Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

I co się działo dalej w szpitalnej celi? – kontynuacja

CZĘŚĆ VI ….

Po 3 dniach pojechałam swoją ratunkową karocą na wycieczkę do chirurgów. W worku na dnie pojawiło się niewiele płynu surowiczego więc został usunięty. Mój Anioł Stróż (Pamiętacie? Wspominałam o nim  TUTAJ) wyjaśnił mi, że nie pokazała się w drenie ropa, której wszyscy tak się spodziewaliśmy bo albo GO tam nie było i to był tylko stan zapalny lub w trakcie wkłuwania się mógł trafić obok NIEGO.
Gorączka ustąpiła ale wyniki badań pomimo 3 tygodniowego leczenia nie poprawiały się jakoś zawrotnie. Po usunięciu drenu wróciłam na oddział. W między czasie moje sąsiadki z sali zmieniały się dość często. Przychodziły i po kilku dniach odchodziły. Właśnie zbliżał się 3 tydzień mojego pobytu w szpitalu. Brzuch cały czas mnie pobolewał, a ja coraz bardziej tęskniłam za domem i coraz częściej płakałam, że nie chcę już dłużej siedzieć w tych murach gdy są wakacje, a za oknem słonko mocno przygrzewa.
Lekarze prowadzący byli rozdrażnieni swoją bezsilnością, moim uporem i brakiem rozwoju sytuacji.

Na drugi dzień znów pojechałam do chirurgów aby określili się konkretnie co dalej z tym fantem zrobić. Trafiłam tym razem na bardzo życzliwą panią doktor, która zawołała mojego Anioła i razem uradzili, że spróbują jeszcze raz założyć mi tym razem dwa dreny. Wyjaśnili mi jeszcze raz wszystko co mają zamiar zrobić i w jaki sposób. Pan doktor i Pani doktor świetnie ze sobą współpracowali i widać było, że mój problem nie jest im obcy. Czułam, że jestem w dobrych rękach. Wtedy doktor powiedział do mnie coś co na długo pozostanie w mej pamięci „jest pani bardzo rezolutną, odpowiedzialną, wrażliwą, a do tego schorowaną  osobą, widzę, że walczy pani dzielnie dlatego bardzo chce pani pomóc i zrobię wszystko co w mojej mocy żeby tym razem się udało”. Słysząc to wzruszyłam się i totalnie mnie zamurowało bo żaden lekarz do tej pory nic takiego mi nigdy nie powiedział, a wierzcie mi  przewinęło się ich w moim życiu dość sporo. Po tych słowach uspokoiłam się jeszcze bardziej i już nie miałam żadnych wątpliwości, że coś może się nie udać. Ryzyko przebicia jelita grubego oczywiście występowało nadal ale jakoś o tym zapomniałam. Przeżegnałam się i oczekiwałam na rozwój wydarzeń. Pani doktor znieczuliła mi zastrzykiem miejsce wkłucia drenów na brzuchu i pilotowała doktora, który w skupieniu zaczął zakładać pierwszy dren, a po krótkiej chwili powyżej założył drugi. Jakaż wielka była wspólna radość gdy w obu drenach pojawiła się upragniona ropa, którą doktor nabrał do strzykawki w celu wysłania do badania. Do drenów wystających z brzucha przykręcono mi oczywiście dwa worki, do których zaczęła spływać żółta i gęsta treść. Pomyślałam wtedy, że jest nadzieja iż wreszcie wszystko dobrze się skończy. Ratownicy z karetek mocno mnie dopingowali bo znali już mnie i mój problem :) Doktor z uśmiechem i ulgą w głosie powiedział, że tym razem udało się trafić w samo sedno. Wytłumaczył mi jak trzeba przepłukiwać dren i napisał wytyczne do lekarzy prowadzących. Na koniec zapytałam jeszcze jak długo te dreny mam mieć założone, mój Anioł Stróż odpowiedział, że im dłużej tym lepiej ale raczej tak do tygodnia. Podziękowałam serdecznie doktorowi i pani doktor za fachową pomoc i ucieszona pojechałam na oddział.

Myślałam, że wreszcie nadszedł kres moim udrękom lecz niestety pomyliłam się. Pielęgniarki nie miały zielonego pojęcia jak się zabrać za te moje dreny. Niby z jednej strony co się dziwić skoro nie miały wcześniej do czynienia z takimi rzeczami ale z drugiej strony to jednak był szpital i leżeli tam też ciężej chorzy, którzy wymagali różnych zabiegów pielęgnacyjnych. Oj szczerze to czarno to wszystko widziałam.
Z resztą chirurg opisał dokładnie jak przepłukiwać dreny i dodatkowo pokazał mi jak to się robi bym mogła wyjaśnić pielęgniarkom w czym rzecz. Było to całkiem proste. Jakbym się uparła to mogłabym robić to sobie sama. Trzeba było do jednego drenu wlać 50 ml roztworu solnego i miało się to w tym drenie cofnąć do worka, a w drugim miało też częściowo spływać do drugiego worka. Niektóre pielęgniarki chętnie słuchały jak im objaśniałam jak to najlepiej zrobić jednak były też takie, które chciały być mądrzejsze robiąc coś po swojemu i wyrządzając mi przez to dodatkowy ból.
Na drugi dzień od założenia owych drenów przyszły wyniki z pobranej przez chirurga treści ropnej i antybiogram. Okazało się, że były to dwa upierdliwe paciorkowce na szczęście oporne tylko na jeden z podawanych mi antybiotyków, który od razu zmieniono.
Musiałam bardzo uważać na te moje dreny żeby sobie ich niechcący nie wyrwać. Uciążliwe było takie chodzenie czy mycie z dwoma takimi wężami i workami wystającymi z brzucha. Wychodząc z sali by rozprostować trochę kościska śmiałam się do moich współtowarzyszek z sali, że zabieram Azora i Burka na spacer :)
Z jednego drenu cały czas coś się tam sączyło, a drugi przez który wpuszczano roztwór do płukania po 3 dniach odmówił współpracy całkiem bo już nawet przestało się cofać to co zostało wlane do środka. Pojechałam więc znów do mojego doktora wybawcy, który usunął mi ten niedziałający dren i powiedział, żeby przepłukiwać teraz ten, który jeszcze zostawia ponieważ wszystko się jeszcze cofa i wypłukuje to co tam jest w środku. Zrobił mi też USG i stwierdził, że ten duży ropień zaczął się na szczęście zmniejszać. Poza tym wyniki się ładnie poprawiły i brzuch pobolewał już dużo mniej i tylko chwilami.

Wszystko toczyło się swoim rytmem ku dobremu. Niestety piątego dnia wydarzyło się coś co zburzyło mój spokój i radość. Przyczyniła się do tego pewna pielęgniarka, która już od dłuższego czasu miała ze mną zatarg.

w szpitalu

CIĄG DALSZY NASTĄPI ……

Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy

CZĘŚĆ V ….

Woziłam się tymi bryczkami jak królowa tam i z powrotem. Większość ratowników i przewoźników zdążyła mnie już poznać, a ja ich :)

Pewnego dnia pojawił się na mojej wyboistej drodze pewien szlachetny chirurg co jest u nas w medycynie zjawiskiem niebywale rzadko spotykanym. Brzuch cały czas mnie bolał co prawda już nie tak bardzo ale jednak po mimo intensywnego leczenia nie ustąpił całkowicie. Gorączki już nie miałam.
Ów doktor przeglądnął moje wyniki, zrobił mi USG brzucha i zaczął ze mną tak najzwyczajniej w świecie rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Wyjaśniłam mu swoje obawy dotyczące zabiegu, a On przytakiwał mi ze zrozumieniem. Powiedział, że moje wątpliwości są uzasadnione i jak najbardziej się ze mną zgadza, że nie należy podejmować w momencie tak pochopnych decyzji zwłaszcza gdy dotyczy to zbyt inwazyjnej ingerencji w człowieku. Mój przypadek jest dość poważny i obciążony wieloma schorzeniami do tego zażywam całą masę leków ze sterydami włącznie więc jestem bardziej narażona na niebezpieczeństwo i powikłania pooperacyjne niż taki normalnie zdrowy człowiek.

Po tej naszej całej rozmowie doktor przedstawił mi pewne rozwiązanie, które okazało się znacznie mniej inwazyjne niż operacja. Jednak niosło to ze sobą pewne ryzyko, które mogło zakończyć się ostatecznie na stole operacyjnym. Mianowicie przy pomocy USG doktor miał wprowadzić dren w miejsce ropnia by zrobić mu ujście na zewnątrz. Ropień był niekomfortowo usytuowany bo sąsiadował z Esicą czyli częścią jelita grubego, które podczas wprowadzania drenu mogło zostać uszkodzone. Wówczas musiałabym w trybie natychmiastowym poddać się operacji i założenia STOMII co jak powszechnie wiadomo nie jest rzeczą zbyt przyjemną i komfortową.
Byłam z mężem na tej konsultacji więc doktor, którego nazwałam takim moim „aniołem stróżem” oznajmił, że wychodzi na chwilę i byśmy w tym czasie podjęli decyzję czy mam podjąć to ryzyko czy się wstrzymać. Nie ukrywam, że popłakałam się jak Bóbr i trzęsłam gaciami ze strachu. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę, że jak nic z tym nie zrobię to ten ropień może pęknąć i rozlać się wewnątrz jamy brzusznej prowadząc do zapalenia otrzewnej i w efekcie tego do śmierci. Przeanalizowałam wszystkie ZA i PRZECIW i gdy po powrocie doktor zapytał jaka jest moja decyzja odpowiedziałam iż zgadzam się na założenie drenu bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wówczas mój „anioł” uśmiechnął się do mnie i pogratulował trafnej decyzji oraz dojrzałego podejścia do tak trudnej sprawy. 

Przeżegnałam się więc i poprosiłam Pana Boga o opiekę. Mogłam więc spokojnie poddać się temu drenażowi, który musiał się udać ponieważ Bóg trzymał mnie za rękę, a sam zabieg wykonywał mój „anioł stróż”. Na znak, że jestem gotowa kiwnęłam głową wtedy doktor wstrzyknął mi w brzuch środek znieczulający. Po chwili wyciągnął taką dużą igłę jak do punkcji, która znajdowała się wewnątrz drenu. Na sam widok zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i poczułam jeszcze większy strach. Doktor przyłożył głowicę USG do brzucha i zaczął powoli się wkłuwać. Po policzkach pociekły mi łzy ale nie przez ból jaki odczuwałam tylko ze strachu, który zagłuszył wszystko inne wokół. Po umiejscowieniu drenu wewnątrz brzucha doktor usunął igłę. Dren został dodatkowo zabezpieczony przed wysunięciem kilkoma szwami przymocowanymi do skóry brzucha.
Po dosłownie 10 minutach, a mi wydawało się, że trwało to całe wieki usłyszałam upragnione „już po wszystkim”, jelito nie zostało na szczęście  uszkodzone.
W drenie od razu pokazała się treść surowicza (taki jasnoczerwony bezzapachowy płyn), a nie ropa, której oczekiwaliśmy. Doktor wyjaśnił mi iż albo to nie do końca był ropień tylko np, stan zapalny albo nie trafił w sam jego środek. Kazał odczekać 3 dni czy nic się nie pojawi i zgłosić się do kontroli chirurgicznej. Oczywiście cały czas leżałam jeszcze w szpitalu więc chirurg opisał całą konsultację i wytyczne dla moich lekarzy prowadzących.

Na oddział wróciłam z takim dodatkowym gadżetem w postaci drenu zakończonego taką torebeczką do której spływała treść surowicza. Przywiózł mnie ów życzliwy Ratownik blondynek, o którym pisałam TUTAJ. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi ale asystował przy moim drenażu co nie należało do jego obowiązków, a na koniec powiedział mi żebym się nie martwiła bo na pewno wszystko będzie dobrze i będzie trzymał za mnie mocno kciuki. Bardzo miły gest nie uważacie? ;)

Lekarze i pielęgniarki sądząc po minach byli wielce „uradowani” widząc mnie z powrotem z nowym towarzyszem „workiem”.
Po chwili przyszła do mnie Pani doktor i z oburzeniem w głosie zaczęła krytykować mojego „anioła stróża”, który jako jedyna osoba zobaczył we mnie schorowanego człowieka, a nie tylko królika doświadczalnego.
Powiedziała, że jak sprawdzała w podręczniku to takie ropnie jak moje leczy się tylko operacyjnie i ona zupełnie nie może zrozumieć takiego bezsensownego rozwiązania jakie zastosował chirurg. W moich oczach straciła całą swoją wartość i autorytet jako lekarz. Zwłaszcza, że wcześniej przyznała iż nie jest to jej dziedzina i nie zna się na tym. Nie mogłam zrozumieć jak można traktować pacjenta tak przedmiotowo opierając się jedynie na przedstawionym pojedynczym schemacie książkowym. Wiadomo, że każdy pacjent jest indywidualistą w swojej chorobie i jego leczenie wcale nie musi być takie sztywne i teoretyczne. Czasem trzeba trochę poeksperymentować żeby wybrać najbardziej dogodne i optymalne rozwiązanie oraz mocno się zastanowić co i jak zastosować żeby zmniejszyć ryzyko, a zwiększyć szanse na poprawienie stanu zdrowia chorego. Byłam w szoku zachowaniem lekarki, która cały czas dawała mi do zrozumienia, że mój brak zgody na operację jest czystym wymysłem i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Lekarze patrzyli na mnie z pewną pogardą przez co czułam się jak jakiś wyrzutek społeczeństwa ot takie zaszczute zwierzątko, którego nikt nie rozumie i nie wesprze w tej przykrej i trudnej chwili. Siłę do walki dawał mi sam Bóg, a wsparcie moich najbliższych i znajomych było dla mnie taką dodatkową pigułką energetyzującą.

Mój towarzysz „worek” nie zdobył mojej sympatii. Cały czas musiałam uważać żeby go sobie niechcący nie wyrwać np. podczas snu lub nie zapomnieć zabrać go ze sobą wstając z łóżka, że już o dyskomforcie, który odczuwałam cały czas nie wspomnę.
Na szczęście nie trwało to długo. Po 3 dniach zgodnie z zaleceniami chirurga stawiłam się do kontroli. Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.

Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.

CZĘŚĆ III ….

Była 23:30 jak znalazłam się w szpitalu. Nie pamiętam zbyt wiele bo byłam tak obolała i zmęczona, że chwilami traciłam kontakt ze światem. Słyszałam głosy lekarzy i pielęgniarek jakby gdzieś z oddali krzyczeli do siebie. Podłączali mi kroplówki i pobierali krew, a ja nic nie czułam i nie byłam świadoma co się ze mną dzieje. Niestety nie jestem w stanie opisać wszystkiego ze szczegółami przynajmniej z kilku pierwszych dni. Wiem, że miałam mdłości, których przyczyną był mocny ból, wysoka gorączka i dodatkowo 3 silne antybiotyki, które mi podawano dożylnie. Długo się nie mogłam ocknąć z letargu w jakim się znajdowałam. Od lekarzy dowiedziałam się, że moje bardzo złe wyniki badań świadczyły o zagrożeniu życia ponieważ otarłam się o SEPSĘ, na której temat możecie przeczytać ciekawy artykuł i komentarze TUTAJ. Nie mogłam uwierzyć, że mój stan był aż tak bardzo poważny. Zaczęto leczyć mnie na rzekome  zapalenie pęcherza. Jakoś nie byłam przekonana co do diagnozy tym bardziej, iż wyniki z moczu i posiewów bakteriologicznych nic nie wykazały, a ja nie odczuwałam żadnego dyskomfortu przy oddawaniu moczu. Gdzieś tak po tygodniu gdy leczenie nie przynosiło prawie żadnych efektów bo gorączka i bóle brzucha się nadal utrzymywały pomimo przyjmowania trzech silnych antybiotyków 3 x dziennie dożylnie, zasugerowałam lekarkom, które mnie prowadziły na oddziale żeby zrobiono mi TK (Tomografię Komputerową) brzucha bo coś jest nie tak. No i się zaczęło bo niektórzy lekarze nie lubią jak się im sugeruje co mają robić.

Dla mnie to jest kompletna głupota i ignorancja pacjenta ze strony lekarza. Kto jak nie My chorzy, którzy jesteśmy z tymi swoimi przypadłościami 24 godziny na dobę, czujemy i obserwujemy Nasze ciało, możemy więcej powiedzieć na temat Naszych dolegliwości i sposobów radzenia sobie z nimi niż niejeden lekarz, który widzi nas raz na kilka miesięcy lub jeszcze rzadziej. Nie wiem dlaczego wszyscy jesteśmy wrzucani do jednego worka, który znajduje się w definicjach podręcznikowych, a tak na prawdę ma mało z nimi wspólnego. Rzadko ale jednak udaje mi się trafić na prawdziwego lekarza, który umie słuchać i rozmawiać z pacjentem. Jest to trudna, a zarazem wielka umiejętność bycia człowiekiem i traktowania Nas ze zrozumieniem i cierpliwością.

Wrócę jednak do tematu szpitalnego. Oczywiście wywołałam pewne oburzenie wśród lekarzy sugerując zrobienie takiego badania zupełnie bezpodstawnie. Według mnie od tego trzeba było zacząć ale cóż przecież lekarze powinni wiedzieć najlepiej co mają robić. Tak oczywiście czekaliśmy kolejny tydzień, który w zasadzie nic nie zmienił bo mój stan nadal się nie poprawiał. Zdecydowali się wreszcie na TK (ale to był ich pomysł nie mój żeby była jasność :) ) bo doszli do wniosku, że muszą szukać dalej. Wynik mówił o dwóch ropniach, jeden był duży, a drugi znacznie mniejszy w dole brzucha najprawdopodobniej w okolicy przydatków. Decyzja była jednogłośna, czekał mnie poważny zabieg przecięcia całego brzucha, który mógł się zakończyć STOMIĄ, o której przeczytacie  TUTAJ.  Wysłano mnie Pogotowiem Ratunkowym na konsultację chirurgiczną gdzie oczywiście wytłumaczono mi na czym będzie polegać ów zabieg i co się może stać jak się na niego nie zgodzę czyli krótko mówiąc ryzyko pęknięcia ropni i zakażenie jamy otrzewnowej co może się skończyć śmiercią. Przeprowadzenie u mnie zabiegu również było trudną i ryzykowną sprawą  ze względu na obciążenia chorobami jakie posiadam i na przyjmowane lekarstwa. Miałam bardzo ciężką decyzję do podjęcia i musiałam to ostatecznie zrobić sama bo to było moje życie i mój brzuch.