Co w trawie piszczy …

Ostatnio pod moim wpisem, w Waszych komentarzach pojawiają się pytania dotyczące mojego samopoczucia. Obiecałam, że w najbliższym czasie postaram się coś napisać w tym temacie, co też czynię :)

A więc pierwszym z pytań, które najczęściej słyszę jest właśnie: „Jak się czujesz”?
W sumie nie dziwi mnie ono, większość osób zadaje mi je ponieważ wiedzą, że mam ciągłe kłopoty ze zdrowiem. Nieraz zastanawiałam się co by tu odpowiedzieć, by było to zgodne z prawdą i jednocześnie usatysfakcjonowało pytającego, bo coś w stylu  „wszystko w porządku”, czy „czuję się całkiem dobrze” do mnie samej nie przemawiało.
Nie dawało mi to jednak spokoju i całkiem niedawno odpowiedź przyszła sama. Od jakiegoś czasu porównywałam się z takimi starszymi babuleńkami, co to są ciągle zmęczone, cały czas je strzyka tu i ówdzie i nie mają siły, ani chęci do niczego.
Eureka …  tak właśnie się czuję, jak taka staruszka, która ma już szmat drogi za sobą, jednak jedno co jest pocieszające, to siły wewnętrznej i woli do życia mi nie brakuje :)
Uzupełniając tą moją odpowiedź chcę jeszcze dodać, że cieszę się każdym kolejnym dniem bez cierpienia, bo do bólu już się przyzwyczaiłam. Jestem słaba, ale chodzę i mogę koło siebie wszystko zrobić, a to jest bardzo ważne, wielu ludzi tego nie docenia. No cóż każdy kto jest w pełni sprawny i zdrowy nie zwraca uwagi na te detale, przecież dla nich to normalne :(

Dodatkowo mam problem z tą moją nieszczęsną przepukliną, którą niestety nie udało się zoperować. Na szczęście jednak pozbyłam się stomii. A przepuklina rośnie, jest mi ciężko, wyglądam i czuję się tak jak przy końcówce ciąży. Byłam już na jednej konsultacji, ale niestety usłyszałam znów coś co znałam na pamięć. Wam też już wielokrotnie pisałam o istniejącym ryzyku i poniesionych konsekwencjach w wyniku powikłań po zabiegu. Nie poddaję się tak szybko, dlatego wybieram się jeszcze do doktora, który mnie operował. On zna mój brzuch i moje jelita i kto jak nie on, najlepiej będzie wiedział co mam w środku. Mam do tego doktora pełne zaufanie, bo tylko on podjął się operacji i podołał wyzwaniu, więc jeśli jego zdanie miałoby być takie samo jak poprzednika, to wtedy przyjmę to na klatę ;)

I tak dobrnęłam do drugiego pytania: „Co tam u Ciebie słychać”?
Pozwolicie, że odpowiem starym tekstem, – dziękuję jakoś leci, byleby do przodu. :)
Nie, nie martwcie się, tu też rozwinę swą odpowiedź, nie zostawię Was przecież tak na lodzie.
U mnie zawsze się coś dzieje, ale przynajmniej nie jest nudno, może czasem są też i przykre wydarzenia jak z resztą wszędzie, lecz staramy się sobie z nimi jakoś radzić.
Na przełomie sierpnia i września po dwuletniej przerwie udało nam się wreszcie polecieć na zasłużony odpoczynek do Turcji. Było na prawdę super, odpoczęliśmy i  podładowaliśmy akumulatory :) Nasza rodzinka natomiast, zajęła się zwierzakami.

DSC04933 DSC05043 Moje urodziny akurat wypadły podczas naszego pobytu w Turcji i obsługa hotelowa przygotowała dla mnie miłą niespodziankę, tak pięknie przyozdobiony stół,a w pokoju czekał na mnie talerz z owocami :)

Niestety jak już wcześniej wspominałam, w naszym życiu mają też miejsce i smutne chwile. Tuż przed naszym wylotem jeden ze szczurków poważnie zachorował i niestety musieliśmy go poddać eutanazji :(
Najprawdopodobniej Dżambuś podczas swoich harców w klatce zahaczył łapką o pręty i wyrwał sobie ją ze stawu tak mocno, że doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Nie wiemy tak do końca jak to się stało. Od razu jak tylko zauważyliśmy pojechaliśmy do weterynarza. Najpierw włóczył łapką, podawaliśmy mu różne leki i wydawało się, że jest mała poprawa, lecz niestety pewnego dnia jego stan bardzo się pogorszył. Nie mógł się załatwić, i od pasa w dół się nie ruszał, był bardzo osowiały, nie chciał jeść. Zabraliśmy go ponownie do weta i pani doktor robiła wszystko by go ratować, zostawiliśmy go na noc na obserwację, miał podłączony cewnik i różne kroplówki na wzmocnienie i przeciwzapalne. Teraz jak o tym piszę, to jest mi bardzo smutno :(
Niestety na drugi dzień dostaliśmy telefon z lecznicy, że stan Dżambusia się nie poprawił. Pojechałam z synem, czuliśmy, że będziemy musieli podjąć tę trudną dla nas decyzję o uśpieniu. Niestety paraliż postępował, byliśmy przy nim do samego końca, głaskaliśmy go. 19 sierpnia nasz kochany maluch odszedł za Tęczowy Most :(
Musiało go bardzo boleć, bo jak brałam go na ręce, by go ostatni raz przytulić, to dość mocno mnie ugryzł, po raz pierwszy i zarazem ostatni. Syn powiedział, że szczurek w ten sposób się ze mną pożegnał :( Chciał zostawić mi po sobie pamiątkę i można by rzec, że mu się udało, bo rana goiła mi się jeszcze ze dwa tygodnie, a co ją poczułam, to przypominał mi się Dżambo.
Był u nas zaledwie rok, a zdążyliśmy go mocno pokochać. Został nam jeszcze Alvinek, jest bardziej spokojny i lubi się przytulać. Taka mała pociecha z niego, lecz widać, że się mocno postarzał, bo pani weterynarz powiedziała nam, że szczurki, oczywiście te hodowlane żyją do 2 lat.

20161102_150244 Dżambo, ten który odszedł – biało czarny, a Alvin, ten który jest z nami – biało popielaty.

Kolejnym bardzo smutnym wydarzeniem było odejście za Tęczowy Most naszego drogiego Lakusia, a stało się to 6 października :( W tym przypadku również musieliśmy podjąć tą trudną decyzję o eutanazji, do której dojrzewaliśmy bardzo długo. Wiem, że może wydać się to Wam niehumanitarne, rozumiem, bo my też czuliśmy się rozdarci. Pokochaliśmy tego psiaka, staraliśmy się, robiliśmy wszystko, by mógł godnie przeżyć te ostatnie miesiące swojego życia. Czuliśmy wielki smutek i żal, ale patrząc na niego wiedzieliśmy, że musimy mu ulżyć w cierpieniu, tym bardziej, że zima zbliżała się wielkimi krokami. Nie chcieliśmy być zwykłymi egoistami, którzy myślą wyłącznie o sobie i boją się pustki oraz prawdziwych uczuć, z którymi trzeba było się zmierzyć.
Laki miał złośliwy nowotwór obu jąder, do tego miał duże problemy z wypróżnieniem się i nietrzymaniem moczu, o którym pisałam TUTAJ Od jakiegoś czasu bardzo posmutniał, w jego oczach widać było cierpienie, to nie był ten sam roześmiany pies, co na początku :(
Z dnia na dzień gasnął w oczach, przestał już przybierać na wadze, a nawet wydawało mi się, że znów zaczyna chudnąć. Płakaliśmy jak bobry, ale byliśmy przy nim do samego końca, przez cały czas go głaskając :(  Laki spędził u nas 9 miesięcy, a wydawało nam się, że jest z nami od zawsze.
To bardzo przykre, że ktoś się go pozbył po kilkunastu latach, gdy zaczął chorować, jakby był niepotrzebnym, starym i zużytym śmieciem, a nie żywą istotą, członkiem rodziny :(

IMG_0789Takiego Lakusia zapamiętamy, uśmiechniętego :)

Te przykre wydarzenia bardzo mnie zasmuciły i przygnębiły. Straciliśmy naszych dwóch członków rodziny. Sami widzicie, jakie życie potrafi być nieprzewidywalne. Przepraszam Was, że tak smutno się zrobiło na moim blogu, ale oprócz tych radosnych chwil, bywają też i te gorsze, którymi również chciałam się z Wami podzielić.

Ściągnij buty i załóż bambosze.

Witajcie moi drodzy czytelnicy …

Wiem, że dawno mnie tu nie było. Muszę Wam się przyznać, że dopadła mnie zmora znana wielu bloggerom, czyli wypalenie się i brak weny. Życie w realu mnie pochłonęło i im dłużej nie siadam do laptopa, tym bardziej oddalam się od Blogosfery. W ostatnim czasie miały miejsce u mnie przykre wydarzenia dotyczące naszych zwierzaków :(
Kto śledzi mnie na FB, ten za pewne wie o czym piszę. Jednak pozwolicie, że więcej szczegółów zdradzę w innym poście, ponieważ dziś chciałam się skupić na czymś innym.

Ostatnio, właśnie na FB moją uwagę przyciągnął pewien artykuł ( KLIK ) na temat ściągania butów podczas gościnnej wizyty. Nie wiem, czy słyszeliście, że jest to niezgodne z zasadami Savoire Vivre. Pytanie jednak brzmi, czy to wypada, czy nie? No cóż, muszę przyznać, że to dość kontrowersyjny temat. Czytając ów artykuł i komentarze pod nim zamieszczone nasuwa mi się jedna myśl, mianowicie, ile jest osób, tyle jest zdań i opinii. Każdy w jakimś stopniu ma rację.

W zasadzie odkąd sięgam pamięcią żyłam w przekonaniu, że kultura i dobre wychowanie nakazują ściągać buty, gdy idzie się do kogoś z wizytą, bo tak należy, tak wypada, tak trzeba.  I nadal bym tak myślała, gdyby nie ten właśnie artykuł, który poniekąd uświadomił mi iż przez cały ten czas żyłam tkwiąc w niewiedzy.
Przypuszczam jednak, że wśród Was znajdzie się ktoś, kto podobnie jak ja nie do końca był wyedukowany w tym temacie. Mogłam to zaobserwować również w kręgu otaczających nas ludzi, znajomych, czy rodziny.

ściąganie butów

Ten zwyczaj wywodzi się z dawnych czasów, nasi pra, pra przodkowie ściągali gumowce lub buty robocze, które najczęściej były ubłocone i zabrudzone podczas pracy na roli oraz przy zwierzętach.
W związku z tą właśnie historią spotkałam się z przykrymi wypowiedziami i to głównie młodych ludzi, którzy szydzą z osób ściągających buty, nazywając ich „wieśniakami”, którym gnojówka z gumiaków wypływa. To smutne i wręcz żenujące. Uważam, że takie zachowanie jest niedopuszczalne, bo nawet jeśli ktoś pochodzi ze wsi, wcale nie oznacza, że jest gorszy i można się z niego wyśmiewać.

Hmm … i jak to wszystko się ma do tego nieszczęsnego Savoire Vivre?
Mówiąc szczerze, jakoś w żaden sposób te sztywne zasady mnie tak do końca nie przekonują.
Otóż na dole wszędzie mamy płytki, głównie ze względu na psa, a wiadomo, jak jest pies to są kudły, błoto i piasek. Dlatego najczęściej nasi goście są proszeni o nieściąganie butów, jednak niektórzy odwiedzający pomimo to je ściągają. I wierzcie mi, nigdy nie pomyślałam sobie źle o nikim, a już tym bardziej, że są „wieśniakami”, czy niekulturalnymi ludźmi, na których powinnam się obrazić. Wręcz przeciwnie, myślę sobie wtedy zupełnie odwrotnie. O, ten ktoś ma szacunek dla mojej pracy włożonej w sprzątanie, dla mojej osoby i miejsca, w którym mieszkam.
A co z okresem od jesieni do wiosny? Wiadomo, że wtedy jest więcej błota, wody, śniegu. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie by każdy wtedy wchodził w butach, musiałabym cały czas siedzieć z mopem w rękach. Niektórzy przywożą sobie własne kapciochy lub klapki, co ze względów higienicznych kompletnie mnie nie dziwi. Jest teraz tyle różnych chorób, że takie noszenie pabtofli wizytowych jeden po drugim może być zagrożeniem dla naszych stóp, nawet nadmierną potliwością można się zarazić. Lata wstecz nikt nie zwracał na tego typu sprawy uwagi. To media, które wszystko nagłaśniają, roztrząsają i analizują wyostrzyły naszą czujność. W sumie z jednej strony nawet dobrze, bo często nie jesteśmy świadomi jakie może czyhać na nas, czy naszych bliskich niebezpieczeństwo.

Jakby tego było mało, to nasuwają mi się kolejne przykłady obalenia sztywnych zasad Savoire Vivre.
Nie wyobrażam sobie, wejść do kogoś w butach, gdy ma małe dziecko, które większość czasu spędza bawiąc się na podłodze. Nie ważne jaka jest wtedy pora roku, czy jest błoto, czy sucho i świeci słońce. Kurz, bakterie, wirusy wszystko to możemy wnieść do domu, a maluch jest na to szczególnie narażony.
A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację, że ktoś ma w domu panele, parkiet lub wykładzinę dywanową i co wtedy? Według etyki dobrego wychowania powinniśmy wejść w butach. Przypuszczam, że nie byłoby to ze strony gospodarza zbyt dobrze odebrane. Najprawdopodobniej nie pomyślałby o nas w samych superlatywach, jacy my to jesteśmy kulturalni i dobrze wychowani. Przecież nie musi on wcale znać zasad Savoire Vivre, tylko najzwyczajniej w świecie  kieruje się zwykłą ludzką intuicją.
No dobrze, to jeszcze przytoczę jeden przykład. Mianowicie przychodzimy w odwiedziny do kogoś zimą i mamy na sobie kozaki, ale w związku z tym, że przyjechaliśmy samochodem są suche i nie ubłocone. Wyobrażacie sobie siedzieć w nich przykładowo kilka godzin? Tutaj odpowiedź jest prosta, przynajmniej dla mnie. Czasem jeśli to nie przeszkadza gospodarzom, ściągam buty dla wygody, by stopy mi odpoczęły ;)

A teraz tak z innej beczki. Żeby nie było, że Savoire Vivre jest tak całkiem do bani :)
Co powiecie na imprezę rodzinną lub domówkę? Wyobrażacie sobie przyjść do kogoś w stroju wizytowym, elegancko odsztyftowanym i paradować na bosaka lub w super modnych bamboszach? No właśnie, jakoś średnio to widzę. Jeśli faktycznie jest to lato i jest sucho, z reguły gospodarze proszą o nieściąganie butów. Natomiast, gdy pogoda i pora roku nie sprzyjają paradowaniu w półbucikach, zabieram takowe na imprezę ;)
Niestety czasem bywa też tak, iż pomimo nalegań gospodarzy, gość postanowi jednak ściągnąć buty ukazując nam w całej krasie swoje mokre skarpety i wydobywający się z nich nieprzyjemny zapach, że już o dziurach nie wspomnę :)  No i właśnie, co wtedy? Uważam, że w takim przypadku, by uniknąć tego typu krępującej dla wszystkich sytuacji, a w dodatku znając swój problem, nie powinno się upierać przy ściągnięciu obuwia, tylko wręcz przeciwnie, zapytać, czy można w nim pozostać.
No cóż, ludzie czasem chcą być kulturalni i uprzejmi na siłę, co może przynieść zupełnie odwrotny skutek do zamierzonego. Może więc wystarczy się czasem zastanowić, czy lepiej złamać zasady Savoire Vivre i się skompromitować, czy wyjść z całej sytuacji z podniesionym czołem ;)

Wcale nie jestem jakąś damą typu „ę„, „ą” i aż tak dokładnie nie studiowałam Savoire Vivre, ot najczęściej staram się po prostu zachowywać intuicyjnie i z szacunkiem do osób i miejsca, w którym się znajduję.
Czasem zastanawiam się, czy ta cała etyka dobrego wychowania nie jest wymyślona na wyrost. Przecież większość osób wie co to znaczy mieć dobre maniery i umie je wykorzystać, więc nie rozumiem, po co te wszystkie ceregiele. Zwłaszcza, że całe te zasady, o których jest ten mój dzisiejszy wpis, są modyfikowane zależnie od postępującego czasu i wymogów społeczeństwa.
Jednym słowem to co należało i wypadało zrobić w danej sytuacji dawniej, w dzisiejszych czasach może mieć zupełnie inne odniesienie, tak jak roztrząsany tu przeze mnie temat.
Wobec tego zapytam jeszcze raz, czy będąc z gościnną wizytą należy bezwzględnie dostosować się do panujących obecnie zasad Savoire Vivre i nie ściągać butów? A może wziąć jednak pod uwagę wszystkie za i przeciw i podejść do tego  tak normalnie, po ludzku?
Pamiętajcie jednak, bez względu na to jaką podejmiemy decyzję, nikt nie ma prawa nas w jakikolwiek sposób obrażać i mówić, że jesteśmy niewychowani i pozbawieni kultury, bo to właśnie ma największe znaczenie jakim się jest człowiekiem wobec innych, a nie jakieś tam ściągnięte buty, gumiaki, czy kapcie ;)

Miało być krótko, ale jak widać nie potrafię :)
Bardzo jestem ciekawa, co Wy o tym wszystkim myślicie.
Zachęcam Was też do przeczytania artykułu klikając na „KLIK” na samym początku mojego wpisu.

A tak na zakończenie dla wytrwałych Savoire Vivre na wesoło :)


Przepadłam w realu …..

Witajcie
Hej moi kochani, mam nadzieję, że mnie nie zapomnieliście ;) Tak dawno mnie tu nie było, że nawet nie wiem od czego zacząć, ale  na pewno będzie trochę fotek i wspomnień ;)
To może od początku …
Chciałam Was przeprosić, że tak zniknęłam w zasadzie bez słowa. Codziennie się zabierałam, że usiądę i coś napiszę, ale życie i okres letni tak mnie porwały w swoje szpony, że nijak było się z nich wyrwać :) i tak przeszły 2 miesiące, a w zasadzie 2 i pół .

No więc, jestem, żyję, a mam się jako tako, czyli średnio na jeża.
Po zabiegu jeszcze długo chodziłam do kontroli, rany się trudno goiły, raz było lepiej, a raz gorzej. Miałam ich kilka, obecnie pozostała mi jeszcze jedna nie do końca zagojona, po stomii.  Tak krótko wyjaśnię, że udało mi się pozbyć worka, hip hip hura ;) komfort życia bez porównania, niestety przepukliny nie zoperowano ze względu na zbyt duże ryzyko powikłań i dość zły stan moich jelit. Jeśli brzuch mi się całkiem zagoi będę konsultować się w sprawie przepukliny, ale myślę, że  raczej kolejna czyli 5 operacja w moim przypadku nie będzie wskazana. No cóż, póki co o tym nie myślę, chociaż nie ukrywam, że dodatkowo mam duże utrudnienia w codziennych zajęciach domowych.
Operacja trwała 6 godzin, po zabiegu trafiłam na intensywną terapię gdzie dochodziłam do siebie przez 3 tygodnie. Miałam tam bardzo dobrą i fachową opiekę.

W sumie udało mi się w miarę szybko dojść do siebie i zrealizować swoje postanowienie, pamiętacie? Pisałam przed zabiegiem, że dokładnie w Dzień Matki mam wykupiony koncert Piotra Rubika. Byłam i bardzo mi się podobało, polecam, jego muzyka na żywo to miód dla moich uszu :)

DSC04789 kopia DSC04793 kopia

DSC04836 kopia

Jest u mnie ostatnio intensywnie, w między czasie byłam na Komunii u koleżanki, gdzie jestem chrzestną jej syna. Przyjęcie było udane, miło spędziliśmy majową niedzielę :)

20170521_153447

A tutaj moja latorośl skończyła „oczko” ;) czyli można by rzec, że wszedł pełną gębą w dorosłość, a tak pysznie to uczciliśmy :)

20170604_182406

Kolejny temat, o którym chciałam wspomnieć, a był już szerzej opisywany u mnie, to nasz znajdek Laki. Jest z nami cały czas już od prawie pół roku. Udało mu się przytyć 3 kg, dzięki czemu jego mięśnie się wzmocniły i wydaje mi się jakby lepiej trzymał się na tych tylnych łapach. Niestety stan jego kręgosłupa się nie poprawił i zwyrodnienie jest dość duże. Od dłuższego czasu pojawił się poważny problem, z którym sobie nie radzimy. Otóż Laki załatwia się w domu. Potrafi chodzić po polu i wejść do domu na chwilę i zrobi kupę, nie mówiąc już o tym, że cały czas sika. Po prostu chodzi i mocz się z niego leje, w ciągu 5 minut zasikuje nam całe mieszkanie, a smród przy tym jest straszny taki dziwny jakby zrobił kupę :( Nie nadążamy z myciem podłóg, tym bardziej, że mąż pracuje, a ja jestem cały czas mocno osłabiona, a Lakuś ma manię cały czas chodzić, a mało leżeć, dlatego dodatkowo męczy łapy. Badaliśmy mu mocz i jest w porządku z nerkami też. Pani weterynarz powiedziała, że zwyrodnienie kręgosłupa i starość doprowadziły do tego, że zwieracze odmówiły posłuszeństwa. W związku z tym, że jest lato i ciepło, wydzieliliśmy mu kawałek altany i tam sobie siedzi, wypuszczamy go na ogród i staramy się nie wpuszczać do domu. Przydałby nam się kojec z budą, ale to duży wydatek, a nie wiadomo jak długo by był potrzebny. Powiem wam, że serce mi się kraje i nie wiem co robić. Najgorsze będzie jak przyjdzie jesień i zima. Kochamy tego psiaka i jesteśmy rozdarci :( On się lubi przytulać i chyba jest mu u nas dobrze, bo od jakiegoś czasu w ogóle nie chce wyjść za bramkę, może być wszystko otwarte i już nie ucieka, a jak go kiedyś mąż zawołał to przeszedł kawałek za ogrodzeniem i zaraz się wrócił z powrotem :)
Jedno co ma jeszcze złe, to jest tak przepadlisty za jedzeniem, że jak przychodzi ktoś z dziećmi, a one coś jedzą, to musimy uważać, bo wyrywa zębami jedzenie z ręki. Sami widzicie, że nie mamy łatwo, nasza sunia ma prawie 10 lat (skończy w październiku) i nie mamy z nią większych problemów. Laki jest mocno zaniedbany i skrzywdzony przez los, ktoś go okrutnie potraktował. Nie udała się ta starość Panu Bogu, tak i u ludzi jak i u zwierząt.   Ech, czy to życie musi być takie skomplikowane? Na koniec tego wątku mam jeszcze takie skromne pytanie.
Mianowicie, gdyby ktoś z Was miał pożyczyć lub odstąpić za niewielką opłatą kojec z budą, to bylibyśmy bardzo wdzięczni :)

20170609_182701 20170609_182749

Żeby nie było za dużo na jeden raz, to w następnym wpisie przedstawię Wam nasze wariacje ogrodnicze ;)

Chciałam też z tego miejsca gorąco przeprosić wszystkich moich zaprzyjaźnionych bloggerów za brak odwiedzin, ale sami rozumiecie i mam nadzieję, że mi wybaczycie :) Ściskam Was ciepło  :)

Wesołego ALLELUJA :)

Witajcie Kochani po dłuższej przerwie. Przepraszam Was, że się nie odzywałam, ale po zabiegu leżałam cały czas na Intensywnej Terapii i dochodziłam do siebie. Obecnie od piątku po prawie pięcio tygodniowym pobycie w szpitalu nareszcie jestem w domu :) Trochę czasu jeszcze upłynie zanim dojdę do siebie, bo jestem słaba i rany cały czas się goją, lecz z Bożą pomocą staram się iść do przodu.

Weszłam tu tak na chwilę, bo chciałam się do Was odezwać, że jestem, że żyję i złożyć Wam życzenia z okazji Świąt, a więc:

Na radosne święta Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa życzę wszystkim, by Jego blask zwyciężający śmierć rozjaśniał doliny zmartwień,
przenikał cienie codziennych trudów, umacniał w chwilach boleści,
podnosił w czasie słabości i prowadził ku wiecznej radości.
Radosnego ALLELUJA :)

20170415_125414

 

Ubieranie koszyka to moja tradycja od lat, cieszę się, że i w tym roku mnie to nie ominęło :)

20170415_125410

 

W ostatnim czasie …. i co dalej?

Wiem, dawno mnie tu nie było, ale coś ostatnio cały czas mam pod górkę. Nowy Rok nie zaczął się dla mnie łaskawie. Mamy początek marca, a ja już zaliczyłam półpaśca, mocną grypę z uporczywym kaszlem i dwie kontuzje stóp, trochę dużo, ale nie poddaję się i idę dalej do przodu, bo jak to mówią: „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”.

W między czasie cały czas się przygotowuję do operacji na ten swój brzuch. Otóż miałam termin przyjęcia do szpitala na 27 luty, ale przez ten mój upierdliwy kaszel byłam zmuszona go przesunąć. Nowy dostałam na 13 marca (poniedziałek), czyli już tuż, tuż.
Powiem wam, że się trochę nachodziłam, bo musiałam zrobić konsultację reumatologiczną (moja choroba mięśni), kardiologiczną i echo serca, diabetologiczną (moja cukrzyca), endokrynologiczną i badania na tarczycę, pulmonologiczną (płuca) i spirometrię (takie badanie na pojemność płuc) oraz wymaz z gardła, nosa i mocz bakteriologicznie. Tak, że jestem przebadana od stóp do głów, a wszystko na szczęście wyszło w miarę dobrze jak na mnie :) Przyznacie, że załatwienie tego wszystkiego w dwa tygodnie to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę fakt jak długo trzeba czekać na wizytę u specjalisty. Dobrze, że większość lekarzy mnie zna i są tacy dobrzy, że potrafili mnie przyjąć tak od razu bez terminu. To wszystko już miałam gotowe na wspomniany wcześniej 27 luty, ale wszystko się niestety przesunęło z powodu mojej grypy. Mam tylko nadzieję, że nie straciło to wszystko ważności. Na oddziale zrobią mi jeszcze badania z krwi. Nie wiem kiedy będę mieć zabieg, bo jeszcze ma się zebrać konsylium i mają nade mną radzić. Jestem już po wstępnych rozmowach z anestezjologami i chirurgami, którzy będą mnie operować. Szczerze, po tym co usłyszeliśmy z mężem, to jestem posrana po same pachy tak jak nigdy dotąd. Będzie to bardzo ciężki zabieg, najprawdopodobniej od kilku do kilkunastu godzin, ryzyko wystąpienia poważnych powikłań jest duże, mamy być przygotowani na wszystko nawet na to, że mogę tego zabiegu nie przeżyć :(
Przepraszam, że tak bezpośrednio, ale taka jest brutalna prawda. Nie mam w zasadzie wyjścia, przepuklina jest już taka duża, że ciężko mi się poruszać, wyglądam jakbym była w ciąży bliźniaczej już tuż przed urodzeniem, do tego dolegliwości brzuszne się nasilają i pojawiły się problemy ze stomią. Z drugiej zaś strony jest ryzyko, że jelita mogą w każdej chwili uwięznąć w tej przepuklinie i wtedy mogę nawet nie zdążyć dojechać na SOR, bo dochodzi do martwicy spętlonych jelit i wtedy podobno liczy się każda sekunda. Postanowiłam więc, że wolę to zrobić planowo, maksymalnie przygotowana i pod fachową opieką lekarską. Mają mnie operować jedni z najlepszych, dlatego mam nadzieję, że się wszystko uda.
No tak, ale ja jakoś nie mogę przestać myśleć o tym co usłyszałam od lekarzy, o tym najgorszym, strasznie się boję, że już nie wrócę do domu, denerwuję się bardzo, chodzę i ryczę jak bóbr, a rodzinie cały czas mówię co mają zrobić, gdy mi się coś stanie :(
Nawet napisałam swoją ostatnią wolę i plan na pogrzeb. Mogę się domyśleć nawet co sobie pomyśleliście, że oszalałam, że nie powinnam tak mówić, że muszę myśleć pozytywnie, ale uwierzcie mi, to jest cholernie trudne :( wręcz niemożliwe. Nie wiem co się stało z tą dawną optymistyczną i pozytywnie zakręconą Agnieszką. Przypuszczam, że przyczyniły się do tego wydarzenia z lata 2015 roku, gdzie to moje cierpienie i otarcie się o śmierć zostawiło mocny ślad w mojej głowie. Tak na marginesie, to przypomniałam sobie, że nie dokończyłam swojej historii z tamtego okresu, ale mam nadzieję, że jeszcze będę mogła to zrobić.
Najchętniej poleciałabym gdzieś daleko w kosmos, żeby uciec i schować się przed tym wszystkim. Powiem Wam, że to co czuję jest straszne i nikomu nie życzę być w takiej sytuacji. Jednak wiem jedno, że bez walki się nie poddam, muszę, chcę jeszcze żyć.
Mam tyle planów i pomysłów na siebie, czym chciałabym się zająć, no i nie zapominam o  najważniejszym, chciałabym jeszcze bawić wnuki :)
A i pochwalę się Wam jeszcze, że sprezentowałam sobie taką swoją motywację, otóż wykupiłam bilety dla mnie i dla męża na koncert Piotra Rubika :) Uwielbiam jego piosenki, a że będzie koncertował w Krakowie w Tauron Arenie, to nie mogłam sobie odmówić, więc do 26 maja muszę byc już w pełnej gotowości :) I co Wy na taką motywację? Prawda, że jest kusząca? ;)

Moi kochani wspieraliście mnie na wszystkie możliwe sposoby, gdy walczyłam o życie nad morzem, udało się, wróciłam, przez chwilę było dobrze. Dziękuję Wam za to z całego serca <3  to miłe uczucie wiedzieć, że moja osoba nie jest wam obojętna, tyle ciepłych słów od Was wówczas dostałam. To mnie mocno mobilizowało i dodawało siły do walki.
Moi Drodzy mam do Was wielką prośbę, byście znów zebrali swoje siły, modlitwy i dobrą energię, bo teraz będę ich bardzo potrzebować. Mam tylko nadzieję, że tym razem uda mi się stawić na wyznaczony termin, bo znów jakieś przeziębienie po mnie chodzi, póki co wspomagam się leczeniem naturalnym i jak na razie jest dobrze, tylko gardło swędzi i pokasływać zaczynam. Oj coś mnie te choróbska opuścić nie chcą :(

Przepraszam Was, że tak smutno się zrobiło u mnie, ale niestety cała ta sytuacja mnie przytłoczyła i nie potrafię już o niczym innym myśleć. Jak człowiek od lekarzy słyszy same czarne wizje, to niestety zaczyna tym przesiąkać. Ja wiem, że oni muszą powiedzieć o tych najgorszych przypadkach, uświadomić, żeby potem nie było pretensji, ale powinni to robić jakoś tak z wyczuciem, a nie odbierać pacjentowi resztę nadziei.
Ja jednak wierzę, że z Bożą pomocą wszystko się uda i zła passa wreszcie pójdzie sobie ode mnie w siną dal, bo już zbyt długo się u mnie zasiedziała.
Miewajcie się moi Drodzy szczęśliwie i mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze wsparcie, bo bez tego ani rusz ;)

Obiecuję, że jeśli tylko będę coś więcej wiedzieć i dojdę do siebie na tyle by pisać, a przy tym  uda mi się złapać w szpitalu trochę internetu, to na pewno się odezwę :)  gdybym jednak zbyt długo nie dawała żadnych znaków, to niestety będzie znaczyć, że sprawdziła się ta najgorsza wizja doktorów :(  Mówiłam mojemu mężowi, żeby wtedy coś tu skrobnął w moim imieniu byście wiedzieli co i jak, ale powiedział, że nie może mi tego obiecać, bo na pewno nie będzie miał do tego głowy.
Ściskam Was ciepło i przesyłam moc pozdrowień  :)

Nie wiem, czy lubicie repertuar Piotra Rubika, ale tak na koniec posłuchajcie jednej z moich ulubionych piosenek, tak na poprawę humoru :)