już nie cierpi… I masz rację, był w każdym calu wyjątkowym PSIUREM… Żal wielki, że już Go nie ma… :(:(
    Aga, jeszcze raz baaardzo, baaardzo dziękuję Wam za Waszą wszelką i wielką pomoc oraz każde wsparcie jakie wtedy otrzymałam… do grobowej deski będę Wam wdzięczna i nie wiem czy kiedykolwiek zdołam się Wam odwdzięczyć… dziękuję.

    • Nam też bardzo smutno, że Brunia już nie ma :( Jego nie dało się nie kochać. W żadnym wypadku nie czuj się zobowiązana, pomogliśmy, bo dla nas to było oczywiste i jakbyśmy mieli to zrobić jeszcze raz, to nie zastanawialibyśmy się ani chwili, szkoda tylko, że nie udało się go uratować :( To przykre jak żegnamy naszych pupili, naszych członków rodziny. O ile można jeszcze jakoś sobie wytłumaczyć odejście ze starości, chociaż to też bardzo boli, tak na skutek nagłej i ciężkiej choroby, gdy pies jest jeszcze taki młody jak Brunio, mógł spokojnie żyć drugie tyle lat :( Jednak tym marnym pocieszeniem jak piszesz, ale mimo wszystko istotnym jest fakt, iż nie cierpi, już go nie boli, tam za tęczowym mostem jest zdrowy i spokojny, a tym samym szczęśliwy :)

      Trzymaj się Roksano i odwiedzaj mnie tu częściej ;)
      Buźka

    • Witaj, oj szkoda, wciąż nie mogę uwierzyć, że nie ma go już wśród nas :( taki wspaniały, młody pies, a ja ciągle mam wyrzuty sumienia, że może jakbym wcześniej się dowiedziała o jego problemach żołądkowych i zajęła tym, to udało by się go uratować :( no cóż, czasu niestety nie cofnę i minie jeszcze sporo czasu nim dojdę emocjonalnie do siebie :(

      Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie

    • No tak już jest niestety Aniu, że odchodzą Ci, których najbardziej kochamy, nie ważne, czy są to ludzie, czy zwierzątka :( A Brunio był wyjątkowym psem miał wielkie serce i wrażliwą duszę pomimo iż był psem.
      Ściskam Cię ciepło Aniu :)

  2. mialam piekna madra sunie przez 15 lat umierala na moich kolanach patrzac smutno i wiernie… to bylo dawno ale do dzisiaj ja wspomonamy mimo uplywu lat… coz napisac – kazde odejscie boli – a odejscie przyjaciela szczegolnie , okres zaloby jest dlugi i smutny, pozostaja wspomnienia i na szczescie zdjecia czy filmiki, bardzo wspolczuje straty i cierpienia – zrobiliscie wszystko co bylo mozliwe – pozostaje ufnosc ze nasi ulubiency trafiaja w ten inny lepszy wymiar i sa tam szczesliwe, pozdrawiam serdecznie i cieplo…

    • Witaj Wandzior
      Tak masz rację, odejście kogoś bliskiego, nieważne, czy jest to zwierzątko, czy człowiek boli bardzo. Mimo, że upłynęły 3 tygodnie, nadal czuję żal i pustkę w sercu :( Jedynie myśl, że Brunio już nie cierpi i jest szczęśliwy tam z innymi psiakami za tęczowym mostem, łagodzi mój smutek.

      Pozdrawiam Cię ciepło i zapraszam ponownie :)

    • Witaj mała mi jak dawno Cię nie widziałam. Miałaś mnie odwiedzić w Krakowie i co? ;) Tak masz rację to aż PIES i Ci którzy kochają zwierzęta wiedzą o czym piszę.
      Pozdrawiam serdecznie

      • Gabuniu pamiętam o naszej kawie,pamiętam.I słowa dotrzymam.Ale niestety jakie życie jest doskonale wiesz…
        Mówił Ci już ktoś,że masz bardzo przyjemny i kojący głos? :)
        Buziaki ;*

        • No to się cieszę, że pamiętasz o naszej kawie :) Mówisz, że mam kojący głos? Dzięki kochana, muszę to pokazać swojemu małżonowi, bo on twierdzi, że mam głos jakbym była po ostrym przepitku, a że do tego muszę czasem wrzasnąć, co by struny rozprostować, to już wcale nie przypomina to kojącego głosu anioła :D Natomiast kilka razy słyszałam od płci przeciwnej, że mam seksi głos, taki z lekką chrypą, uwodzicielski ;)

          Ściskam ciepło

  3. Ech Gabuniu, wcale się nie dziwię, że tak mocno przeżywaliście odejście przyjaciela. A wiesz, że dokładnie takie objawy ma moja kotka i już jest za późno na leczenie. Dziś już się z nią pożegnałam, a płakałam przy tym jak głupia. Ona była z nami przez 13 lat. Chciałam aby odeszła w domu, ale ona chciała wyjść , więc ją wypuściłam. Wiem, że już jej nigdy nie zobaczę. Przykro :(

    • Współczuję Ci Consku, 13 lat to kawał czasu, rozumiem co czujesz i łączę się z Tobą w smutku :( Ostatnio coraz częściej słyszę, że dużo zwierząt odchodzi na raka, ta straszna choroba dominuje świat, zbierając żniwa wśród ludzi i właśnie zwierząt. Smutne to jest, ale takie jest życie niestety.

  4. Gabuniu, dopiero dzisiaj znalazłam czas aby zajrzeć do Ciebie i trafiłam na ten smutny wpis. Przyjmij na swoje ręce wyrazy współczucia i przekaż również Pani Brunia. Już Go nie ma ale na zawsze pozostanie w Waszych sercach. Mocne uściski.
    Ps. Poproszę o troszkę śniegu, bo tu mnie dość ciepło. Mam nadzieję, że jeszcze będzie na święta.

    • Dziękuję Edyto za odwiedziny. Masz rację, Brunio na zawsze zostanie w naszych sercach. Do mnie jeszcze ciągle nie dociera, że już go nie ma, jak tylko to sobie uświadamiam, to nie mogę powstrzymać łez :( Myślę, że minie sporo czasu zanim się pogodzę z tą smutną prawdą.
      Chętnie bym Ci wysłała Edytko trochę śniegu, ale u mnie też go nie ma i jak znam życie, to na Święta raczej go nie będzie.

      Pozdrawiam serdecznie

    • No niestety nie ma lekko w życiu, rodzimy się i umieramy, tak ludzie jak i zwierzątka, ot taka kolej rzeczy. Spokojnie boja, nie oceniam, tylko cieszę się na każdy komentarz i wyrażoną w nim opinię :)
      Pozdrawiam

  5. Pies to członek rodziny. Moja poprzednia sunia Kora, owczarek collie była z nami 14 lat. W wieku lat 10-ciu zachorowała na ropomacicze, wyratowana w ostatniej chwili – operacją. Ale ta choroba zdążyła zrobić spustoszenia w jej organizmie. Chore nerki, wątroba, trzustka. Przez kolejne cztery lata żyła, dosłownie wyciągana za futro przez naszego świetnego weta, bo co kilka miesięcy przychodził nowy kryzys. Gdyby nie doktor Jarek, już dawno by odeszła. Ale przyszedł na Nią czas. W nocy zaczęła nagle płakać, zawiozłam na nocny dyżur, ale zanim weterynarz zdążył coś zrobić, choćby zbadać – odeszła. Byłam z Nią do samego końca i zarzekałam się, że już nie chcę mieć psa, nie chcę przeżywać znów tego wszystkiego. Minął rok w ciągu którego strasznie w domu było pusto, wiesz – długo nawet drzwi otwieraliśmy ostrożnie, żeby jej nie uderzyć bo Korunia leżała zawsze pod samymi drzwiami (chłodniej). A w nocy, choć jej dawno już nie było, słyszałam szuranie pazurów… No i minął ten pusty rok, bez psa, a potem trzeba było pomóc, dom znaleźć dla szczeniaka. No i tak nasza Topcia, mała kundliczka jest z nami już 8 lat…
    Bardzo Ci Gabuniu współczuję, doskonale wiem jak to boli.
    Zrobiliście wszystko, by pomóc Bruniowi, tak jak my też robiliśmy wszystko. Czasem się nie udaje. I doskonale rozumiem i Twój stan ducha i takie właśnie „ludzkie” podejście do zwierząt, bo też tak mam. Korunia, jako, że nie mamy swojego ogrodu leży sobie cichutko w ogrodzie mojej cioci. A córka ( wtedy miała lat 11) położyła tam piękny kamień. Masz rację – nie wszyscy rozumieją takie podejście, ale trudno. Niech nie rozumieją.
    Widziałam filmik – wspaniałe szkolenie :)

    • Dziękuję Ci kochana za te wszystkie pokrzepiające słowa i za wyrozumiałość. Mało osób to rozumie, mój mąż powiedział mi żebym nie mówiła nikomu, a tym bardziej nie pisała o tym zdarzeniu z Bruniem, bo ludzie będą się z nas śmiać, że niby tak cudujemy, wydziwiamy. Odpowiedziałam mu, że wręcz przeciwnie opowiem wszystkim, napiszę, żeby uświadamiać ludzi iż warto pomagać, a nawet trzeba, Ja się tego nie wstydzę i tak na prawdę w nosie mam to co sobie inni pomyślą. Może dawniej tak było, co ludzie powiedzą, ale teraz na szczęście czasy się zmieniły i trzeba to wykorzystać, że można mieć własne zdanie. Nasza sunia ma 9 lat i nie wyobrażam sobie, by miało jej nie być. To na prawdę niesamowite iż potrafimy się tak mocno związać emocjonalnie z naszymi zwierzakami. Najczęściej traktuje się je jak członka rodziny, kogoś bardzo bliskiego. Dzwoniłam do Pani R. by zapytać jak się czuje i jak sobie radzi. Odpowiedziała, że jest jej bardzo ciężko i smutno, że nikt się jej nie pląta pod nogami, a na wieszaku wisi obroża i smycz Brunia :( Ja codziennie zaglądam na grobek i łezka się zakręci. Taki kochany psiak, szkoda, że żył tak krótko, bo spokojnie mógłby jeszcze drugie tyle.
      Powiem Ci, że często słyszę jak inni po stracie pupila mówią, że już nigdy więcej nie zdecydują się na żadnego zwierzaka, że to wszystko ich kosztuje zbyt wiele nerwów, smutku, a potem po jakimś czasie jednak zaczyna brakować tego zwierzątka, że trzeba wypełnić tą pustkę i postarać się o nowego członka rodziny :)

  6. Nie jestem psiarą, ale w pełni rozumiem, jak można być przywiązanym do takiego zwierzaka… to był piękny pies…kiedyś miałam u siebie na przechowaniu tylko, na kilka dni, chomika. Zachorował, pojechaliśmy do weterynarza, niestety skończyło się  źle. Nie mój chomik, a płakałam… a co dpiero pies, który rozumie i pokazuje, co czuje.

    • Myślę Anno, że wcale nie trzeba być zakręconą psiarą, by pomóc zwierzakowi, by się rozczulić, zmartwić, gdy jest mu źle, by się przyzwyczaić, by się starać, by po prostu kochać. Ja tak mam i Ty tak masz, bo pomimo wszystko było Ci żal i czułaś smutek, gdy chomiś zachorował, to są właśnie zdrowe, normalne, ludzkie odruchy, szkoda, że wciąż za mało jest człowieka w człowieku.

  7. Jesteś pełną ciepła i empatii osobą. To, jak wytresowałaś Brunia budzi zdumienie, ponieważ mam czternaście lat psa i nie zdołałam nawet nauczyć go chodzenia bez smyczy, nie mówiąc o reszcie. Gdy nie dostał smakołyku, obrażał się i odchodził, co mu będzie ktoś rozkazywał.
    Brunio to rzeczywiście psi przystojniak. Nie znałam tej rasy, więc ciekawa jestem, jak duży to pies i czy przyjazny dzieciom.
    Serdeczności.

    • Bardzo dziękuję Ultro za słowa uznania. To miłe, że doceniasz moją pracę nad tresurą, bo nie ukrywam iż jest to dość trudne zajęcie. Każdy pies uczy się inaczej, jedne przyswajają szybciej inne wolniej, ale każdego można nauczyć tylko trzeba być zdyscyplinowanym, cierpliwym i konsekwentnym. niestety większość ludzi nie ma na to ani czasu, ani właśnie cierpliwości i nie zdają sobie sprawy jak to potem może ułatwić życie zarówno psu jak i jego właścicielom. Brunio bardzo szybko sie uczył i był przy tym taki posłuszny jak mało który psiak. Jedną z takich ważnych problemów jest oduczenie psa skakania po człowieku w trakcie witania się. Jest to dość uciążliwe zwłaszcza, gdy pies jest duży, ciężki i do tego ubłocony. My naszą Szilkę nauczyliśmy skakania tylko na komendę „hop” i po kłopocie. Nie skacze po nikim bez zezwolenia. Nie musimy się martwić, że kogoś wywróci lub ubrudzi. Oj w tym temacie mogłabym napisać dużo, może kiedyś w postaci takiego poradnika napisze jakieś swoje doświadczenia i to czego się nauczyłam od tych mądrzejszych :)

      Ultro jest to rasa Golden Retriever, jak sobie wpiszesz w googlach to jest mnóstwo informacji o tej rasie. Dużo osób myli je z Labradorami, które mają krótką sierść i są bardziej ostrzejsze niż Goldeny. Są to duże psy, samce mogą osiągnąć wagę ponad 40 kg, nasza sunia jest ogólnie dość mała i waży teraz około 30 kg. Są to bardzo łagodne psy, coraz częściej wykorzystywane do dogoterapii (czyli pracy z osobami chorymi), oraz jako pies przewodnik. Wszystko jednak zależy, czy pies faktycznie pochodzi z dobrej hodowli i czy nie jest przypadkiem jakimś mieszańcem, bo wtedy z tym charakterem różnie bywa. Na to mają wpływ różne czynniki. Bardzo ważna jest socjalizacja począwszy od okresu wczesnego szczenięctwa. Jest na prawdę cała masa informacji o tym jakiego wybrać psa, gdzie go ewentualnie kupić i jak wychowywać. Nie ma takiej opcji, że Golden może być agresywny, bo to jest wtedy poważna sprawa. Tak samo żaden pies tak na prawdę nie jest dla dziecka, bo nawet najcierpliwszy może nie wytrzymać w końcu ciągnięcia, drapania, zygania itp. Dlatego ważne jest, by rodzice pilnowali swoje pociechy podczas zabawy z psem i dużo tłumaczyli jak nie powinno się traktować psa i czego nie powinno się robić.
      No to się rozpisałam i kończę już, bo bym mogła jeszcze pisać i pisać. Tak, że gdyby Cię coś jeszcze interesowało to pisz śmiało ;)

      Ściskam Cię ciepło :)

  8. Agnieszko, co to znaczy TYLKO pies… ja ryczałam nie tylko po śmierci psa, także chomika i papużek, przecież te nasze zwierzaki to jak członkowie rodziny. Masz teraz bardzo smutny czas, ale jestem pełna podziwu dla Was, że tak pomogliście właścicielce Brunia. Piękny pies, bardzo szkoda….
    Na filmikach widać, że świetnie radzisz sobie z psami i masz ładne brzmienie głosu.

    • Dziękuję za miłe słowa Asiu. Cieszę się, że w tych ostatnich dniach życia mogliśmy pomóc Bruniowi i wspierać panią R. Dla mnie to jest oczywiste, że nasze zwierzaki są uznawane za przyjaciela i członka rodziny, ale niestety niektórzy mogą myśleć inaczej :( Ja bardzo szybko się wzruszam i jak tylko widzę, bądź słyszę, że człowiekowi, czy zwierzakowi dzieje się jakaś krzywda, to się wzruszam i często płaczę. Można powiedzieć, że poprzez hodowlę i tresurę odnalazłam swoją kolejną pasję, bardzo wdzięczne zajęcie, ale też odpowiedzialne i bardzo angażujące. Niestety pogorszenie mojego stanu zdrowia po raz kolejny zamknęło mi drogę do moich planów i spełniania się :(
      A mój głos nie zawsze ma takie ładne brzmienie ;)

      Ściskam Cię serdecznie Asiu

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.