Co w trawie piszczy …

Ostatnio pod moim wpisem, w Waszych komentarzach pojawiają się pytania dotyczące mojego samopoczucia. Obiecałam, że w najbliższym czasie postaram się coś napisać w tym temacie, co też czynię :)

A więc pierwszym z pytań, które najczęściej słyszę jest właśnie: „Jak się czujesz”?
W sumie nie dziwi mnie ono, większość osób zadaje mi je ponieważ wiedzą, że mam ciągłe kłopoty ze zdrowiem. Nieraz zastanawiałam się co by tu odpowiedzieć, by było to zgodne z prawdą i jednocześnie usatysfakcjonowało pytającego, bo coś w stylu  „wszystko w porządku”, czy „czuję się całkiem dobrze” do mnie samej nie przemawiało.
Nie dawało mi to jednak spokoju i całkiem niedawno odpowiedź przyszła sama. Od jakiegoś czasu porównywałam się z takimi starszymi babuleńkami, co to są ciągle zmęczone, cały czas je strzyka tu i ówdzie i nie mają siły, ani chęci do niczego.
Eureka …  tak właśnie się czuję, jak taka staruszka, która ma już szmat drogi za sobą, jednak jedno co jest pocieszające, to siły wewnętrznej i woli do życia mi nie brakuje :)
Uzupełniając tą moją odpowiedź chcę jeszcze dodać, że cieszę się każdym kolejnym dniem bez cierpienia, bo do bólu już się przyzwyczaiłam. Jestem słaba, ale chodzę i mogę koło siebie wszystko zrobić, a to jest bardzo ważne, wielu ludzi tego nie docenia. No cóż każdy kto jest w pełni sprawny i zdrowy nie zwraca uwagi na te detale, przecież dla nich to normalne :(

Dodatkowo mam problem z tą moją nieszczęsną przepukliną, którą niestety nie udało się zoperować. Na szczęście jednak pozbyłam się stomii. A przepuklina rośnie, jest mi ciężko, wyglądam i czuję się tak jak przy końcówce ciąży. Byłam już na jednej konsultacji, ale niestety usłyszałam znów coś co znałam na pamięć. Wam też już wielokrotnie pisałam o istniejącym ryzyku i poniesionych konsekwencjach w wyniku powikłań po zabiegu. Nie poddaję się tak szybko, dlatego wybieram się jeszcze do doktora, który mnie operował. On zna mój brzuch i moje jelita i kto jak nie on, najlepiej będzie wiedział co mam w środku. Mam do tego doktora pełne zaufanie, bo tylko on podjął się operacji i podołał wyzwaniu, więc jeśli jego zdanie miałoby być takie samo jak poprzednika, to wtedy przyjmę to na klatę ;)

I tak dobrnęłam do drugiego pytania: „Co tam u Ciebie słychać”?
Pozwolicie, że odpowiem starym tekstem, – dziękuję jakoś leci, byleby do przodu. :)
Nie, nie martwcie się, tu też rozwinę swą odpowiedź, nie zostawię Was przecież tak na lodzie.
U mnie zawsze się coś dzieje, ale przynajmniej nie jest nudno, może czasem są też i przykre wydarzenia jak z resztą wszędzie, lecz staramy się sobie z nimi jakoś radzić.
Na przełomie sierpnia i września po dwuletniej przerwie udało nam się wreszcie polecieć na zasłużony odpoczynek do Turcji. Było na prawdę super, odpoczęliśmy i  podładowaliśmy akumulatory :) Nasza rodzinka natomiast, zajęła się zwierzakami.

DSC04933 DSC05043 Moje urodziny akurat wypadły podczas naszego pobytu w Turcji i obsługa hotelowa przygotowała dla mnie miłą niespodziankę, tak pięknie przyozdobiony stół,a w pokoju czekał na mnie talerz z owocami :)

Niestety jak już wcześniej wspominałam, w naszym życiu mają też miejsce i smutne chwile. Tuż przed naszym wylotem jeden ze szczurków poważnie zachorował i niestety musieliśmy go poddać eutanazji :(
Najprawdopodobniej Dżambuś podczas swoich harców w klatce zahaczył łapką o pręty i wyrwał sobie ją ze stawu tak mocno, że doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Nie wiemy tak do końca jak to się stało. Od razu jak tylko zauważyliśmy pojechaliśmy do weterynarza. Najpierw włóczył łapką, podawaliśmy mu różne leki i wydawało się, że jest mała poprawa, lecz niestety pewnego dnia jego stan bardzo się pogorszył. Nie mógł się załatwić, i od pasa w dół się nie ruszał, był bardzo osowiały, nie chciał jeść. Zabraliśmy go ponownie do weta i pani doktor robiła wszystko by go ratować, zostawiliśmy go na noc na obserwację, miał podłączony cewnik i różne kroplówki na wzmocnienie i przeciwzapalne. Teraz jak o tym piszę, to jest mi bardzo smutno :(
Niestety na drugi dzień dostaliśmy telefon z lecznicy, że stan Dżambusia się nie poprawił. Pojechałam z synem, czuliśmy, że będziemy musieli podjąć tę trudną dla nas decyzję o uśpieniu. Niestety paraliż postępował, byliśmy przy nim do samego końca, głaskaliśmy go. 19 sierpnia nasz kochany maluch odszedł za Tęczowy Most :(
Musiało go bardzo boleć, bo jak brałam go na ręce, by go ostatni raz przytulić, to dość mocno mnie ugryzł, po raz pierwszy i zarazem ostatni. Syn powiedział, że szczurek w ten sposób się ze mną pożegnał :( Chciał zostawić mi po sobie pamiątkę i można by rzec, że mu się udało, bo rana goiła mi się jeszcze ze dwa tygodnie, a co ją poczułam, to przypominał mi się Dżambo.
Był u nas zaledwie rok, a zdążyliśmy go mocno pokochać. Został nam jeszcze Alvinek, jest bardziej spokojny i lubi się przytulać. Taka mała pociecha z niego, lecz widać, że się mocno postarzał, bo pani weterynarz powiedziała nam, że szczurki, oczywiście te hodowlane żyją do 2 lat.

20161102_150244 Dżambo, ten który odszedł – biało czarny, a Alvin, ten który jest z nami – biało popielaty.

Kolejnym bardzo smutnym wydarzeniem było odejście za Tęczowy Most naszego drogiego Lakusia, a stało się to 6 października :( W tym przypadku również musieliśmy podjąć tą trudną decyzję o eutanazji, do której dojrzewaliśmy bardzo długo. Wiem, że może wydać się to Wam niehumanitarne, rozumiem, bo my też czuliśmy się rozdarci. Pokochaliśmy tego psiaka, staraliśmy się, robiliśmy wszystko, by mógł godnie przeżyć te ostatnie miesiące swojego życia. Czuliśmy wielki smutek i żal, ale patrząc na niego wiedzieliśmy, że musimy mu ulżyć w cierpieniu, tym bardziej, że zima zbliżała się wielkimi krokami. Nie chcieliśmy być zwykłymi egoistami, którzy myślą wyłącznie o sobie i boją się pustki oraz prawdziwych uczuć, z którymi trzeba było się zmierzyć.
Laki miał złośliwy nowotwór obu jąder, do tego miał duże problemy z wypróżnieniem się i nietrzymaniem moczu, o którym pisałam TUTAJ Od jakiegoś czasu bardzo posmutniał, w jego oczach widać było cierpienie, to nie był ten sam roześmiany pies, co na początku :(
Z dnia na dzień gasnął w oczach, przestał już przybierać na wadze, a nawet wydawało mi się, że znów zaczyna chudnąć. Płakaliśmy jak bobry, ale byliśmy przy nim do samego końca, przez cały czas go głaskając :(  Laki spędził u nas 9 miesięcy, a wydawało nam się, że jest z nami od zawsze.
To bardzo przykre, że ktoś się go pozbył po kilkunastu latach, gdy zaczął chorować, jakby był niepotrzebnym, starym i zużytym śmieciem, a nie żywą istotą, członkiem rodziny :(

IMG_0789Takiego Lakusia zapamiętamy, uśmiechniętego :)

Te przykre wydarzenia bardzo mnie zasmuciły i przygnębiły. Straciliśmy naszych dwóch członków rodziny. Sami widzicie, jakie życie potrafi być nieprzewidywalne. Przepraszam Was, że tak smutno się zrobiło na moim blogu, ale oprócz tych radosnych chwil, bywają też i te gorsze, którymi również chciałam się z Wami podzielić.

Co słychać u naszego podopiecznego contra – podziękowania od Lakusia :)

I tak na samym początku chcieliśmy wraz z psiakiem z całego serca  serdecznie podziękować wszystkim darczyńcom za ich dobrotliwość oraz czytelnikom, którzy poprzez swoje życzliwe i serdeczne komentarze dali nam ogromną siłę do działania i przywrócili wiarę w człowieka. Jesteśmy niezmiernie wzruszeni Waszą reakcją, nie spodziewaliśmy się, że jest tylu ludzi dobrej woli, którzy tak bardzo kochają psy i nie jest im obojętny ich los.

http://www.dreamstime.com/royalty-free-stock-images-white-paw-print-heart-letter-i-image24184439Chciałabym również bardzo podziękować redakcji ONETU, który udostępnił ten wpis na swojej głównej stronie, dzięki temu nasz apel z prośbą o pomoc finansową  oraz historię tego biednego i skrajnie wycieńczonego psiaka mogło przeczytać wielu ludzi.
Z tego miejsca chciałam też zapewnić wszystkich ofiarodawców, że wpłacone pieniądze zostały odłożone i będą wykorzystywane tylko i wyłącznie na wszelkie potrzeby Lakiego.
Bardzo zależy nam na tym byśmy mogli zapewnić mu spokojną i godną starość. Ponieważ do tej pory nie znalazł się właściciel, w związku z tym przyjęliśmy psiaka do naszej rodziny i poczuwamy się do odpowiedzialności za jego życie i zdrowie.
Bardzo chcemy by u nas został, lecz cały czas mam na uwadze fakt, iż przede mną poważny zabieg chirurgiczny i tak na prawdę czas pokaże co będzie dalej.

Oczywiście ZAPRASZAM wszystkich na mój Fanpage FB, (z Waszej lewej strony jest odnośnik) tam co jakiś czas zamieszczam nowe informacje dotyczące Lakiego :)
A dla tych, którzy z jakichś względów nie odwiedzają FB mam dawkę informacji tutaj ;)
Dokładnie dziś mija miesiąc jak nasz nowy domownik u nas zagościł, myślę, że nas polubił, bo cały czas podkulony wcześniej ogonek, teraz na nasz widok merda pięknie we wszystkie strony. Poza tym chętnie do nas podchodzi na mizianie i głaskanie :)
Byliśmy ostatnio u weterynarza i pani Agnieszka po przebadaniu psa potwierdziła, że jest on staruszkiem i daje mu tak około 13 lat. Waga póki co stoi w miejscu, ciężko będzie, żeby Laki przytył, bo jest dużym psem, który niestety jest mocno wychudzony i wyniszczony :( Będziemy się jednak starać na tyle na ile damy radę, by doprowadzić go do możliwie jak najlepszego stanu. Jego stawy biodrowe są w nie najlepszej kondycji, ciężko mu siadać, chodzić, niestety poprawa jest minimalna, ale dostał teraz mocniejsze i lepsze leczenie, które mam nadzieję, chociaż trochę załagodzi jego dolegliwości, poza tym został ponownie odrobaczony. Szczepienie i kontrolne badania (poprzednie próby wątrobowe wyszły podwyższone) będziemy mu robić gdzieś za miesiąc, by Laki się jeszcze bardziej wzmocnił. Kupiliśmy mu 12 kilogramowy worek lepszej karmy, obróżkę i bramkę na schody, bo go kusiło wychodzenie na górę, a ze względu na te jego biedne łapy nie chcieliśmy by mu się coś stało, tak że mam nadzieję iż jest u nas szczęśliwy.
A jeszcze Wam powiem, że udało się mężowi wreszcie wykąpać naszego kochanego brudaska. Jak na pierwszy raz był nawet dość spokojny, ale za to jaki czysty, no nie ten pies :)

20170125_224301 20170126_102737

 20170131_175104 20170129_135900O tym, że zżyliśmy się bardzo z Lakim przekonaliśmy się w poniedziałek. Był późny wieczór, psy jak zwykle dostały kolację, przy czym po krótkim czasie wypuściłam je na pole, by jak zawsze załatwiły się przed nocą, Po około 15 minutach zaczęłam wołać je do domu. Szilka przyszła od razu, natomiast Lakiego nie było przez dłuższą chwilę, Zaniepokoiłam się i wyszłam sprawdzić na pole co się stało, nagle zobaczyłam, że brama wjazdowa jest otwarta, zamarłam, krzyknęłam do męża, że Laki uciekł. Mąż powiedział, że musiała się przyciąć jak ją zamykał, gdy wrócił do domu. Nie zastanawiając się ani chwili wziął szybko latarkę i postanowił najpierw iść szukać psinkę pieszo, a nie było to proste, bo mieszkamy w zalesionej okolicy. Po mniej więcej pół godziny wrócił zmartwiony i powiedział, że teraz pojeździ samochodem, może go gdzieś wypatrzy. A ja ze względu na swoją kontuzjowaną stopę ( w niedziele się wywróciłam i kolejny raz przykręciłam stopę ) siedziałam w domu. Byłam zrozpaczona i zalana łzami, Nie wyobrażałam sobie, żeby miało już nie być Lakusia z nami :(  Miałam wyrzuty sumienia, że nie sprawdziłam, czy wszystko jest pozamykane, ale nie przypuszczałam, że brama się nie zamknęła, wcześniej się to nie zdarzało.
Mąż ciągle nie wracał, a ja co po chwilę dzwoniłam do niego by spytać, czy znalazł Psa. W końcu nie wytrzymałam, postanowiłam się ubrać i jeszcze raz przejść wzdłuż lasu. Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zwracałam uwagi na swoją stopę. Idąc cały czas prosiłam Pana Boga i Św. Antoniego o pomoc w znalezieniu psiaka. Wtedy zrozumiałam co czują ludzie, którym zaginie ich psi przyjaciel, to jest żal po prostu nie do opisania. Nagle spojrzałam przed siebie i zobaczyłam tą kochaną mordkę, która zmierzała w moim kierunku. Moja radość nie miała końca, gdy podszedł do mnie mocno go przytuliłam. Liczyło się tylko tu i teraz. Po chwili zadzwoniłam do męża, że nasz wędrownik się znalazł, Św. Antoni po raz kolejny mnie wysłuchał. Radości nie było końca, szukaliśmy naszej zguby przez około półtorej godziny, a jakby trzeba było to i całą noc byśmy poświęcili, dopóki by się nie znalazł. Teraz dwa razy sprawdzam, czy furtka i brama są zamknięte, zanim wypuszczę Lakusia na pole, o naszą sunię się nie martwię tak bardzo, bo ona gdy sobie wyjdzie na zewnątrz na pobliska łąkę, to zaraz grzecznie wraca. Zrozumieliśmy, że kochamy tego naszego dziadzia i nikomu go nie oddamy :)
Po tej całej przygodzie zastanawialiśmy się, czy Laki tak krążył w koło, czy wróciłby do nas, czy może cały czas szuka swojego poprzedniego domu, jedno wiemy na pewno, że musimy na niego bardzo uważać i pilnować jak oka w głowie.

20170126_104002 kopia

W dalszym ciągu zbieramy na Lakusia, więc jeśli ktoś miałby życzenie, by wpłacić choćby złotówkę, podaję dane do przelewu:  Agnieszka, Kraków, Eurobank S.A. 
nr konta: 72 1470 0002 2836 6207 1000 0001  z dopiskiem DLA LAKIEGO

Nasz nowy członek rodziny.

Mąż z synem bardzo chcieli psa. Namawiali mnie przez dłuższy czas, a ja wciąż w myślach słyszałam swoich rodziców mówiących do mnie gdy byłam małą dziewczynką, że pies to obowiązek, odpowiedzialność i dużo wydatków. Jednak wyszła ze mnie ta mała dziewczynka, która też chciała kiedyś pieska. W tajemnicy zaczęłam czytać na temat ras jakie są i jakie posiadają charaktery. Tak sobie wertując te psie strony natknęłam się przypadkiem na rasę Golden RetrieverDuże psy o wielkich serduchach, które kochają wszystkich. Pomyślałam sobie: „takiego psa chcę mieć, nie musi pilnować, bronić i być groźny ale tak po prostu żeby był naszym towarzyszem na co dzień, łagodnym, wesołym i rodzinnym”. Pamiętam jak byłam dzieckiem i mieliśmy psy głównie owczarki niemieckie ale w tamtych czasach trzymało się je raczej na polu i na łańcuchu albo w kojcu, żadnych czułości. Pies miał pilnować domu i być groźny dla wszystkich. Taki miałam wpojony wizerunek pseudo towarzysza do zabaw. Porozmawiałam na temat mojego wyboru rasy z mężem i synem i przeanalizowaliśmy wszystkie „za” i „przeciw”. Jednogłośnie uradziliśmy, że kupujemy Goldena :)

Nastał dzień moich imienin. Od rana krzątałam się po kuchni żeby przygotować coś dobrego do jedzonka dla gości. Mąż z synem pojechali na zawody karate bo syn wraz ze swoją drużyną brał w nich udział. Było to oczywiście dość dawno aż 7 lat temu. Syn interesował się walką Karate dość krótko. Pomimo, że zdobył kilka medali to jednak zrezygnował twierdząc, że nie jest to jego pasja.
 W drodze powrotnej wdepnęli do pewnej hodowli i zadzwonili do mnie z pytaniem czy może być biały (czyli umaszczenie kremowe). Nie do końca wiedziałam co kombinują ale domyśliłam się, że chodzi o psa. I tak moi mężczyźni wybrali nowego przyjaciela, a w zasadzie przyjaciółkę naszego rodzinnego Teamu. Mała dała im się we znaki podczas podróży i kilka razy zwróciła całą zawartość swojego żołądeczka.

Nie mogłam się skupić na niczym i cały czas rozmyślałam jak to będzie gdy zamieszka u nas szczeniaczek i jak my mu damy na imię.
Tymczasem wszyscy goście już dotarli i zrobił się dość duży ruch. Nagle do domu wpadła taka mała biała puchata kulka. Byłam mocno zdezorientowana i nie mogłam za nią nadążyć. Najpierw wybiegła na górę i się zsiusiała w kilku miejscach, a potem zbiegła na dół i na dywaniku w salonie zrobiła ogromną i cuchnącą kupeczkę :) Byłam trochę zła na męża, że wybrał sobie akurat dzień, w którym miałam imieninową imprezkę. Ciężko już potem było się skoncentrować na gościach gdy po domu biegała taka malutka kuleczka.

Na imię daliśmy jej Szila jakoś tak wpadło mi to imię w ucho gdy moja mama oglądała „modę na sukces”. No dobra ja też oglądnęłam parę odcinków :) był to przecież wielki  hicior wszystkich seriali przez wiele dobrych lat.
W końcu gdy udało nam się ogarnąć bałagan po imprezie naszykowaliśmy kocyk dla małej, wodę i gryzaczki i poszliśmy spać. Po chwili usłyszeliśmy jak nasza niunia bardzo skomli. Mąż zszedł do niej na dół żeby sprawdzić co się stało. Okazało się, że Szilka boi się spać sama na nowym miejscu. Mąż z nią został na dole. Rano gdy zeszłam moim oczom ukazał się słodki widok. Mąż spał na sofie ze spuszczoną w dół ręką, a nasza niuńka obok niego na swoim kocyku lizała go po tejże właśnie ręce :) tak to mała spryciara zdobyła serce pana domu.

Dostaliśmy kompletnego świra na jej punkcie. Znajomi i rodzina patrzyli na nas jak na dziwaków co też my za cudactwa wyprawiamy z tym naszym psem. Pokochaliśmy ją jak naszą córcię i pomimo, że dużo czytałam na temat wychowania szczeniaka i jego pielęgnacji to i tak nie mogliśmy się powstrzymać od rozpieszczania jej. Chodziliśmy z nią na szkolenie do pani treserki i ćwiczyłam z nią też w domu bo w związku z tym ,że nie pracowałam to miałam sporo wolnego czasu. Zarejestrowałam się też na forum Goldeniarskimktóre wkręciło mnie dość mocno w „psi świat”. Poznałam tam sporo ludzi, którzy tak jak my ześwirowali na punkcie swoich psów. Było całkiem fajnie bo mogliśmy się dzielić naszymi doświadczeniami wychowawczymi, pielęgnacyjnymi, żywieniowymi itp. 

Z reguły jestem osobą zdyscyplinowaną i jak coś trzeba zrobić tak czy tak to nie ma dla mnie problemu i nie podlega dyskusji. Z moim mężem i pozostałą częścią rodziny i reszty towarzystwa jest już różnie. Tak na prawdę żeby nauczyć naszą damę dobrych manier :) i zapewnić jej życie w zdrowiu i dobrej kondycji musiałabym ze wszystkimi się wykłócać, a jest to ciężka „walka z wiatrakami”. Jakiś czas się starałam ale widząc, że nie odnosi to żadnego skutku to w końcu nie wytrzymałam presji i poddałam się. Jak się widzi psa, który umie się zachować w danej sytuacji lub zna jakieś sztuczki to wtedy jest wielkie „wow” i mówi się: „ojej ale ten pies jest mądry, a jaki ułożony no po prostu nie do uwierzenia”. No tak ale trzeba to wziąć pod uwagę, że pies od razu się nie rodzi z tymi wszystkimi umiejętnościami tylko potrzebna jest mozolna i ciężka praca aby go tego nauczyć nie tylko jednej osoby ale to się odnosi do wszystkich domowników. To jest mniej więcej tak jak z wychowaniem dziecka. My rodzice mamy wielki orzech do zgryzienia jak działać i przed czym chronić żeby nasz dzieciak wyrósł na wartościowego człowieka. I żeby ktoś powiedział: „wow ale on jest mądry, a jaki ułożony”.  No i co tu dużo mówić. Dla mnie sprawa jest oczywista. Czy to pies czy człowiek żeby wychować i żeby nauczyć trzeba się nieźle „nagimnastykować”.

Dzięki naszej suni dużo przeżyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się w naszym życiu. Na pewno opowiem o tym w kolejnych postach bo jest o czym :) Ktoś powie, przecież to tylko pies. Otóż nie moi drodzy to jest nasza przyjaciółka i  towarzyszka rodziny mało tego to nasz „Członek Rodziny”, którego kochamy i traktujemy z należytym szacunkiem. Z tym zakręceniem i rozpieszczaniem oczywiście z czasem zeszliśmy na ziemię bo jak to się mówi: „co za dużo to nie zdrowo”. Wszystko trzeba dozować z umiarem i wyczuciem. Nie ukrywam, że nam się panna rozpuściła troszeczkę ale mimo wszystko cały czas ją mocno kochamy i przymykamy oko na jej harce i swawole :)

SZILA zamieszkała z nami jak miała 3 miesiące.

DSC08596