Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 2

Święta, święta i po świętach. Czas przelatuje nam między palcami szybko i nieubłaganie.
A ja znów siedzę i pisząc wspominam ten ostatni feralny pobyt nad morzem.

Pierwszą część już mam za sobą, a jeżeli ktoś nie czytał to zachęcam … odcinek I

A teraz ZAPRASZAM na odcinek 2 …

Brzuch cały czas mnie bolał, przez co droga strasznie mi się dłużyła. Panowie z karetki transportowej jechali co prawda na skróty, ale i tak trwało to około godziny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Na szczęście na SORze było mało ludzi, więc szybko zostałam przyjęta, lecz niestety wakacje, czas urlopowy przyczynił się do zbyt małej liczby  personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy. Wyobraźcie sobie, że w tym dniu przypadał jeden chirurg na SOR, oddział i blok operacyjny. Jak dla mnie totalna porażka. Przyjęli mnie bardzo sympatyczni ratownicy, którzy cały czas się mną zajmowali i nawet pozwolili mężowi siedzieć przy mnie. Mój stan ciągle się pogarszał, więc ratownicy próbowali usilnie skontaktować się z lekarzem, który cały czas operował. Jednak, gdy po zmierzeniu ciśnienia okazało się, że spadło do 70/40 (a idealne jest 120/80) i saturacja do 70% zaczęli działać na własna rękę. Podłączyli mi płyny w kroplówce i podali mocniejsze przeciwbólowe, mówiąc, że nie mogą już dłużej czekać, bo mój stan zagraża życiu. Na szczęście po jakimś czasie funkcje życiowe zaczęły się poprawiać.

Na lekarza czekałam 6 godzin. Przez chwilę udało mi się zasnąć. Po przebudzeniu zauważyłam, że ratownicy się zmienili. Byli bardzo nieuprzejmi, wygonili męża, a jak próbowałam ich prosić, by go zawołali, bo lepiej się czuję jak jest przy mnie, to się wydarli, że nie wolno mu tu przebywać. Zapewne tak jest, ale dlaczego tamci poprzednicy potrafili być tacy ludzcy, pomóc, powiedzieć coś miłego, a Ci jak takie chamidła z mordą do cierpiącej osoby.
W między czasie przywieźli jakiegoś pijaka, który się przewrócił i miał rozbite czoło. Położyli go obok mnie nie oddzielając nas żadnym parawanem. Gościu wydziwiał niesamowicie. Starałam się cały czas odwracać głowę i zatykać nos, bo strasznie od niego śmierdziało. Rozebrał się do naga i potem się ubierał na nowo. W związku z tym, że nie trzymał moczu założyli mu pampersa, którego zdjął, przy czym odwrócił się do mnie dupskiem i zesikał się na swoje łóżko :(  Myślałam, że zwymiotuję. Poprosiłam niemiłych ratowników by mnie przewieźli dalej od tego gościa i postawili parawan. Na szczęście tak zrobili. Wiecie co, ja wszystko rozumiem, że pijak to też człowiek, ale dlaczego nie trzymają ich osobno od innych poważnie chorych? Przecież nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i czy coś nie zrobi drugiej osobie, a poza tym nie jest przyjemnie znosić jego żenujące pijackie zachowanie i wąchać jego smrody. Według mnie SOR powinien mieć taką szpitalną izbę wytrzeźwień i tam tacy delikwenci powinni być trzymani.

W oczekiwaniu na chirurga przywieźli helikopterem młodego chłopaka, który był w ciężkim stanie po wypadku na motorze. Zlecieli się anestezjolodzy i lekarze z innych oddziałów, by go reanimować. Nie wiem co się z nim stało, bo zaraz zabrali go na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej).
Wreszcie pokazał się chirurg. Zlecił mi USG brzucha. Po badaniu powiedział, że najprawdopodobniej jest to wyrostek. Oczywiście ja i mój mąż nie zgadzaliśmy się z diagnozą. Przedstawiliśmy lekarzowi historię sprzed roku, którą opisywałam wcześniej ( KLIK w kilku częściach, oraz karty informacyjne z poprzedniego pobytu w szpitalu dotyczące właśnie tych moich boleści brzucha. Oczywiście nie docierało do lekarza to co mówiliśmy. Powiedział krótko, że konieczna jest operacja wycięcia wyrostka i daje nam chwilę na zastanowienie się. Po chwili przyszedł niefajny ratownik i z szyderczym uśmiechem powiedział do nas: „o widzę, że pacjent chce być mądrzejszy od lekarza”.
Odpowiedziałam: - Żeby pan wiedział. Od dziecka choruję i wiem o sobie i moich chorobach więcej niż lekarze, mało tego znam swój organizm na wylot.
Ratownik zrobił głupia minę i poszedł sobie. Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, bo czułam, że to nie jest wyrostek. Po rozmowie z mężem zdecydowałam się jednak na zabieg, bo chciałam żeby przestało boleć, bo miałam nadzieję, że jak mnie otworzą, to wszystko się wyjaśni i mi pomogą.

Po chwili zawieziono mnie na oddział i tam zaczęto przygotowywać do zabiegu. Pielęgniarki były bardzo sympatyczne i pomocne. Zaczęłam z nimi rozmawiać i jedna taka wesoła powiedziała mi, że jak mnie na początku zobaczyła, to pomyślała, że jestem murzynem i zaczęła się zastanawiać, jak ona się ze mną dogada    :)
Pewnie Was to zdziwiło dlaczego ona tak pomyślała? Otóż moja bujna i kręta szopa na głowie, plus mocna opalenizna, widoczna wieczorową porą, oznaczała jedno, MURZYN   :)
Sytuacja szybko się wyjaśniła, gdy spojrzały w moje dokumenty, okazało się, że to tylko JA.
Mąż był bardzo zmęczony od 5:30 cały czas na nogach i w pełnej gotowości. Zdenerwowany, głodny bez dachu nad głową. Poprosił ową wesołą pielęgniarkę podając swój numer telefonu, żeby dała mu znać jak będę już po zabiegu, bo on musi iść znaleźć sobie jakiś nocleg, bo jest bardzo późno, a były to godziny nocne. Pielęgniarka zgodziła się bez problemu. Po około 30 minutach zabrały mnie na blok operacyjny. P. odprowadził mnie pod same drzwi i pożegnał się słowami: „Nie martw się wszystko będzie dobrze, na pewno się uda i już nie będziesz cierpiała. Kocham Cię i po zabiegu się zobaczymy”.
Niestety nie udało się i nic nie było dobrze. Nie byłam świadoma tego, że moje cierpienie dopiero się zacznie.

Ostatniego dnia, tych pamiętnych wakacji…

Tak na marginesie chciałam Was poinformować, że zabieg miał być 8 marca, ale z powodu grypy jaka mnie dopadła, został przełożony i odbędzie się już po Świętach Wielkanocnych. W dalszym ciągu przyjmuję od Was wszelaką dobrą energię, która umacnia mnie coraz bardziej w przekonaniu, że wszystko na pewno się uda :)
Tym wpisem rozpocznę moją historię, o tym co mnie spotkało nad morzem, byście mogli lepiej zrozumieć mnie, mój strach i obawy, co dalej ze mną będzie …
Dobrze kojarzycie, tytuł postu jest zdaniem wyrwanym z piosenki pt. „Agnieszka”  zespołu Łzy.
Ciężko jest mi o tym pisać przywołując tym samym przykre wspomnienia, ale pomimo wszystko, chcę wyrzucić to z siebie, dając Wam świadectwo tego, że moje życie to CUD, do którego przyczyniło się wiele życzliwych mi osób: znajomi, bliscy i przede wszystkim Wy moi kochani czytelnicy. Przesyłaliście mi swoją dobrą energię, modlitwę, swoich Aniołów Stróży.

Bóg wszystkich wysłuchał i pomimo cierpienia jakie przeszłam (wierzcie mi ciężko to  opisać słowami) ocalałam, jestem i żyję :)

ZAPRASZAM na odcinek I

DSC03572

Piękny Bałtyk, jedyny w swoim rodzaju, który kocham bezgranicznie  :)

Nasz dwutygodniowy urlop dobiegał końca. Dzień przed wyjazdem do domu planowaliśmy, jak spędzimy ten ostatni dzień  wspaniałego pobytu nad morzem. Zamówiliśmy smaczną wędzoną rybkę, którą nazajutrz mieliśmy wziąć ze sobą w naszą podróż do domu, by rodzinka mogła pokosztować nadmorskich specjałów :) Polecam pysznego wędzonego Łososia bałtyckiego, dużo lepszy od norweskiego i oczywiście fląderkę też wędzoną, PYSZOTA :)
Mąż miał jeszcze iść na koniec sobie poserfować, bo jak za pewne wiecie, Półwysep Helski i Chałupy słyną z szusowania na desce, a ja miałam w tym czasie pakować ten nasz majdan. Cieszyliśmy się, że wracamy do domu, tacy wypoczęci, opaleni, wyciszeni i pełni gotowości do dalszego życia. Powrót był zaplanowany na środę w godzinach nocnych. W niedzielę czekała nas ważna uroczystość rodzinna, a mianowicie chrzest mojej siostrzenicy, której chrzestnym miał być mój syn :)
Niestety, jak to w życiu bywa, nie zawsze jest sielankowo.

DSC03628

Zatoka Pucka, która jest mekką dla windsurferów i kitesurferów  :)

Otóż w środę nad ranem coś około 5:00 obudziły mnie silne bóle brzucha, które narastały z każdą minutą. Zaniepokojona obudziłam męża, który widząc mnie zwijającą się, natychmiast skoczył na równe nogi.
Powiedział: – Aga, nie ma na co czekać, musimy wezwać karetkę, bo to są te same bóle, które miałaś w zeszłym roku.
Zgodziłam się bez wahania, było mi wszystko jedno, byleby przestało boleć. Mąż migiem poszedł do właścicielki, by uregulować wpłatę za nasz pobyt w jej slamsach. Inaczej się nie dało nazwać tej nory, w której wypoczywaliśmy. Staraliśmy się tam jak najmniej przebywać, dużo spacerowaliśmy.
Po zapłaceniu, P. zadzwonił na pogotowie. Powiedziano mu, że szybciej będzie, jak sam przywiezie mnie do nich. Bez zastanowienia, zaczął więc szybko wszystko wrzucać do walizek, pomógł mi się ubrać i już po półgodzinie siedzieliśmy w aucie gotowi do drogi.
Brzuch tak bardzo mnie bolał, że wrzeszcząc i kuląc się, chciałam jak najszybciej znaleźć się na miejscu :(  Po około pół godzinie wreszcie dotarliśmy. Mąż pobiegł po wózek i szybko zawiózł mnie na SOR, gdzie na szczęście od razu mnie przyjęli.
Po wejściu do gabinetu, o zgrozo, moim oczom ukazał się doktorek w sędziwym wieku, tak na moje oko około 80 lat, a u jego boku pielęgniarka, która większość badań i decyzji podejmowała za kompletnie nie kumatego lekarza. Po okazaniu mu moich kart informacyjnych z wcześniejszych pobytów w szpitalach, podsumował to jednym zdaniem: - Dziwię się, że taka schorowana osoba gdziekolwiek wyjeżdża, powinna pani siedzieć w domu. Mnie po prostu zatkało, lecz nie miałam siły tego komentować.
Po tej całej  bezsensownej rozmowie doktor i piguła zlecili mi kroplówkę z elektrolitami, by mnie nawodnić i Ketonal (mocny środek przeciwbólowy). Następnie zawieźli mnie do takiej obskurnej i ciasnej sali, gdzie ledwo zmieściły się trzy łózka. Leżały tam już dwie kobiety. Jedna starsza z problemami trawiennymi i druga młoda, która została przywieziona z utratą przytomności i zaburzeniami akcji serca.

Podłączono mi kroplówkę i lek przeciwbólowy, który powoli zaczął działać.
W między czasie do młodej kobiety (tak na oko 20 paroletniej) przyszli policjanci i zaczęli ją  wypytywać, czy przypadkiem nie wzięła jakichś narkotyków. Dziewczyna wspomniała, że sama nic nie brała, ale, że była na imprezie z kumpelą i może ktoś jej coś dosypał do picia. No więc zlecono jej pobranie krwi na toksykologię. Wynik okazał się pozytywny, w jej organizmie znajdował się narkotyk, nie pamiętam dokładnie co to było, ale wnioskując po jej wyjaśnieniach, najprawdopodobniej była to Marycha. Na sali ponownie pojawili się policjanci i zaczęli już bardziej nachalnie maglować ową młoda damę. W końcu przyznała się, że na imprezie obie z koleżanką piły alkohol i paliły trawkę. Policjanci udzielili jej pouczenia i opuścili salę. Lekarz powiedział, że miała kupę szczęścia, że tak to się skończyło, że mogła nawet stracić życie. Jej organizm mocno się zbuntował po mieszance alkoholu i narkotyku, natomiast jej koleżance nic na szczęście się nie stało.
Słyszę czasem o młodzieży, która próbuje i eksperymentuje z tymi niebezpiecznymi substancjami nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji i niebezpiecznych konsekwencji.
Tłumaczą się, że to tylko raz, tak na wyluzowanie się, spróbowanie, że przecież Marihuana ma właściwości lecznicze. Pomijając pewną głośną sprawę o lekarzu, który podawał ten narkotyk dzieciom chorym (dla zainteresowanych, tutaj znajdziecie artykuł na ten temat KLIK ), jakoś nie mam do końca przekonania, by to był środek leczniczy. Aczkolwiek na pewno, nie w dużych ilościach, z niewiadomego pochodzenia i w połączeniu z alkoholem.
Przepraszam, że zboczyłam trochę z tematu, ale przy tej okazji musiałam też wspomnieć o tym wielkim problemie występującym wśród młodzieży, i nie tylko.
W swoim jak mniemam kilkuodcinkowym opowiadaniu oprócz problemu zdrowotnego,  będę też analizować inne ważne  sytuacje, które mają wpływ na nasze życie.

Dla tych co słyszeli i nie słyszeli, POSŁUCHAJCIE …


Wracając jednak do głównego tematu, po podaniu leków moje dolegliwości bólowe trochę się wyciszyły, jednak nie na długo. W związku z tym, że nadal nie było wiadomo co mi jest, zlecono kolejne badania. Wyobraźcie sobie, że ten budynek był na tyle stary, że nie było w nim windy, więc by dostarczyć mnie na konsultację ginekologiczną bądź na RTG klatki piersiowej, dwóch osiłków woziło mnie na takim stołku z kółkami. Pech chciał, że gabinet ginekologiczny był piętro niżej od SORu, a RTG piętro wyżej niż SOR. To była jakaś masakra, tak mnie wytyrpali i wytrzepali na tych schodach, że boleści brzucha wróciły na nowo i to z podwójną siłą. Wrzeszcząca i wyjąca z bólu dotarłam z powrotem na poczekalnię tzw. SORu. Wszyscy na mnie patrzyli wzrokiem bazyliszka :( Myśląc pewnie, co to za baba, musi być jakaś nienormalna, że się tak wydziera.
Z gabinetu lekarza wyszła pielęgniarka i spytała dlaczego tak krzyczę, odparłam, że brzuch znów mnie strasznie zaczął boleć. Mąż wspomniał, że to na pewno po tych wstrząsach, podczas wożenia mnie po schodach tam i z powrotem. Oburzona Piguła powiedziała, że więcej przeciwbólowych mi nie może podać i poszła sobie. Lekarz dziadzio przeglądnął wyniki i stwierdził, że on kompletnie nie wie co mi się dzieje i proponuje przewiezienie mnie na SOR przyszpitalny. Zgodziliśmy się oczywiście , ale  musieliśmy poczekać na karetkę, która po dłuższej chwili zabrała mnie do Wejherowa.  Znajdował się tam bowiem duży szpital z Oddziałem Ratunkowym. Pojechałam więc w kolejną podróż z nadzieją, że wreszcie ktoś ulży mojemu cierpieniu :(

Kolejna część historii – W szpitalnej celi.

Dla przypomnienia przedstawiam Wam części, które się już ukazały:

1. Potyczki ze służbą zdrowia.   
2. 
Ciąg Dalszy „Potyczek ze Służbą zdrowia”.
3. Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.
4. Co się działo w szpitalnej celi.
5. Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy.
6. I co się działo w szpitalnej celi? – kontynuacja.  

CZĘŚĆ VII …

Jak wspominałam już kiedyś w części IV oprócz problemów z brzuchem spokoju nie dawało mi jeszcze zapalenie krtani, które wywoływało napady suchego i męczącego kaszlu. Robiono mi wtedy nebulizacje dwa razy dziennie, które łagodziły dolegliwości.
Moje łóżko znajdowało się w takim kąciku co utrudniało podłączenie mi inhalacji. Trzeba było na nim klęknąć i sięgnąć wysoko by dostać się do tegoż aparaciku.

Owego piątego dnia przyszedł czas na inhalację w związku z tym pojawiła się przy mnie pielęgniarka, która jakiś czas temu mi podpadła (a czym to opiszę kiedy indziej). Wstałam z łóżka i przesunęłam się tak, żeby miała lepsze dojście i żeby nie uszkodzić drenu. No i wyszła podłączyła i schodząc z impetem stanęła na drenie. Syknęłam bo zabolało mnie jak cholera i rozpłakałam się, a piguła zamiast jakoś po ludzku do mnie to jeszcze się uniosła, że stanęłam ze złej strony i to moja wina, że mi na ten dren nadepnęła. Inne siostry nie miały problemu i zawsze uważały, a ona była bardzo roztrzepana. Powiedziałam lekarzowi co się stało i odesłano mnie na ponowną konsultację chirurgiczną. Wszyscy myśleli, że sama sobie to wydarłam ale gdy wyjaśniłam jak to wszystko wyglądało to lekarze byli mocno zdziwieni bo pielęgniarka nikomu się nie przyznała co się stało.
Na konsultacji miałam szczęście bo był akurat ten życzliwy doktor, którego w poprzednich częściach nazywałam Aniołem Stróżem. Powiedział, że dren niestety w całości został wyrwany i musi go po prostu usunąć. Wyobraźcie sobie, że macie głęboko do środka brzucha założoną dość dużą rurkę i dodatkowo chwyconą do skóry kilkoma szwami by lepiej się trzymała. Teraz ktoś z całą siłą na nią przydeptuje i wyrywa ją. Powiem Wam, że myślałam iż oczy mi z orbit wyjdą.  Dobrze, że dren nic po drodze nie uszkodził bo wtedy bym miała bardzo poważny problem.
Na oddział wróciłam już bez towarzysza worka. Teraz pojawiło się pytanie co dalej. Brzuch po tym całym incydencie zaczął mnie bardziej boleć. Wyniki były w sumie całkiem dobre. Zrobiono mi kontrolną Tomografię Komputerową i odesłano jeszcze raz do chirurgów na ostateczne wydanie decyzji. Wynik TK wykazał znaczną poprawę. Ropnie się wchłonęły, a na ich miejscu pozostały stany zapalne. Wyniki z krwi też były całkiem przyzwoite. Doktor Anioł powiedział, że w zasadzie mogę iść do domu ale muszę uważać na siebie i się obserwować bo nie wiadomo jak organizm zareaguje na leki doustne ponieważ w szpitalu cały czas antybiotyki brałam dożylnie. Dostałam wytyczne, że gdy cokolwiek zacznie się dziać czyli gorączka lub ból brzucha to mam się udać na SOR.

Lekarze prowadzący wypisywali mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach jakby szydzili z mojej podjętej decyzji ich zdaniem całkiem nieodpowiedzialnej i dawali mi do zrozumienia żebym się tak nie cieszyła bo to na pewno jeszcze nie koniec.
Powiem Wam, że z jednej strony moja radość była wielka znaleźć się po miesiącu pobytu w szpitalu wreszcie w  domu ale jednak z drugiej strony bałam się jak to wszystko dalej się potoczy. W zasadzie miałam w sobie taki mały gejzer, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Antybiotyki brałam w sumie przez dwa miesiące więc mój organizm był tak wyjałowiony jak gazik w aptece. Musiałam bardzo uważać żeby nie stykać się z osobami zainfekowanymi. I ta ciągła niepewność czy wszystko będzie dobrze.

Od tamtego czasu minęło prawie 10 miesięcy. W między czasie kilka razy pobolewał mnie brzuch więc robię sobie od razu badania krwi  i USG by sprawdzić czy nic złego się tam nie dzieje gdy wyniki są troszkę podniesione dostaję nieszczęsne antybiotyki i po dwóch tygodniach mi się to uspokaja. Podobno z USG wynika, że po tym mniejszym ropniu nie zostało ani śladu natomiast ten większy cały czas wykazuje pewne pozostałości po sobie. No cóż pozostaje mi wierzyć, że tą bitwę jaką toczyłam ze swoim organizmem wygrałam i wszystko co złe pozostało gdzieś daleko za mną.  


     

 

 

Potyczki ze służbą zdrowia.

CZĘŚĆ I …..

To był początek wakacji ubiegłego roku. Niespodziewanie zaczął boleć mnie dół brzucha. Jakoś się tym zbytnio nie przejęłam, zażyłam Nospę Forte i myślałam, że mi to przejdzie bo tak czasem się zdarzało. Nie tym razem. Nie dość, że ból nie ustępował to na dodatek się nasilał. Nazajutrz rano nadal się źle czułam więc poprosiłam męża żeby pojechał ze mną na SOR. Po około pół godzinie dotarliśmy na miejsce. Wyjaśniłam pani przyjmującej zgłoszenia co się dzieje i myśląc, że to problem ginekologiczny poprosiłam o konsultację ginekologiczną. Pani recepcjonistka zmierzyła mnie swoim wzrokiem niczym modliszka i powiedziała: „my tutaj nie mamy ginekologa, musi pani jechać gdzie indziej”. No ale  przecież do końca nie wiadomo co mi było może to nawet coś poważnego. Pani przy okienku zdecydowanie powinna mnie zarejestrować żeby przebadał mnie lekarz i zadecydował co dalej robić, a nie odsyłać w inne miejsce. Byłam jednak zbyt przejęta żeby racjonalnie myśleć.
Pojechaliśmy więc do Kliniki ginekologicznej na ostry dyżur. Brzuch chwilami coraz bardziej bolał i miałam nadzieję, że mój problem wyjaśni się lada moment. No cóż po dokładnym przebadaniu pan doktor poinformował mnie że ginekologicznie jest wszystko w porządku i muszę udać się na pobliski SOR. Niby z jednej strony mi ulżyło, że jest dobrze ale myśl iż ciągle nie wiadomo co się dzieje coraz bardziej mnie martwiła.
Na szczęście Oddział Ratunkowy był dość blisko i za 10 minut byliśmy na miejscu. Zarejestrowałam się, dostałam opaskę na rękę z moim numerem pesel i kazano mi czekać. Były raptem tylko 2 może 3 osoby więc powiedziałam do męża: „o jak dobrze, że tak mało osób jest bo powinnam zostać szybko przyjęta”. Nie wzywaliśmy karetki bo myśleliśmy, że będzie szybciej jak pojedziemy sami. To był nasz błąd ale nie wiedzieliśmy jak to wszystko wygląda. Po chwili zaczęły zjeżdżać się karetki z chorymi, a ja nadal siedziałam. I co z tego, że obowiązują tam kolory ze stopniem zagrożenia jak tego nikt nie przestrzega. Po dwóch godzinach wreszcie mnie zawołano po to żeby zmierzyć mi gorączkę, cukier na glukometrze i ciśnienie. Oczywiście personel na Oddziale Ratunkowym kompletnie nie wiedział jak się zabrać do pomiaru cukru i jak się obsługuje glukometr. (To urządzenie, do którego wkłada się paseczek i nanosi kropelkę krwi w celu zbadania czy cukier we krwi nie jest przypadkiem za niski lub za wysoki.) Zrobiłam oczywiście personelowi medycznemu szybki kurs prawidłowego badania poziomu cukru :) Pan doktor najwyraźniej się nudził bo cały czas na internecie usilnie szukał jakichś wczasów dla siebie. Jednym słowem, myślami był już gdzie indziej. Kolejka w poczekalni nadal rosła. Zapytałam pielęgniarki: „co mam robić bo coraz gorzej się czuję i powinnam wziąć insulinę, a mam niski cukier i od rana nic nie jadłam i nic nie piłam, a jest już 15:00″. Po tych rutynowych badaniach kazano mi poczekać na korytarzu, że niby doktorek jak przeglądnie wszystkie oferty wczasów to się mną zajmie. I tak siedzę godzinę i czuję jak zaczyna mi się robić słabo i rośnie mi temperatura, a brzuch coraz bardziej boli. Nadal nic nie jadłam i nie piłam bo mi zakazano na wypadek gdyby jakiś zabieg trzeba było robić. Wysłałam męża żeby się przypomniał w moim imieniu. Odesłali go z kwitkiem i kazali czekać. ludzie przewijali się masowo. Przyszła pani ze stłuczonym palcem od nogi i zaraz została załatwiona i tak jeszcze kilka osób, a ja nadal siedzę. Po pół godziny na wpół przytomna poszłam sama się przypomnieć. Nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi i nie przejął się moim pogarszającym stanem zdrowia. Minęło kolejne 30 minut i już nie wytrzymałam po 4 godzinach oczekiwania wykrzyczałam wszystkim co o nich myślę: „to jest umieralnia ludzi i jak mi się coś stanie to odpowiecie za to”. Razem z mężem wyszliśmy stamtąd bardzo zdenerwowani i bezradni.
Pojechaliśmy na ten SOR, na którym byliśmy za pierwszym razem. Pani z modliszkowatym spojrzeniem zapytała o co chodzi. Byłam zdenerwowana na maksa i do tego bardzo się bałam bo strasznie źle się czułam. Mąż w między czasie szukał miejsca na parkingu, a to graniczyło z cudem. Pokrótce przedstawiłam jak wygląda sytuacja i z płaczem taka na wpółprzytomna  z gorączki, głodu, pragnienia i bólu prosiłam żeby mnie przyjęto. „Modliszka” okazała się bezdusznym i nielitościwym człowiekiem. Najpierw nakrzyczała na mnie, że nie wolno tak sobie opuszczać Oddziału Ratunkowego bez zgody lekarza, że przepisy zabraniają mnie przyjąć na ich SOR. Zapytałam krótko czy odmawia mi przyjęcia i udzielenia pomocy (gdyby potwierdziła to poprosiłabym o to na piśmie) ale ona chyba domyśliła się co chcę zrobić. Ze swoim szyderczym i złośliwym uśmiechem powiedziała: „zarejestruję panią bo muszę ale poczeka sobie pani z 8 godzin”. To mnie rozbroiło na Amen. Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, łzy strumyczkiem płynęły mi po policzkach. Powiedziałam tylko, że jak wyzdrowieję to jeszcze tu wrócę. Trzymając się ściany wyszłam na zewnątrz gdzie prawie nadszedł mój mąż zdziwiony co się stało. Z braku siły wyszeptałam: „zawieź mnie gdzie indziej” i pojechaliśmy dalej.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ …….