Koszmarów ciąg dalszy.

Kochani jest mi niezmiernie miło i jestem Wam wszystkim wdzięczna z całego serca za wsparcie za modlitwy. Proszę jednak o jeszcze. Sprawy przedstawiają się u
mnie następująco. Z czwartku na piątek lekarze zdecydowali o przewiezieniu mnie do Krakowa do domu. Jechałam jakieś 7 godzin. Niestety w czasie podróży mój stan bardzo się pogorszył. Dostałam bardzo wysoką gorączkę i zatrzymała mi się stomia. Tuż po przyjeździe do domu mąż wezwał pogotowie i wzięli mnie na SOR (więcej opiszę w późniejszym terminie) po wielogodzinnym czekaniu udało mi się dostać na oddział chirurgii gdzie caly personel medyczny wraz z lekarzami fachowo się mną zajęli. Pojawił się kolejny problem. Mianowicie rana operacyjna się rozeszła i bardzo brzydko i dużo się ropi. Doktorzy będą się starać tą ranę wyleczyć ale istnieje ryzyko kolejnej operacji, której mogłabym nie przetrzymać ze względu na bardzo schorowany i wycieńczony organizm.

Z tego miejsca proszę Was o kciuki i modlitwy żeby ta rana się zaczęła goić i by 4 zabieg już się nie odbył.
Ściskam Was wszystkich i tęsknię za waszymi blogami za Wami. Nie mogę się doczekać kiedy znów będę was odwiedzać i pisać na swoim blogu
Ściskam Was wszystkich serdecznie i Bóg zapłać za wszelkie wsparcie i modlitwy.

Powrót zza światów …

Moi kochani witam Was wszystkich, mogę śmiało powiedzieć zza światów. Z całego serca chciałam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za pamięć, wsparcie i modlitwy.Bardzo mi jest miło wiedzieć, że jest tyle dobrych duszyczek, które jednak obchodzi mój los :-) i to mnie właśnie trzyma przy życiu i motywuje do walki. Staram się ze wszystkich sił zbierać do kupy żeby móc wreszcie po 6 tygodniach wrócić do domu do najbliższych, a mam mega zadanie bo muszę przejechać całą Polskę, ale kto jak nie ja. Dam radę. Po tym wszystkim teraz jestem nie do pokonania i przy Bogu, który dał mi swoje specjalne wyróżnienie i nowe życie. Jeszcze raz bardzo Wam wszystkim dziękuję Kochani i ściskam Was najserdeczniej jak mogę. Niech Bóg ma Was w swej opiece :-)
P.s. Proszę Was tylko jeszcze nieśmiało o dalsze modlitwy i wsparcie bo bez Was sobie nie poradzę ;-)

image

image

Kolejna część historii – W szpitalnej celi.

Dla przypomnienia przedstawiam Wam części, które się już ukazały:

1. Potyczki ze służbą zdrowia.   
2. 
Ciąg Dalszy „Potyczek ze Służbą zdrowia”.
3. Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.
4. Co się działo w szpitalnej celi.
5. Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy.
6. I co się działo w szpitalnej celi? – kontynuacja.  

CZĘŚĆ VII …

Jak wspominałam już kiedyś w części IV oprócz problemów z brzuchem spokoju nie dawało mi jeszcze zapalenie krtani, które wywoływało napady suchego i męczącego kaszlu. Robiono mi wtedy nebulizacje dwa razy dziennie, które łagodziły dolegliwości.
Moje łóżko znajdowało się w takim kąciku co utrudniało podłączenie mi inhalacji. Trzeba było na nim klęknąć i sięgnąć wysoko by dostać się do tegoż aparaciku.

Owego piątego dnia przyszedł czas na inhalację w związku z tym pojawiła się przy mnie pielęgniarka, która jakiś czas temu mi podpadła (a czym to opiszę kiedy indziej). Wstałam z łóżka i przesunęłam się tak, żeby miała lepsze dojście i żeby nie uszkodzić drenu. No i wyszła podłączyła i schodząc z impetem stanęła na drenie. Syknęłam bo zabolało mnie jak cholera i rozpłakałam się, a piguła zamiast jakoś po ludzku do mnie to jeszcze się uniosła, że stanęłam ze złej strony i to moja wina, że mi na ten dren nadepnęła. Inne siostry nie miały problemu i zawsze uważały, a ona była bardzo roztrzepana. Powiedziałam lekarzowi co się stało i odesłano mnie na ponowną konsultację chirurgiczną. Wszyscy myśleli, że sama sobie to wydarłam ale gdy wyjaśniłam jak to wszystko wyglądało to lekarze byli mocno zdziwieni bo pielęgniarka nikomu się nie przyznała co się stało.
Na konsultacji miałam szczęście bo był akurat ten życzliwy doktor, którego w poprzednich częściach nazywałam Aniołem Stróżem. Powiedział, że dren niestety w całości został wyrwany i musi go po prostu usunąć. Wyobraźcie sobie, że macie głęboko do środka brzucha założoną dość dużą rurkę i dodatkowo chwyconą do skóry kilkoma szwami by lepiej się trzymała. Teraz ktoś z całą siłą na nią przydeptuje i wyrywa ją. Powiem Wam, że myślałam iż oczy mi z orbit wyjdą.  Dobrze, że dren nic po drodze nie uszkodził bo wtedy bym miała bardzo poważny problem.
Na oddział wróciłam już bez towarzysza worka. Teraz pojawiło się pytanie co dalej. Brzuch po tym całym incydencie zaczął mnie bardziej boleć. Wyniki były w sumie całkiem dobre. Zrobiono mi kontrolną Tomografię Komputerową i odesłano jeszcze raz do chirurgów na ostateczne wydanie decyzji. Wynik TK wykazał znaczną poprawę. Ropnie się wchłonęły, a na ich miejscu pozostały stany zapalne. Wyniki z krwi też były całkiem przyzwoite. Doktor Anioł powiedział, że w zasadzie mogę iść do domu ale muszę uważać na siebie i się obserwować bo nie wiadomo jak organizm zareaguje na leki doustne ponieważ w szpitalu cały czas antybiotyki brałam dożylnie. Dostałam wytyczne, że gdy cokolwiek zacznie się dziać czyli gorączka lub ból brzucha to mam się udać na SOR.

Lekarze prowadzący wypisywali mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach jakby szydzili z mojej podjętej decyzji ich zdaniem całkiem nieodpowiedzialnej i dawali mi do zrozumienia żebym się tak nie cieszyła bo to na pewno jeszcze nie koniec.
Powiem Wam, że z jednej strony moja radość była wielka znaleźć się po miesiącu pobytu w szpitalu wreszcie w  domu ale jednak z drugiej strony bałam się jak to wszystko dalej się potoczy. W zasadzie miałam w sobie taki mały gejzer, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Antybiotyki brałam w sumie przez dwa miesiące więc mój organizm był tak wyjałowiony jak gazik w aptece. Musiałam bardzo uważać żeby nie stykać się z osobami zainfekowanymi. I ta ciągła niepewność czy wszystko będzie dobrze.

Od tamtego czasu minęło prawie 10 miesięcy. W między czasie kilka razy pobolewał mnie brzuch więc robię sobie od razu badania krwi  i USG by sprawdzić czy nic złego się tam nie dzieje gdy wyniki są troszkę podniesione dostaję nieszczęsne antybiotyki i po dwóch tygodniach mi się to uspokaja. Podobno z USG wynika, że po tym mniejszym ropniu nie zostało ani śladu natomiast ten większy cały czas wykazuje pewne pozostałości po sobie. No cóż pozostaje mi wierzyć, że tą bitwę jaką toczyłam ze swoim organizmem wygrałam i wszystko co złe pozostało gdzieś daleko za mną.  


     

 

 

I co się działo dalej w szpitalnej celi? – kontynuacja

CZĘŚĆ VI ….

Po 3 dniach pojechałam swoją ratunkową karocą na wycieczkę do chirurgów. W worku na dnie pojawiło się niewiele płynu surowiczego więc został usunięty. Mój Anioł Stróż (Pamiętacie? Wspominałam o nim  TUTAJ) wyjaśnił mi, że nie pokazała się w drenie ropa, której wszyscy tak się spodziewaliśmy bo albo GO tam nie było i to był tylko stan zapalny lub w trakcie wkłuwania się mógł trafić obok NIEGO.
Gorączka ustąpiła ale wyniki badań pomimo 3 tygodniowego leczenia nie poprawiały się jakoś zawrotnie. Po usunięciu drenu wróciłam na oddział. W między czasie moje sąsiadki z sali zmieniały się dość często. Przychodziły i po kilku dniach odchodziły. Właśnie zbliżał się 3 tydzień mojego pobytu w szpitalu. Brzuch cały czas mnie pobolewał, a ja coraz bardziej tęskniłam za domem i coraz częściej płakałam, że nie chcę już dłużej siedzieć w tych murach gdy są wakacje, a za oknem słonko mocno przygrzewa.
Lekarze prowadzący byli rozdrażnieni swoją bezsilnością, moim uporem i brakiem rozwoju sytuacji.

Na drugi dzień znów pojechałam do chirurgów aby określili się konkretnie co dalej z tym fantem zrobić. Trafiłam tym razem na bardzo życzliwą panią doktor, która zawołała mojego Anioła i razem uradzili, że spróbują jeszcze raz założyć mi tym razem dwa dreny. Wyjaśnili mi jeszcze raz wszystko co mają zamiar zrobić i w jaki sposób. Pan doktor i Pani doktor świetnie ze sobą współpracowali i widać było, że mój problem nie jest im obcy. Czułam, że jestem w dobrych rękach. Wtedy doktor powiedział do mnie coś co na długo pozostanie w mej pamięci „jest pani bardzo rezolutną, odpowiedzialną, wrażliwą, a do tego schorowaną  osobą, widzę, że walczy pani dzielnie dlatego bardzo chce pani pomóc i zrobię wszystko co w mojej mocy żeby tym razem się udało”. Słysząc to wzruszyłam się i totalnie mnie zamurowało bo żaden lekarz do tej pory nic takiego mi nigdy nie powiedział, a wierzcie mi  przewinęło się ich w moim życiu dość sporo. Po tych słowach uspokoiłam się jeszcze bardziej i już nie miałam żadnych wątpliwości, że coś może się nie udać. Ryzyko przebicia jelita grubego oczywiście występowało nadal ale jakoś o tym zapomniałam. Przeżegnałam się i oczekiwałam na rozwój wydarzeń. Pani doktor znieczuliła mi zastrzykiem miejsce wkłucia drenów na brzuchu i pilotowała doktora, który w skupieniu zaczął zakładać pierwszy dren, a po krótkiej chwili powyżej założył drugi. Jakaż wielka była wspólna radość gdy w obu drenach pojawiła się upragniona ropa, którą doktor nabrał do strzykawki w celu wysłania do badania. Do drenów wystających z brzucha przykręcono mi oczywiście dwa worki, do których zaczęła spływać żółta i gęsta treść. Pomyślałam wtedy, że jest nadzieja iż wreszcie wszystko dobrze się skończy. Ratownicy z karetek mocno mnie dopingowali bo znali już mnie i mój problem :) Doktor z uśmiechem i ulgą w głosie powiedział, że tym razem udało się trafić w samo sedno. Wytłumaczył mi jak trzeba przepłukiwać dren i napisał wytyczne do lekarzy prowadzących. Na koniec zapytałam jeszcze jak długo te dreny mam mieć założone, mój Anioł Stróż odpowiedział, że im dłużej tym lepiej ale raczej tak do tygodnia. Podziękowałam serdecznie doktorowi i pani doktor za fachową pomoc i ucieszona pojechałam na oddział.

Myślałam, że wreszcie nadszedł kres moim udrękom lecz niestety pomyliłam się. Pielęgniarki nie miały zielonego pojęcia jak się zabrać za te moje dreny. Niby z jednej strony co się dziwić skoro nie miały wcześniej do czynienia z takimi rzeczami ale z drugiej strony to jednak był szpital i leżeli tam też ciężej chorzy, którzy wymagali różnych zabiegów pielęgnacyjnych. Oj szczerze to czarno to wszystko widziałam.
Z resztą chirurg opisał dokładnie jak przepłukiwać dreny i dodatkowo pokazał mi jak to się robi bym mogła wyjaśnić pielęgniarkom w czym rzecz. Było to całkiem proste. Jakbym się uparła to mogłabym robić to sobie sama. Trzeba było do jednego drenu wlać 50 ml roztworu solnego i miało się to w tym drenie cofnąć do worka, a w drugim miało też częściowo spływać do drugiego worka. Niektóre pielęgniarki chętnie słuchały jak im objaśniałam jak to najlepiej zrobić jednak były też takie, które chciały być mądrzejsze robiąc coś po swojemu i wyrządzając mi przez to dodatkowy ból.
Na drugi dzień od założenia owych drenów przyszły wyniki z pobranej przez chirurga treści ropnej i antybiogram. Okazało się, że były to dwa upierdliwe paciorkowce na szczęście oporne tylko na jeden z podawanych mi antybiotyków, który od razu zmieniono.
Musiałam bardzo uważać na te moje dreny żeby sobie ich niechcący nie wyrwać. Uciążliwe było takie chodzenie czy mycie z dwoma takimi wężami i workami wystającymi z brzucha. Wychodząc z sali by rozprostować trochę kościska śmiałam się do moich współtowarzyszek z sali, że zabieram Azora i Burka na spacer :)
Z jednego drenu cały czas coś się tam sączyło, a drugi przez który wpuszczano roztwór do płukania po 3 dniach odmówił współpracy całkiem bo już nawet przestało się cofać to co zostało wlane do środka. Pojechałam więc znów do mojego doktora wybawcy, który usunął mi ten niedziałający dren i powiedział, żeby przepłukiwać teraz ten, który jeszcze zostawia ponieważ wszystko się jeszcze cofa i wypłukuje to co tam jest w środku. Zrobił mi też USG i stwierdził, że ten duży ropień zaczął się na szczęście zmniejszać. Poza tym wyniki się ładnie poprawiły i brzuch pobolewał już dużo mniej i tylko chwilami.

Wszystko toczyło się swoim rytmem ku dobremu. Niestety piątego dnia wydarzyło się coś co zburzyło mój spokój i radość. Przyczyniła się do tego pewna pielęgniarka, która już od dłuższego czasu miała ze mną zatarg.

w szpitalu

CIĄG DALSZY NASTĄPI ……

Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy

CZĘŚĆ V ….

Woziłam się tymi bryczkami jak królowa tam i z powrotem. Większość ratowników i przewoźników zdążyła mnie już poznać, a ja ich :)

Pewnego dnia pojawił się na mojej wyboistej drodze pewien szlachetny chirurg co jest u nas w medycynie zjawiskiem niebywale rzadko spotykanym. Brzuch cały czas mnie bolał co prawda już nie tak bardzo ale jednak po mimo intensywnego leczenia nie ustąpił całkowicie. Gorączki już nie miałam.
Ów doktor przeglądnął moje wyniki, zrobił mi USG brzucha i zaczął ze mną tak najzwyczajniej w świecie rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Wyjaśniłam mu swoje obawy dotyczące zabiegu, a On przytakiwał mi ze zrozumieniem. Powiedział, że moje wątpliwości są uzasadnione i jak najbardziej się ze mną zgadza, że nie należy podejmować w momencie tak pochopnych decyzji zwłaszcza gdy dotyczy to zbyt inwazyjnej ingerencji w człowieku. Mój przypadek jest dość poważny i obciążony wieloma schorzeniami do tego zażywam całą masę leków ze sterydami włącznie więc jestem bardziej narażona na niebezpieczeństwo i powikłania pooperacyjne niż taki normalnie zdrowy człowiek.

Po tej naszej całej rozmowie doktor przedstawił mi pewne rozwiązanie, które okazało się znacznie mniej inwazyjne niż operacja. Jednak niosło to ze sobą pewne ryzyko, które mogło zakończyć się ostatecznie na stole operacyjnym. Mianowicie przy pomocy USG doktor miał wprowadzić dren w miejsce ropnia by zrobić mu ujście na zewnątrz. Ropień był niekomfortowo usytuowany bo sąsiadował z Esicą czyli częścią jelita grubego, które podczas wprowadzania drenu mogło zostać uszkodzone. Wówczas musiałabym w trybie natychmiastowym poddać się operacji i założenia STOMII co jak powszechnie wiadomo nie jest rzeczą zbyt przyjemną i komfortową.
Byłam z mężem na tej konsultacji więc doktor, którego nazwałam takim moim „aniołem stróżem” oznajmił, że wychodzi na chwilę i byśmy w tym czasie podjęli decyzję czy mam podjąć to ryzyko czy się wstrzymać. Nie ukrywam, że popłakałam się jak Bóbr i trzęsłam gaciami ze strachu. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę, że jak nic z tym nie zrobię to ten ropień może pęknąć i rozlać się wewnątrz jamy brzusznej prowadząc do zapalenia otrzewnej i w efekcie tego do śmierci. Przeanalizowałam wszystkie ZA i PRZECIW i gdy po powrocie doktor zapytał jaka jest moja decyzja odpowiedziałam iż zgadzam się na założenie drenu bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wówczas mój „anioł” uśmiechnął się do mnie i pogratulował trafnej decyzji oraz dojrzałego podejścia do tak trudnej sprawy. 

Przeżegnałam się więc i poprosiłam Pana Boga o opiekę. Mogłam więc spokojnie poddać się temu drenażowi, który musiał się udać ponieważ Bóg trzymał mnie za rękę, a sam zabieg wykonywał mój „anioł stróż”. Na znak, że jestem gotowa kiwnęłam głową wtedy doktor wstrzyknął mi w brzuch środek znieczulający. Po chwili wyciągnął taką dużą igłę jak do punkcji, która znajdowała się wewnątrz drenu. Na sam widok zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i poczułam jeszcze większy strach. Doktor przyłożył głowicę USG do brzucha i zaczął powoli się wkłuwać. Po policzkach pociekły mi łzy ale nie przez ból jaki odczuwałam tylko ze strachu, który zagłuszył wszystko inne wokół. Po umiejscowieniu drenu wewnątrz brzucha doktor usunął igłę. Dren został dodatkowo zabezpieczony przed wysunięciem kilkoma szwami przymocowanymi do skóry brzucha.
Po dosłownie 10 minutach, a mi wydawało się, że trwało to całe wieki usłyszałam upragnione „już po wszystkim”, jelito nie zostało na szczęście  uszkodzone.
W drenie od razu pokazała się treść surowicza (taki jasnoczerwony bezzapachowy płyn), a nie ropa, której oczekiwaliśmy. Doktor wyjaśnił mi iż albo to nie do końca był ropień tylko np, stan zapalny albo nie trafił w sam jego środek. Kazał odczekać 3 dni czy nic się nie pojawi i zgłosić się do kontroli chirurgicznej. Oczywiście cały czas leżałam jeszcze w szpitalu więc chirurg opisał całą konsultację i wytyczne dla moich lekarzy prowadzących.

Na oddział wróciłam z takim dodatkowym gadżetem w postaci drenu zakończonego taką torebeczką do której spływała treść surowicza. Przywiózł mnie ów życzliwy Ratownik blondynek, o którym pisałam TUTAJ. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi ale asystował przy moim drenażu co nie należało do jego obowiązków, a na koniec powiedział mi żebym się nie martwiła bo na pewno wszystko będzie dobrze i będzie trzymał za mnie mocno kciuki. Bardzo miły gest nie uważacie? ;)

Lekarze i pielęgniarki sądząc po minach byli wielce „uradowani” widząc mnie z powrotem z nowym towarzyszem „workiem”.
Po chwili przyszła do mnie Pani doktor i z oburzeniem w głosie zaczęła krytykować mojego „anioła stróża”, który jako jedyna osoba zobaczył we mnie schorowanego człowieka, a nie tylko królika doświadczalnego.
Powiedziała, że jak sprawdzała w podręczniku to takie ropnie jak moje leczy się tylko operacyjnie i ona zupełnie nie może zrozumieć takiego bezsensownego rozwiązania jakie zastosował chirurg. W moich oczach straciła całą swoją wartość i autorytet jako lekarz. Zwłaszcza, że wcześniej przyznała iż nie jest to jej dziedzina i nie zna się na tym. Nie mogłam zrozumieć jak można traktować pacjenta tak przedmiotowo opierając się jedynie na przedstawionym pojedynczym schemacie książkowym. Wiadomo, że każdy pacjent jest indywidualistą w swojej chorobie i jego leczenie wcale nie musi być takie sztywne i teoretyczne. Czasem trzeba trochę poeksperymentować żeby wybrać najbardziej dogodne i optymalne rozwiązanie oraz mocno się zastanowić co i jak zastosować żeby zmniejszyć ryzyko, a zwiększyć szanse na poprawienie stanu zdrowia chorego. Byłam w szoku zachowaniem lekarki, która cały czas dawała mi do zrozumienia, że mój brak zgody na operację jest czystym wymysłem i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Lekarze patrzyli na mnie z pewną pogardą przez co czułam się jak jakiś wyrzutek społeczeństwa ot takie zaszczute zwierzątko, którego nikt nie rozumie i nie wesprze w tej przykrej i trudnej chwili. Siłę do walki dawał mi sam Bóg, a wsparcie moich najbliższych i znajomych było dla mnie taką dodatkową pigułką energetyzującą.

Mój towarzysz „worek” nie zdobył mojej sympatii. Cały czas musiałam uważać żeby go sobie niechcący nie wyrwać np. podczas snu lub nie zapomnieć zabrać go ze sobą wstając z łóżka, że już o dyskomforcie, który odczuwałam cały czas nie wspomnę.
Na szczęście nie trwało to długo. Po 3 dniach zgodnie z zaleceniami chirurga stawiłam się do kontroli. Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.