Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 4

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …
Odcinek 3 …

 

Jestem, przetrwałam, drugi zabieg bardzo mnie osłabił, przetoczono mi dwie jednostki krwi (dwa woreczki). W sumie po otwarciu brzucha, nadal nie było wiadomo skąd się wzięło, to moje nagłe pogorszenie. Po pierwszym zabiegu dostałam bardzo silne antybiotyki dożylnie, żeby wykluczyć jakąś infekcję wirusową, która mogłaby być niebezpieczna dla mnie po przebytej operacji. Okazało się, że w jelitach są dwa ropnie, więc założono mi 4 dreny zakończone buteleczkami, które się cały czas pałętały wokół mnie. Pobrana treść ropna do badania wykazała jakiegoś paciorkowca i grzyba, dlatego antybiotyki utrzymano. Moje dreny to były takie rureczki wsunięte przez specjalnie nacięte 4 otwory do środka brzucha, by to co złe mogło wypływać do zewnątrz. Pierwszych kilka dni po zabiegu nic w zasadzie nie pamiętam. Mąż mi mówił, że cały czas prawie spałam, bo dostawałam morfinę z powodu silnych bóli pooperacyjnych. Byłam też podłączona do takiej dożylnej pompy insulinowej. Wykłócałam się oczywiście z lekarzami, bo moja cukrzyca jest bardzo szalona i potrzebuję niewyobrażalnie dużo jednostek insuliny, a oni cały czas mi jej udzielali, przez co miałam bardzo wysokie cukry, a co za tym idzie wszystko nie goiło się tak jak trzeba. No cóż, znów lekarz chciał być mądrzejszy ode mnie. Z cukrzycą żyję już 18 lat i przeżyłam przeróżne eksperymenty, które miały za zadanie ją ujarzmić, niestety bez większego powodzenia. Dlatego przypuszczam, że wiem za pewne o wiele więcej, niż jakiś tam zwykły doktor i w dodatku chirurg.

No więc, ropa sobie ściekała do buteleczek, a brzuch był cały czas rozdęty i co najgorsze, jelita nie chciały podjąć pracy. Po kilku dniach dostałam papkę do jedzenia i zaczęłam wstawać z łóżka. Bardzo ciężko mi to szło, nie mogłam ustać na nogach. To okropne uczucie, gdy człowiek uczy się chodzić na nowo. Mój organizm był mocno wycieńczony, w związku z tym lekarze zlecili wykonanie mi wkłucia centralnego, bo chcieli podłączyć żywienie pozajelitowe żeby mnie wzmocnić. Dla większości z Was są to pewnie obce określenia, więc tak krótko wyjaśnię o co chodzi.
Wkłucie centralne polega na głębokim wkłuciu w tętnicę główną prowadzącą do serca, najczęściej w żyłę podobojczykową, specjalnego cewnika, zabieg ten wykonują anestezjolodzy. Stosuje się to, by odciążyć słabe i pękające żyły, jest to dobre  rozwiązanie na podawanie leków lub płynów przez dłuższy okres czasu, nawet do kilku miesięcy.
Pielęgniarki zawiozły mnie na blok. Byłam lekko wystraszona, bo nigdy wcześniej nie miałam tego typu wkłucia. Na miejscu okazało się, że ten zabieg będą mi wykonywać bardzo młodziutkie anestezjolożki, które oczywiście bardziej skupione były na swoich opowieściach o facetach, niż na mnie. Haha i hihi, a mnie wcale wesoło nie było. Po jakimś czasie wreszcie postanowiły się mną zająć. Oczywiście bez wcześniejszego wytłumaczenia co się może wydarzyć i jak to będzie wyglądać, zabrały się do wkłuwania mi cewnika akurat po prawej stronie. W pewnym momencie poczułam przeraźliwy ból od czubka głowy, aż po same palce u nóg. Do tego przestałam słyszeć na prawe ucho i zdrętwiała mi ręka. Wpadłam w panikę, zaczęłam krzyczeć i płakać, że coś mi uszkodziły, że przez nie, nie słyszę na ucho. Młode lekarki były tym zaskoczone, zaczęły coś tam mówić do siebie o jakiejś pacjentce, której też się to ponoć przytrafiło i gdy zaczęły się zabierać do kolejnej próby, kategorycznie odmówiłam. Byłam w szoku, lekarki krzyczały na mnie żebym przestała histeryzować, że to nic takiego. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że zamiast się hihrać powinny wytłumaczyć mi co się może wydarzyć i jak ma to wyglądać. Były strasznie opryskliwe i odpowiedziały, że nie będę ich pouczać co mają robić. Zadzwoniły po pielęgniarki żeby mnie zabrały na oddział. Wyjeżdżając stamtąd dolegliwości nadal nie ustępowały, wystraszona i zdenerwowana zobaczyłam na korytarzu męża, który czekał na mnie. Płacząc wykrzyczałam, że nie wiem co się stało, ale lekarki mi coś uszkodziły i nie zgodziłam się na ponowną próbę wkłucia. Mąż się zdenerwował i poszedł na blok by się dowiedzieć co się stało, gdy lekarki go zobaczyły podobno się zmieszały, a gdy P. powiedział, by podały mu swoje nazwiska to się wystraszyły. Jedna z nich wytłumaczyła mu, że podobno natrafiły na nerw i przez to wystąpiły te moje dolegliwości, które tak w zasadzie nie wiadomo było, czy ustąpią. Byłam zrozpaczona i pomyślałam sobie, że jakby tego było mało, to jeszcze do tego nie będę słyszeć na prawe ucho i ta ręka sparaliżowana. No cóż, wróciłam na oddział i powiedziałam zdziwionemu chirurgowi, co się stało. Póki co ten temat odpuścili.

W między czasie przyjechali nad morze, na weekend moi rodzice, bo bardzo się denerwowali całą tą sytuacją i chcieli mnie zobaczyć. Niestety nie mogli zostać na dłużej, ponieważ mieli swoją pracę, mój dom i mojego syna na głowie. Mama wspominała mi, że gdy w rozmowie z lekarzem padło zdanie na temat błędu lekarskiego, to on im tylko powiedział, że na cmentarzu leży najwięcej takich błędów. Nie wiem, jak może tak mówić człowiek rzekomo ratujący życie, ordynator oddziału. Ktoś kto tak myśli na pewno nie jest godny zaufania.
Rodzice pojechali do domu, a ja po niedługim czasie znów dostałam silnych bóli brzucha, zwijałam się i krzyczałam w niebo głosy. Doktor szybko wziął mnie na Kolonoskopię (badanie jelita grubego) żeby sprawdzić, czy nie doszło do perforacji (przedziurawienia) jelita. To badanie wykonuje się najczęściej pod narkozą, a ja miałam wykonane na żywca bez żadnego znieczulenia. Badanie polega na wsunięciu przez odbyt takiej grubszej rurki z kamerką na końcu oraz pompowaniem jelit, by sprawdzić ich szczelność, i czy prawidłowo  funkcjonują. Wyobraźcie to sobie, do tego wszystkiego jeszcze rozrywający ból brzucha. Mąż mi opowiadał, że wrzeszczałam tak strasznie, że nie był w stanie tego słuchać, jakby mnie ze skóry obdzierali. Dramat, powiem Wam, że nie przypuszczałam, iż jestem w stanie znieść aż tyle. Badanie niby nic złego nie wykazało, ale nadal nie wiadomo było, jaka jest przyczyna takich silnych boleści u mnie. Dość szybko okazało się, że Anioł Stróż nade mną czuwa, bo doktor zauważył w jednym z drenów kał. Bez zastanowienia, szybko w środku nocy zabrali mnie na blok, tam miał się odbyć mój trzeci zabieg. Było to 6 sierpnia zeszłego roku. Odległości miedzy operacjami wynosiły tak gdzieś 7 dni. Ledwo zaczęłam wracać do świata żywych, a już mi się pogarszało. Mój lekarz prowadzący miał mnie operować. Przed zabiegiem powiedział do męża, że jestem skrajnie wyczerpana i w dodatku doszło u mnie do kałowego zapalenia otrzewnej, które w zasadzie oznacza zakażenie całego organizmu, a w wyniku tego sepsę i śmierć. Na koniec dodał jeszcze, że teraz liczy się każda minuta i to będzie cud jak przeżyję. Sprawa była bardzo poważna, bo to już nie było szukanie przyczyny, tylko operacja ratująca życie, czyli moje być, albo nie być ……

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 2

Święta, święta i po świętach. Czas przelatuje nam między palcami szybko i nieubłaganie.
A ja znów siedzę i pisząc wspominam ten ostatni feralny pobyt nad morzem.

Pierwszą część już mam za sobą, a jeżeli ktoś nie czytał to zachęcam … odcinek I

A teraz ZAPRASZAM na odcinek 2 …

Brzuch cały czas mnie bolał, przez co droga strasznie mi się dłużyła. Panowie z karetki transportowej jechali co prawda na skróty, ale i tak trwało to około godziny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Na szczęście na SORze było mało ludzi, więc szybko zostałam przyjęta, lecz niestety wakacje, czas urlopowy przyczynił się do zbyt małej liczby  personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy. Wyobraźcie sobie, że w tym dniu przypadał jeden chirurg na SOR, oddział i blok operacyjny. Jak dla mnie totalna porażka. Przyjęli mnie bardzo sympatyczni ratownicy, którzy cały czas się mną zajmowali i nawet pozwolili mężowi siedzieć przy mnie. Mój stan ciągle się pogarszał, więc ratownicy próbowali usilnie skontaktować się z lekarzem, który cały czas operował. Jednak, gdy po zmierzeniu ciśnienia okazało się, że spadło do 70/40 (a idealne jest 120/80) i saturacja do 70% zaczęli działać na własna rękę. Podłączyli mi płyny w kroplówce i podali mocniejsze przeciwbólowe, mówiąc, że nie mogą już dłużej czekać, bo mój stan zagraża życiu. Na szczęście po jakimś czasie funkcje życiowe zaczęły się poprawiać.

Na lekarza czekałam 6 godzin. Przez chwilę udało mi się zasnąć. Po przebudzeniu zauważyłam, że ratownicy się zmienili. Byli bardzo nieuprzejmi, wygonili męża, a jak próbowałam ich prosić, by go zawołali, bo lepiej się czuję jak jest przy mnie, to się wydarli, że nie wolno mu tu przebywać. Zapewne tak jest, ale dlaczego tamci poprzednicy potrafili być tacy ludzcy, pomóc, powiedzieć coś miłego, a Ci jak takie chamidła z mordą do cierpiącej osoby.
W między czasie przywieźli jakiegoś pijaka, który się przewrócił i miał rozbite czoło. Położyli go obok mnie nie oddzielając nas żadnym parawanem. Gościu wydziwiał niesamowicie. Starałam się cały czas odwracać głowę i zatykać nos, bo strasznie od niego śmierdziało. Rozebrał się do naga i potem się ubierał na nowo. W związku z tym, że nie trzymał moczu założyli mu pampersa, którego zdjął, przy czym odwrócił się do mnie dupskiem i zesikał się na swoje łóżko :(  Myślałam, że zwymiotuję. Poprosiłam niemiłych ratowników by mnie przewieźli dalej od tego gościa i postawili parawan. Na szczęście tak zrobili. Wiecie co, ja wszystko rozumiem, że pijak to też człowiek, ale dlaczego nie trzymają ich osobno od innych poważnie chorych? Przecież nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i czy coś nie zrobi drugiej osobie, a poza tym nie jest przyjemnie znosić jego żenujące pijackie zachowanie i wąchać jego smrody. Według mnie SOR powinien mieć taką szpitalną izbę wytrzeźwień i tam tacy delikwenci powinni być trzymani.

W oczekiwaniu na chirurga przywieźli helikopterem młodego chłopaka, który był w ciężkim stanie po wypadku na motorze. Zlecieli się anestezjolodzy i lekarze z innych oddziałów, by go reanimować. Nie wiem co się z nim stało, bo zaraz zabrali go na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej).
Wreszcie pokazał się chirurg. Zlecił mi USG brzucha. Po badaniu powiedział, że najprawdopodobniej jest to wyrostek. Oczywiście ja i mój mąż nie zgadzaliśmy się z diagnozą. Przedstawiliśmy lekarzowi historię sprzed roku, którą opisywałam wcześniej ( KLIK w kilku częściach, oraz karty informacyjne z poprzedniego pobytu w szpitalu dotyczące właśnie tych moich boleści brzucha. Oczywiście nie docierało do lekarza to co mówiliśmy. Powiedział krótko, że konieczna jest operacja wycięcia wyrostka i daje nam chwilę na zastanowienie się. Po chwili przyszedł niefajny ratownik i z szyderczym uśmiechem powiedział do nas: „o widzę, że pacjent chce być mądrzejszy od lekarza”.
Odpowiedziałam: - Żeby pan wiedział. Od dziecka choruję i wiem o sobie i moich chorobach więcej niż lekarze, mało tego znam swój organizm na wylot.
Ratownik zrobił głupia minę i poszedł sobie. Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, bo czułam, że to nie jest wyrostek. Po rozmowie z mężem zdecydowałam się jednak na zabieg, bo chciałam żeby przestało boleć, bo miałam nadzieję, że jak mnie otworzą, to wszystko się wyjaśni i mi pomogą.

Po chwili zawieziono mnie na oddział i tam zaczęto przygotowywać do zabiegu. Pielęgniarki były bardzo sympatyczne i pomocne. Zaczęłam z nimi rozmawiać i jedna taka wesoła powiedziała mi, że jak mnie na początku zobaczyła, to pomyślała, że jestem murzynem i zaczęła się zastanawiać, jak ona się ze mną dogada    :)
Pewnie Was to zdziwiło dlaczego ona tak pomyślała? Otóż moja bujna i kręta szopa na głowie, plus mocna opalenizna, widoczna wieczorową porą, oznaczała jedno, MURZYN   :)
Sytuacja szybko się wyjaśniła, gdy spojrzały w moje dokumenty, okazało się, że to tylko JA.
Mąż był bardzo zmęczony od 5:30 cały czas na nogach i w pełnej gotowości. Zdenerwowany, głodny bez dachu nad głową. Poprosił ową wesołą pielęgniarkę podając swój numer telefonu, żeby dała mu znać jak będę już po zabiegu, bo on musi iść znaleźć sobie jakiś nocleg, bo jest bardzo późno, a były to godziny nocne. Pielęgniarka zgodziła się bez problemu. Po około 30 minutach zabrały mnie na blok operacyjny. P. odprowadził mnie pod same drzwi i pożegnał się słowami: „Nie martw się wszystko będzie dobrze, na pewno się uda i już nie będziesz cierpiała. Kocham Cię i po zabiegu się zobaczymy”.
Niestety nie udało się i nic nie było dobrze. Nie byłam świadoma tego, że moje cierpienie dopiero się zacznie.

Ostatniego dnia, tych pamiętnych wakacji…

Tak na marginesie chciałam Was poinformować, że zabieg miał być 8 marca, ale z powodu grypy jaka mnie dopadła, został przełożony i odbędzie się już po Świętach Wielkanocnych. W dalszym ciągu przyjmuję od Was wszelaką dobrą energię, która umacnia mnie coraz bardziej w przekonaniu, że wszystko na pewno się uda :)
Tym wpisem rozpocznę moją historię, o tym co mnie spotkało nad morzem, byście mogli lepiej zrozumieć mnie, mój strach i obawy, co dalej ze mną będzie …
Dobrze kojarzycie, tytuł postu jest zdaniem wyrwanym z piosenki pt. „Agnieszka”  zespołu Łzy.
Ciężko jest mi o tym pisać przywołując tym samym przykre wspomnienia, ale pomimo wszystko, chcę wyrzucić to z siebie, dając Wam świadectwo tego, że moje życie to CUD, do którego przyczyniło się wiele życzliwych mi osób: znajomi, bliscy i przede wszystkim Wy moi kochani czytelnicy. Przesyłaliście mi swoją dobrą energię, modlitwę, swoich Aniołów Stróży.

Bóg wszystkich wysłuchał i pomimo cierpienia jakie przeszłam (wierzcie mi ciężko to  opisać słowami) ocalałam, jestem i żyję :)

ZAPRASZAM na odcinek I

DSC03572

Piękny Bałtyk, jedyny w swoim rodzaju, który kocham bezgranicznie  :)

Nasz dwutygodniowy urlop dobiegał końca. Dzień przed wyjazdem do domu planowaliśmy, jak spędzimy ten ostatni dzień  wspaniałego pobytu nad morzem. Zamówiliśmy smaczną wędzoną rybkę, którą nazajutrz mieliśmy wziąć ze sobą w naszą podróż do domu, by rodzinka mogła pokosztować nadmorskich specjałów :) Polecam pysznego wędzonego Łososia bałtyckiego, dużo lepszy od norweskiego i oczywiście fląderkę też wędzoną, PYSZOTA :)
Mąż miał jeszcze iść na koniec sobie poserfować, bo jak za pewne wiecie, Półwysep Helski i Chałupy słyną z szusowania na desce, a ja miałam w tym czasie pakować ten nasz majdan. Cieszyliśmy się, że wracamy do domu, tacy wypoczęci, opaleni, wyciszeni i pełni gotowości do dalszego życia. Powrót był zaplanowany na środę w godzinach nocnych. W niedzielę czekała nas ważna uroczystość rodzinna, a mianowicie chrzest mojej siostrzenicy, której chrzestnym miał być mój syn :)
Niestety, jak to w życiu bywa, nie zawsze jest sielankowo.

DSC03628

Zatoka Pucka, która jest mekką dla windsurferów i kitesurferów  :)

Otóż w środę nad ranem coś około 5:00 obudziły mnie silne bóle brzucha, które narastały z każdą minutą. Zaniepokojona obudziłam męża, który widząc mnie zwijającą się, natychmiast skoczył na równe nogi.
Powiedział: – Aga, nie ma na co czekać, musimy wezwać karetkę, bo to są te same bóle, które miałaś w zeszłym roku.
Zgodziłam się bez wahania, było mi wszystko jedno, byleby przestało boleć. Mąż migiem poszedł do właścicielki, by uregulować wpłatę za nasz pobyt w jej slamsach. Inaczej się nie dało nazwać tej nory, w której wypoczywaliśmy. Staraliśmy się tam jak najmniej przebywać, dużo spacerowaliśmy.
Po zapłaceniu, P. zadzwonił na pogotowie. Powiedziano mu, że szybciej będzie, jak sam przywiezie mnie do nich. Bez zastanowienia, zaczął więc szybko wszystko wrzucać do walizek, pomógł mi się ubrać i już po półgodzinie siedzieliśmy w aucie gotowi do drogi.
Brzuch tak bardzo mnie bolał, że wrzeszcząc i kuląc się, chciałam jak najszybciej znaleźć się na miejscu :(  Po około pół godzinie wreszcie dotarliśmy. Mąż pobiegł po wózek i szybko zawiózł mnie na SOR, gdzie na szczęście od razu mnie przyjęli.
Po wejściu do gabinetu, o zgrozo, moim oczom ukazał się doktorek w sędziwym wieku, tak na moje oko około 80 lat, a u jego boku pielęgniarka, która większość badań i decyzji podejmowała za kompletnie nie kumatego lekarza. Po okazaniu mu moich kart informacyjnych z wcześniejszych pobytów w szpitalach, podsumował to jednym zdaniem: - Dziwię się, że taka schorowana osoba gdziekolwiek wyjeżdża, powinna pani siedzieć w domu. Mnie po prostu zatkało, lecz nie miałam siły tego komentować.
Po tej całej  bezsensownej rozmowie doktor i piguła zlecili mi kroplówkę z elektrolitami, by mnie nawodnić i Ketonal (mocny środek przeciwbólowy). Następnie zawieźli mnie do takiej obskurnej i ciasnej sali, gdzie ledwo zmieściły się trzy łózka. Leżały tam już dwie kobiety. Jedna starsza z problemami trawiennymi i druga młoda, która została przywieziona z utratą przytomności i zaburzeniami akcji serca.

Podłączono mi kroplówkę i lek przeciwbólowy, który powoli zaczął działać.
W między czasie do młodej kobiety (tak na oko 20 paroletniej) przyszli policjanci i zaczęli ją  wypytywać, czy przypadkiem nie wzięła jakichś narkotyków. Dziewczyna wspomniała, że sama nic nie brała, ale, że była na imprezie z kumpelą i może ktoś jej coś dosypał do picia. No więc zlecono jej pobranie krwi na toksykologię. Wynik okazał się pozytywny, w jej organizmie znajdował się narkotyk, nie pamiętam dokładnie co to było, ale wnioskując po jej wyjaśnieniach, najprawdopodobniej była to Marycha. Na sali ponownie pojawili się policjanci i zaczęli już bardziej nachalnie maglować ową młoda damę. W końcu przyznała się, że na imprezie obie z koleżanką piły alkohol i paliły trawkę. Policjanci udzielili jej pouczenia i opuścili salę. Lekarz powiedział, że miała kupę szczęścia, że tak to się skończyło, że mogła nawet stracić życie. Jej organizm mocno się zbuntował po mieszance alkoholu i narkotyku, natomiast jej koleżance nic na szczęście się nie stało.
Słyszę czasem o młodzieży, która próbuje i eksperymentuje z tymi niebezpiecznymi substancjami nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji i niebezpiecznych konsekwencji.
Tłumaczą się, że to tylko raz, tak na wyluzowanie się, spróbowanie, że przecież Marihuana ma właściwości lecznicze. Pomijając pewną głośną sprawę o lekarzu, który podawał ten narkotyk dzieciom chorym (dla zainteresowanych, tutaj znajdziecie artykuł na ten temat KLIK ), jakoś nie mam do końca przekonania, by to był środek leczniczy. Aczkolwiek na pewno, nie w dużych ilościach, z niewiadomego pochodzenia i w połączeniu z alkoholem.
Przepraszam, że zboczyłam trochę z tematu, ale przy tej okazji musiałam też wspomnieć o tym wielkim problemie występującym wśród młodzieży, i nie tylko.
W swoim jak mniemam kilkuodcinkowym opowiadaniu oprócz problemu zdrowotnego,  będę też analizować inne ważne  sytuacje, które mają wpływ na nasze życie.

Dla tych co słyszeli i nie słyszeli, POSŁUCHAJCIE …


Wracając jednak do głównego tematu, po podaniu leków moje dolegliwości bólowe trochę się wyciszyły, jednak nie na długo. W związku z tym, że nadal nie było wiadomo co mi jest, zlecono kolejne badania. Wyobraźcie sobie, że ten budynek był na tyle stary, że nie było w nim windy, więc by dostarczyć mnie na konsultację ginekologiczną bądź na RTG klatki piersiowej, dwóch osiłków woziło mnie na takim stołku z kółkami. Pech chciał, że gabinet ginekologiczny był piętro niżej od SORu, a RTG piętro wyżej niż SOR. To była jakaś masakra, tak mnie wytyrpali i wytrzepali na tych schodach, że boleści brzucha wróciły na nowo i to z podwójną siłą. Wrzeszcząca i wyjąca z bólu dotarłam z powrotem na poczekalnię tzw. SORu. Wszyscy na mnie patrzyli wzrokiem bazyliszka :( Myśląc pewnie, co to za baba, musi być jakaś nienormalna, że się tak wydziera.
Z gabinetu lekarza wyszła pielęgniarka i spytała dlaczego tak krzyczę, odparłam, że brzuch znów mnie strasznie zaczął boleć. Mąż wspomniał, że to na pewno po tych wstrząsach, podczas wożenia mnie po schodach tam i z powrotem. Oburzona Piguła powiedziała, że więcej przeciwbólowych mi nie może podać i poszła sobie. Lekarz dziadzio przeglądnął wyniki i stwierdził, że on kompletnie nie wie co mi się dzieje i proponuje przewiezienie mnie na SOR przyszpitalny. Zgodziliśmy się oczywiście , ale  musieliśmy poczekać na karetkę, która po dłuższej chwili zabrała mnie do Wejherowa.  Znajdował się tam bowiem duży szpital z Oddziałem Ratunkowym. Pojechałam więc w kolejną podróż z nadzieją, że wreszcie ktoś ulży mojemu cierpieniu :(

Czarna dziura – szpitala ciąg dalszy.

Witajcie ponownie ze środka szpitalnych murów. Sprawy mają się nijak. Ogólnie czuję się lepiej. Jem, sił mi przybywa, na reszcie przypomniałam sobie do czego słuźą nogi. Z chodzikiem pokonuję niewielkie dystansy niczym maluch, który stawia pierwsze kroki. Wszystko byłoby dobrze ale …. no właśnie zawsze musi być jakieś ALE….
Mianowicie mnie coś zawsze musi dolegać, więc od kilku dni zmagam się z dokuczliwą i bolesną kolką prawej strony brzucha. Doktorzy robili USG i nic groźnego nie stwierdzili. Podejrzewali woreczek żółciowy, lecz jednak wygląda na to, że jest w porządku. No cóż brzuch boli. Ranę mi leczą dość mozolnie. W tym tygodniu minie miesiąc jak jestem w Krakowie plus miesiąc w nadmorskim szpitalu daje 2 miesiace pobytu w szpitalu non stop. Powiem Wam, że moja cierpliwość sięgła zenitu. Psychika wysiada i mam ochotę nauczyć się latać z okna :-( Lekarze nie umieją się określić ile to jeszcze potrwa. Czasami to sobie myślę, czy ja w ogóle wrócę jeszcze do domu. Kończą mi się siły, cierpliwość i nadzieja. Póki co staram się nie zwariować.
To by było na tyle z neewsów.
Do kolejnego razu. Pozdrawiam Was i ściskam Czytaj dalej