Nowa/stara reforma szkolnictwa.

Od kilku dni trwają dyskusje w sprawie zmian w szkolnictwie jakie podpisał nasz prezydent, śmiesznie zwanej  ”nową reformą szkolnictwa” …  hmm .. a ja myślałam, że jest to przywrócenie starych zasad, wcześniej obowiązujących. No cóż może się myliłam, nowy Prezydent, niech będzie i nowa reforma ;)
Przyglądam się temu wszystkiemu i kompletnie nie rozumiem o co chodzi, bo myślę, że nasze społeczeństwo tak do końca nie wie czego chce. Nasz naród chyba ogólnie jest na „nie” bez względu na to co ma dla nas do zaoferowania rząd. Pamiętam jak weszła uchwała o wprowadzeniu gimnazjów, rodzice byli tym faktem mocno podenerwowani. Głośno protestowali, żądając przywrócenia starego sytemu i zlikwidowania gimnazjów. Teraz, gdy co prawda po kilku latach, ale ich żądania zostały wysłuchane, nagle wszystkim się odwidziało.  Wiem, że jest to polityka naszego kraju, na której tak do końca się nie znam i nie zamierzam się w to wgłębiać, wiem też, że w związku z tym wielu nauczycieli straci pracę. No i myślę, że w tym tkwi największy problem, bo moim zdaniem tym najbardziej pikietującym wcale nie chodzi o dobro dzieci. Według mnie wielu dobrych nauczycieli wyjechało za granicę, a Ci co pozostali nie musza się martwic o etat, bo na pewno znajdą pracę. Tu chodzi o tych pseudo nauczycieli, o tych co chcą tylko odbębnić swoje, nie potrafią umiejętnie przekazać wiedzy, nie mają podejścia pedagogicznego do dzieci i młodzieży. Tu chodzi o tych, których jest coraz więcej, na których my rodzice się uskarżamy. Ręka, rękę myje, stałe posadki po znajomości, i tak to wszystko się kręciło, a teraz likwidacja gimnazjum stawia tych wszystkich pseudo pod znakiem zapytania.

Zdaję sobie sprawę, że swoim wpisem najprawdopodobniej wbiłam kij w mrowisko i tym samym spadnie na mnie lawina przykrych komentarzy, a nawet hejtów. Pomimo to postanowiłam napisać swoje spostrzeżenia i opinie na ten temat, które są poprzedzone pewnym doświadczeniem, którego nabyłam jako rodzic dziecka uczącego się i przechodzącego przez różne etapy szkolnictwa. Mój syn jest rocznikiem, który rozpoczynał większość eksperymentów edukacyjnych. Mianowicie, ocena opisowa od 1 – 3 klasy (co było dla mnie pozbawione sensu), coroczne testy sprawdzające, w tym najważniejszy na zakończenie 3 i 6 klasy (bardzo stresujące dla dzieciaków) i nowa matura.
Z biegiem czasu, z biegiem lat i z tym co doświadczyłam i zaobserwowałam podczas edukacji mojego syna, jako rodzic z całą pewnością popieram decyzję Prezydenta o zlikwidowaniu gimnazjów. Myślę, że niektórzy rodzice wiedzą co mam na myśli.

Syn był bardzo zdolnym dzieckiem (teraz jest mężczyzną :) ) nie musiał się jakoś specjalnie wysilać by mieć dobre oceny. Dodatkowo jest uzdolniony muzycznie.
Szkoła podstawowa do której chodził miała wysoki poziom nauczania co działało na niego  szczególnie mobilizująco. Pani wychowawczyni w 6 klasie napomknęła, że ma wejść w życie system dodatkowego, indywidualnego nauczania dla dzieci wybitnie uzdolnionych i widzi w tym programie naszego syna. Oczywiście pomysł umarł śmiercią naturalną, a że była to ostatnia klasa, myślami byliśmy już w gimnazjum. Jako młodzi i niedoświadczeni jeszcze rodzice kompletnie nie wiedzieliśmy jak się zabrać za wybór kolejnej szkoły.  Nie zdawaliśmy sobie też sprawy, że nasza decyzja może mieć aż taki wpływ na przyszłość syna, ale o tym napiszę kiedy indziej. Nasz wybór padł na jedno z pobliskich gimnazjów, bardziej ze względu na leszy dojazd, które okazało się w praktyce jedną z gorszych szkół. Był tam bardzo niski poziom. Zbieranina dzieci z różnych grup społecznych, niekompetentni nauczyciele, z którymi były problemy, to niestety miało zły wpływ na naszego syna. Na początku zależało mu na nauce, a że był jednym z lepszych w klasie, to spoczął na laurach i przestał się całkiem uczyć, jego aktywność i kreatywność na lekcjach była w bulwersujący sposób gaszona i krytykowana przez nauczycieli. Bardzo żałowaliśmy z mężem, że tak to wszystko się potoczyło. Po części czuliśmy żal do grona pedagogicznego, że jako eksperci nie ukierunkowali nas co do dalszej edukacji syna i mieliśmy też wyrzuty sumienia, że sami nie zaangażowaliśmy się bardziej w wybór gimnazjum. Po co Wam o tym piszę? Otóż uważam, że gdyby nie było gimnazjów i syn zostałby w tej szkole podstawowej, z której byliśmy bardzo zadowoleni, najprawdopodobniej nie byłoby tych problemów, które mieliśmy po zmianie szkoły. Z pewnością jego zdyscyplinowanie, mobilizacja i ambicje byłyby o wiele większe i mogłyby przynieść dużo lepsze efekty.

No wiec uogólniając, ja widzę same plusy z powrotu „nowej” reformy. Przede wszystkim zminimalizowanie stresu wśród dzieciaków, które za wcześnie były przerzucane w nowe środowisko. Nieznani nauczyciele, którzy nic nie wiedzieli o swoich nowych uczniach, nowi koledzy i koleżanki, nowe zasady panujące w nowym budynku. I po co? Zanim dzieciaki zdążyły się zaaklimatyzować musiały stanąć przed kolejnym wyborem szkoły i kolejnym stresem, czy aby ta następna nie będzie gorsza, oby tylko była lepsza od poprzedniej.
Drugim takim problemem związanym z gimnazjum był brak poczucia bezpieczeństwa. Wiadomo, jak wszystko jest obce, to i nie tylko dziecko, ale też ogólnie człowiek czuje się nieswojo, niekomfortowo. Często też dzieci by dostać się do nowej szkoły musiały pokonać duże odległości, nie wszędzie był zapewniony transport z i do szkoły co wiązało się z dodatkowym problemem, jak bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Rodzice nie zawsze mogli podwieźć lub odebrać dziecko, czasem zajęcia trwały do późnych godzin popołudniowych, co wiązało się z niebezpiecznym powrotem do domu.
I kolejnym takim istotnym problemem, który miał miejsce w przypadku mojego syna i który pokrótce opisałam powyżej, było pogorszenie poziomu nauczania, który ma na prawdę wielkie znaczenie, bo może zniszczyć dotychczas osiągnięty efekt pracy i systematyczności u dziecka. Dzieci czasem mając problem z akceptacją przez rówieśników i nauczycieli mogą mieć problemy z odnalezieniem się w nowej sytuacji, a co za tym idzie reagują buntem i pogorszeniem zachowania, bo trzeba wziąć też pod uwagę to, że w tym mniej więcej wieku, dzieci zaczynają okres dojrzewania i ich gospodarka hormonalna diametralnie się zmienia.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że każda taka większa, poważniejsza zmiana niesie za sobą ogólny chaos i potrzebne będzie trochę czasu zanim to wszystko się ustatkuje, tylko pojawia się pytanie, czy w między czasie znów się coś w naszym obecnym lub nowym rządzie nie urodzi i tak będą sobie lawirować tymi ustawami w różne strony narażając społeczeństwo na dodatkowe koszty i stres.

Bardzo jestem ciekawa jakie jest Wasze zdanie w tym temacie. Jeśli jest coś czego tu nie napisałam bądź według Was mam mylne zdanie, to chętnie zapoznam się z Waszą opinią i argumentami.

Choinkowe wspomnienia contra Gwiazdkowa niespodzianka :)

Wszyscy w zasadzie myślą już, jak spędzą Sylwestra i jak ich przywita nadchodzący Nowy Rok, a ja jeszcze trochę powspominam Święta Bożego Narodzenia :)
Mój wpis będzie trochę dłuższy dziś i składa się z dwóch części, ponieważ wielkimi krokami zbliża się 2017.
Mam nadzieję, że się nie będziecie nudzić i dotrwacie do końca ;)

CHOINKOWE WSPOMNIENIA ….
Co roku dzień przed Wigilią ubieram choinkę, aby tradycji było zadość, tak było też i teraz. Oczywiście kupujemy żywe drzewko znaną wszystkim Jodłę Kaukazką, która nie kłuje, ładnie pachnie i nie oblatuje, tylko igiełki zasychają na gałązkach.  Do pomocy przyszedł mój siostrzeniec, ale jako że mam świra na punkcie przystrajania drzewka dość szybko się znudził i poprosił bym mu puściła jakąś bajkę.

No cóż, nic na to nie poradzę, ale jest to silniejsze ode mnie :) Powiem Wam, że zeszło mnie z tym z 5 godzin, spytacie zapewne, że co można tyle czasu robic przy choince?
A no wierzcie mi, że można, zwłaszcza, że ostatnio ruszam się jak mucha w smole. Co prawda plan nie został całkowicie wykonany, ale myślę, że efekt końcowy nie jest najgorszy ;) Na żywo z zapalonymi lampkami wygląda jeszcze ładniej.

20161228_221036

Jedno jest pewne, powiesiłam wszystkie bańki jakie miałam, a mam ich całkiem sporo i powiem Wam, że zmieściła by się spokojnie na tym drzewku jeszcze połowa z tego co już wisi ;) Nie wiem co Wy tam wieszacie na swoich choinkach, bo u mnie są w zasadzie same bańki, czasem dodaję łańcuchy. Pokażę Wam kilka moich baniek, które lubię :)
20161228_221143Do tej czuję największy sentyment ponieważ 16 lat temu mój syn własnoręcznie jako 4 latek ozdobił tą bombkę, gdy z innymi przedszkolakami był na wycieczce w fabryce baniek. Na tą bańkę uważam szczególnie i nawet nie chcę myśleć co by było, gdyby się rozbiła. Jestem bardzo sentymentalna, aż czasem się złoszczę o to na siebie.
20161228_221333Myślę, że tej postaci nie muszę nikomu przedstawiać :) Myszka Mimi miała jeszcze do pary Mikiego, ale niestety się rozbił :(  Ta bańka ma 20 lat, archiwalny wiek. Dostał ją mój syn od swoich pradziadków, nie miał wtedy jeszcze roku :) I tak ostała się z nami Myszka Mimi.
20161228_221231 Tą bombkę i tą pod spodem zrobiła wraz ze swoją mamą dziewczyna mojego syna :)
Zdolne kobiety ;)
20161228_221603Tą dostałam w tym roku, a ta powyżej w zeszłym :)
20161228_221455Ta też jest bardzo ładna mimo, że jest mniejsza niż te, które wam tu pokazałam i również ręcznie robiona. Dostałam ją od swojej kosmetyczki z życzeniami. Mają ludziska zdolności manualne i kreatywne, ja bym za pewne nie miała tyle cierpliwości ;)

Mam nadzieję, że spodobały się Wam moje dzisiejsze bohaterki wpisu, ciekawa jestem, czy Wy też macie jakieś takie swoje ulubione ozdoby, które w jakiś sposób coś Wam przypominają?

GWIAZDKOWA NIESPODZIANKA …. 
Wielu z Was zapewne robi sobie gwiazdkę, bo to całkiem miły zwyczaj jest. My też od jakiegoś czasu obchodzimy tą tradycję, ale nie mamy tak łatwo, bo jest nas aż 9 osób do obdarowania i każdy kupuje każdemu, więc mówiąc szczerze budżet świąteczny jest mocno nadszarpnięty :)
Musimy nad tym pomyśleć, może jakieś losowanie sobie zrobimy, ale to już za rok.

Wracając do tematu chciałam Wam przedstawić pewną gwiazdkową wpadkę i jednocześnie pochwalić się efektem końcowym :) Otóż kilka dni przed Wigilią mąż coś tam dłubał w garażu i jak zwykle telefon zostawił w kuchni, a ja też byłam czymś tam zajęta. Po chwili zadzwoniła męża komórka, ale zanim zdążyłam odebrać ktoś się rozłączył. Chciałam sprawdzić kto to był, żeby oddzwonić, czy przypadkiem nie jest to coś ważnego i natknęłam się na sms, który akurat przyszedł. Było tam napisane, „Tu firma taka i taka, bransoletka, którą pan zamówił jest już gotowa, proszę się po nią zgłosić na stoisko.” No powiem Wam, że micha mi się ucieszyła, ale też i zrobiło mi się poniekąd przykro, że odkryłam swoją niespodziankę. Jako, że nie umiem udawać przyznałam się mężowi, do smsowej wpadki ;) Na to mój małżon powiedział ” o cholera, a mówiłem babie, żeby nie pisała sms, bo pewnie żona przeczyta, no i przeczytałaś”. Do tego oczywiście dodał szczyptę złośliwości, coś w rodzaju, że teraz powie owej pani iż ta bransoletka nie była dla żony i musi zamówić drugą  ;)  No powiem Wam, że gdybym go nie znała to być może bym się stała podejrzliwa, ale o to mogę być spokojna :) A wracając jeszcze do tej nieszczęsnej komórki, to okazało się, że dzwoniła moja siostra by zapytać, czy mamy pożyczyć stojak na choinkę.

Mój mąż ma pecha do niespodzianek, z reguły zawsze się z czymś wsypie, jednak chyba my kobiety mamy w sobie więcej sprytu i pomysłowości  :)
Nie mogłam się doczekać Wigilii, bo byłam bardzo ciekawa co ten mój małżon wymyślił, a powiem Wam, że się postarał, byłam pod wielkim wrażeniem, gdy otworzyłam prezent, aż oczy mi się zaświeciły ze szczęścia.

20161228_122430 Nasz słonik posłużył mi za stojak, by w pełni wyeksponować moje cudeńko :) Okazało się, że owa bransoletka była dodatkiem do kolczyków i łańcuszka. Ja to taka typowa sroka jestem im bardziej się błyszczy tym bardziej mi się oczy cieszą :) Przyznam szczerze, że te kamyczki Swarovskiego robią wrażenie. No to patrzajcie i zazdraszczajcie ;) Ach i tudzież typowe babsko ze mnie wylazło :D

Czasem niestety zdarzają się prezenty nietrafione, trzeba kogoś dobrze znać, jego gust, zainteresowania by kupować prezenty niespodzianki. My się znamy, ale piszemy ogólny list do Dziadka Mroza co byśmy chcieli, by pomimo wszystko było jak najmniej rozczarowań. Na szczęście wiele sklepów ma teraz opcję zamiany lub oddania czegoś aż do miesiąca czasu, więc można potem spokojnie samemu naprawić błąd gwiazdki, tak jak to zrobił mój syn z koszulą, która jednak była za duża i niekoniecznie w jego guście ;)

Takim na czasie i fajnym pomysłem są też karnety do SPA lub kosmetyczki, czy karty podarunkowe do różnych sklepów, przypuszczam, że wtedy osoba obdarowana na pewno będzie zadowolona bo wybierze sobie to co lubi :)

I moi kochani to już koniec tych opowieści, mam nadzieję, że nie zanudziłam Was bardzo i każdy dobrnął do końca.  Ciekawa jestem jak Wy obchodzicie gwiazdkę, może macie swoje sposoby bądź pomysły? Jeśli tak, to podzielcie się z nami, chętnie dowiem się jak sobie radzicie :)

W związku z tym, że Sylwester i Nowy Rok tuż, tuż, chciałam Wam moi mili życzyć: szampańskiej zabawy aż do rana w doborowym i wesołym towarzystwie.
Niech ten Nowy 2017 Rok obsypie Was zdrowiem, szczęściem oraz dużą ilością miłości i życzliwości ze strony otaczających Was ludzi. Niech spełnią się wszystkie Wasze marzenia, te malutkie i te wielkie, a także ważne życiowe plany. Życzę Wam też moi mili samych sukcesów w życiu zawodowym i prywatnym, a przede wszystkim, by wszelkie zmartwienia i troski omijały Was szerokim łukiem :)  DO SIEGO ROKU !!!

A tu jeszcze ode mnie dla Was takie filmowo muzyczne życzenia :)


Czym tak na prawdę są Święta?

Otóż w niedzielę odwiedziła mnie kuzynka i tak rozmawiałyśmy na różne tematy, między innymi na temat wiary, relacji Pan Bóg, a Kościół. I w pewnym momencie kuzynka spytała: „a jak myślisz, ilu ludzi obchodzi Święta dlatego, że wierzą w to co się kiedyś wydarzyło, a dla ilu jest to tylko zwykła tradycja, którą stosują co roku z automatu?”

Hmm … niby wydawałoby się, że to banalne pytanie, ale tak na prawdę nigdy nie wgłębiałam się w ten temat. Jak pisałam już kilkukrotnie jestem osobą bardzo wierzącą, więc nie mam większego problemu z odpowiedzią. Oczywiście wierzę w Świętą Rodzinę w małego Jezuska, który w tą wyjątkową noc przyszedł na Świat w ubogiej stajence. W tym takim prawdziwym i głębokim przekonaniu, który jest pamiątką tegoż wydarzenia, zostałam wychowana. Odkąd pamiętam zawsze w moim domu były obchodzone Święta Bożego Narodzenia, była choinka, prezenty, wieczerza wigilijna, łamanie się opłatkiem, wspólne wyjście na pasterkę :)
Potem, gdy założyłam już swoją rodzinę, ta właśnie tradycja podąża z nami aż do dziś.

Są natomiast takie osoby, że dla nich Święta Bożego Narodzenia to wypad w ciepłe kraje daleko od najbliższych, to drogie prezenty, to piękne stroje, bogato ozdobione domy i suto zastawione stoły, a wszystko to jest na pokaz, by inni podziwiali, zazdrościli.
W ich życiu, w ich sercach nie ma miejsca dla zbłąkanego wędrowca, dla maleńkiego Jezuska. Przepych, bogactwo niestety zasłaniają najważniejsze wartości życiowe. Może ktoś z Was słyszał o takiej „wigilijnej opowieści” i o pewnym chciwym bogaczu, który był bardzo samotny i w noc wigilijną został przeprowadzony przez duchy ku swojej przeszłości i przyszłości. Zrozumiał wtedy jakie błędy popełnił, zobaczył jakim okrutnym był człowiekiem. Dzięki temu postanowił się zmienić i naprawić zło wyrządzone innym. Bardzo piękna opowieść, polecam, kto jeszcze jej nie oglądał. Są różne wersje filmowe jak i bajkowe, ale wszystkie mają jeden przekaz i morał.

Święta to tradycja, ale nie można w tym wszystkim zapomnieć skąd się wzięła, na jaką pamiątkę się ją obchodzi. Tu nie chodzi tylko o wartości materialne względem ciała, ale też trzeba pamiętać o duszy, o zadumie, refleksji, czy jesteśmy tak na prawdę w porządku względem innych,  tych najbliższych, a zwłaszcza  siebie. Czego oczekujemy od życia od bliźniego.
Święta współczesne to przede wszystkim wielka komercja, sklepy, media, reklamy już praktycznie od początku listopada huczą o przecenach, promocjach, prezentach gwiazdkowych. Jedna firma przed drugą chcą jak najlepiej wypaść w oczach potencjalnego klienta.
Pamiętam jak byłam dzieckiem, nie mogłam się wtedy doczekać Świąt Bożego Narodzenia, czas mi się dłużył, nie tak jak teraz, nie dociera do mnie, że to już za dwa dni Wigilia. Przed samiutkimi Świętami robiło się zakupy, mama piekła ciasta i szykowała wieczerzę, przyjeżdżało kuzynostwo i było wesoło. Kupowało się też wtedy pomarańcze, a ich zapach pamiętam do dziś. Teraz sklepy pękają w szwach od tych wszystkich gotowych wyrobów, nie ma problemu z kupieniem czegokolwiek. Prezenty wszelakie można zrobić, to nie tak jak dawniej trzeba było polować na cokolwiek. To były ciężkie czasy, ale wydaje mi się, że bardziej spokojniejsze. Ta dzisiejsza nerwówka, pośpiech, zawiść i zazdrość zabija w człowieku to magiczne wyjątkowe przeżywanie świąteczne.

A Wy co o tym wszystkim myślicie? Chętnie przeczytam o Waszych spostrzeżeniach i opiniach.

Podobny obraz

A na koniec chciałam wszystkim złożyć serdeczne życzenia  :)

Moi kochani, chciałam Wam życzyć z całego serca zdrowych, spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, by maleńki Jezusek Wam błogosławił zawsze i wszędzie.
Życzę Wam też pachnącej choinki (moja taka właśnie jest :) ), smacznej wieczerzy i udanych prezentów.

Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

Nasze Narodowe znalezisko :)

Był 11 listopad Narodowe Święto Niepodległości, po obiedzie wybraliśmy się na cmentarz, by posprzątać na grobach bliskich po Święcie Zmarłych. Wchodząc na cmentarz zwróciliśmy uwagę na goniącego luzem Owczarka Niemieckiego, był piękny, zadbany. Zaczęłam się rozglądać za kimś ze smyczą w ręku, kto mógłby być jego właścicielem. Nikogo takiego nie dostrzegliśmy. Szła jedynie jakaś starsza para, którą mąż zapytał, czy to nie jest przypadkiem ich pies. Okazało się, że niestety nie. Wówczas podeszliśmy do niego. Powiedziałam więc do małżona: myślę, że ten wilczur się zgubił, bo jest zbyt czysty i zadbany, nie wygląda na porzuconego i ma na szyi obrożę z breloczkiem, zobacz może jest tam jakiś numer telefonu. Mąż chwycił go za tą obrożę, by nam nie uciekł. Spojrzał na breloczek, na którym na szczęście był numer, dodatkowo z imieniem psa. Małżon zadzwonił do właściciela i powiedział: mamy państwa psa Aresa. Kobieta odpowiedziała: gdzie on znowu zawędrował?  Wywnioskowaliśmy wtedy, iż najprawdopodobniej miał już jakąś ucieczkę za sobą. Odpowiedzieliśmy, że będziemy z nim czekać przy cmentarzu w Skawinie,  Powiedziała, że jej mąż zaraz po niego przyjedzie takim i takim samochodem. Była zdziwiona, że pies znalazł się tak daleko od domu, bo okazało się, że przeszedł jakieś 6 kilometrów. Małżon dumnie spacerował z Aresem, bo psiak nie mógł ustać w miejscu. Obaj panowie prezentowali się całkiem fajnie :)

20161111_143100
Wszyscy się oglądali i mówili, że ładny pies, ale się go bali, bo wiadomo duży i wygląda groźnie. Ktoś nawet spytał małżona, czy on gryzie, ale mąż odpowiedział, że nie wie, bo to nie jego pies, wówczas pytający odszedł ze zdziwioną miną nie drążąc tematu ;) Powiem Wam, że ogólnie boję się psów, szczególnie tych wielkich, ale jakoś ten miał taką kochaną mordkę, że podeszliśmy do niego bez żadnych oporów, ja nawet zaczęłam go głaskać :) Był taki pogodny i przyjaźnie nastawiony.
Po około pół godzinie przyjechał właściciel owczarka, bardzo nam podziękował za zainteresowanie się nim i chwilową opiekę. Powiedziałam facetowi żeby pilnował psa. Oboje z mężem bardzo się ucieszyliśmy, że ta historia dobrze się skończyła.

20161111_142619

Nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby potrącił go jakiś samochód lub gdyby złapał go ktoś i zrobił mu krzywdę. Ludzie potrafią być okrutni zwłaszcza w stosunku do zwierząt. Mogłoby być też tak, że ktoś by sobie go przywłaszczył i nie oddał właścicielom. A ja wiedziałam, że gdzieś jest ktoś, kto za nim tęskni i się o niego martwi.
Odczuwam jednak taki wewnętrzny niepokój, że gdyby przypadkiem Ares znów uciekł, to może już nie mieć takiego szczęścia jak wtedy w piątkowe popołudnie kiedy go znaleźliśmy. Tak na prawdę nikt się nim nie zainteresował, nikt nie zwracał na niego uwagi, ludzie przechodzili obok niego obojętnie :(

Z tego miejsca chciałam zaapelować do właścicieli psów, by lepiej ich pilnowali, by uważali na swoich pupili. Żeby postarali się wyeliminować wszelkie możliwości ucieczki, a przede wszystkim, by zaopatrzyli je w obróżkę lub breloczek z numerem telefonu, zwiększą się tym samym szanse na odnalezienie swojego psa, co właśnie miało miejsce w naszym przypadku :)
Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i oczywiście Sylwester, który wiąże się z wystrzeliwaniem petard i fajerwerków, pomyślcie proszę o tym, że większość psów boi się tego huku. Zapewnijcie im w tym okresie bezpieczne schronienie, zamknijcie w domu, może nawet będzie trzeba zaopatrzyć się u weterynarza w jakieś środki uspokajające, by podać swojemu zwierzakowi. W tym okresie właśnie ma miejsce dużo zaginięć psów, które w wielkim stresie mogą wyrządzić sobie lub komuś, nieświadomie krzywdę.

Chciałam też zaapelować do wszystkich. Jeśli zauważycie jakiegoś psa, zwłaszcza w miejscach, w których z reguły one nie przebywają (w naszym przypadku był to cmentarz)  to zaobserwujcie proszę, czy jest gdzieś w pobliżu jego pan/pani i jeśli nikogo takiego nie będzie, to zobaczcie, może psiak ma gdzieś ukryty numer telefonu do właściciela. Jeśli jednak nic takiego nie znajdziecie, to zawiadomcie pobliską placówkę  weterynaryjną bądź schronisko lub ewentualnie Straż Miejską.