Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 4

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …
Odcinek 3 …

 

Jestem, przetrwałam, drugi zabieg bardzo mnie osłabił, przetoczono mi dwie jednostki krwi (dwa woreczki). W sumie po otwarciu brzucha, nadal nie było wiadomo skąd się wzięło, to moje nagłe pogorszenie. Po pierwszym zabiegu dostałam bardzo silne antybiotyki dożylnie, żeby wykluczyć jakąś infekcję wirusową, która mogłaby być niebezpieczna dla mnie po przebytej operacji. Okazało się, że w jelitach są dwa ropnie, więc założono mi 4 dreny zakończone buteleczkami, które się cały czas pałętały wokół mnie. Pobrana treść ropna do badania wykazała jakiegoś paciorkowca i grzyba, dlatego antybiotyki utrzymano. Moje dreny to były takie rureczki wsunięte przez specjalnie nacięte 4 otwory do środka brzucha, by to co złe mogło wypływać do zewnątrz. Pierwszych kilka dni po zabiegu nic w zasadzie nie pamiętam. Mąż mi mówił, że cały czas prawie spałam, bo dostawałam morfinę z powodu silnych bóli pooperacyjnych. Byłam też podłączona do takiej dożylnej pompy insulinowej. Wykłócałam się oczywiście z lekarzami, bo moja cukrzyca jest bardzo szalona i potrzebuję niewyobrażalnie dużo jednostek insuliny, a oni cały czas mi jej udzielali, przez co miałam bardzo wysokie cukry, a co za tym idzie wszystko nie goiło się tak jak trzeba. No cóż, znów lekarz chciał być mądrzejszy ode mnie. Z cukrzycą żyję już 18 lat i przeżyłam przeróżne eksperymenty, które miały za zadanie ją ujarzmić, niestety bez większego powodzenia. Dlatego przypuszczam, że wiem za pewne o wiele więcej, niż jakiś tam zwykły doktor i w dodatku chirurg.

No więc, ropa sobie ściekała do buteleczek, a brzuch był cały czas rozdęty i co najgorsze, jelita nie chciały podjąć pracy. Po kilku dniach dostałam papkę do jedzenia i zaczęłam wstawać z łóżka. Bardzo ciężko mi to szło, nie mogłam ustać na nogach. To okropne uczucie, gdy człowiek uczy się chodzić na nowo. Mój organizm był mocno wycieńczony, w związku z tym lekarze zlecili wykonanie mi wkłucia centralnego, bo chcieli podłączyć żywienie pozajelitowe żeby mnie wzmocnić. Dla większości z Was są to pewnie obce określenia, więc tak krótko wyjaśnię o co chodzi.
Wkłucie centralne polega na głębokim wkłuciu w tętnicę główną prowadzącą do serca, najczęściej w żyłę podobojczykową, specjalnego cewnika, zabieg ten wykonują anestezjolodzy. Stosuje się to, by odciążyć słabe i pękające żyły, jest to dobre  rozwiązanie na podawanie leków lub płynów przez dłuższy okres czasu, nawet do kilku miesięcy.
Pielęgniarki zawiozły mnie na blok. Byłam lekko wystraszona, bo nigdy wcześniej nie miałam tego typu wkłucia. Na miejscu okazało się, że ten zabieg będą mi wykonywać bardzo młodziutkie anestezjolożki, które oczywiście bardziej skupione były na swoich opowieściach o facetach, niż na mnie. Haha i hihi, a mnie wcale wesoło nie było. Po jakimś czasie wreszcie postanowiły się mną zająć. Oczywiście bez wcześniejszego wytłumaczenia co się może wydarzyć i jak to będzie wyglądać, zabrały się do wkłuwania mi cewnika akurat po prawej stronie. W pewnym momencie poczułam przeraźliwy ból od czubka głowy, aż po same palce u nóg. Do tego przestałam słyszeć na prawe ucho i zdrętwiała mi ręka. Wpadłam w panikę, zaczęłam krzyczeć i płakać, że coś mi uszkodziły, że przez nie, nie słyszę na ucho. Młode lekarki były tym zaskoczone, zaczęły coś tam mówić do siebie o jakiejś pacjentce, której też się to ponoć przytrafiło i gdy zaczęły się zabierać do kolejnej próby, kategorycznie odmówiłam. Byłam w szoku, lekarki krzyczały na mnie żebym przestała histeryzować, że to nic takiego. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że zamiast się hihrać powinny wytłumaczyć mi co się może wydarzyć i jak ma to wyglądać. Były strasznie opryskliwe i odpowiedziały, że nie będę ich pouczać co mają robić. Zadzwoniły po pielęgniarki żeby mnie zabrały na oddział. Wyjeżdżając stamtąd dolegliwości nadal nie ustępowały, wystraszona i zdenerwowana zobaczyłam na korytarzu męża, który czekał na mnie. Płacząc wykrzyczałam, że nie wiem co się stało, ale lekarki mi coś uszkodziły i nie zgodziłam się na ponowną próbę wkłucia. Mąż się zdenerwował i poszedł na blok by się dowiedzieć co się stało, gdy lekarki go zobaczyły podobno się zmieszały, a gdy P. powiedział, by podały mu swoje nazwiska to się wystraszyły. Jedna z nich wytłumaczyła mu, że podobno natrafiły na nerw i przez to wystąpiły te moje dolegliwości, które tak w zasadzie nie wiadomo było, czy ustąpią. Byłam zrozpaczona i pomyślałam sobie, że jakby tego było mało, to jeszcze do tego nie będę słyszeć na prawe ucho i ta ręka sparaliżowana. No cóż, wróciłam na oddział i powiedziałam zdziwionemu chirurgowi, co się stało. Póki co ten temat odpuścili.

W między czasie przyjechali nad morze, na weekend moi rodzice, bo bardzo się denerwowali całą tą sytuacją i chcieli mnie zobaczyć. Niestety nie mogli zostać na dłużej, ponieważ mieli swoją pracę, mój dom i mojego syna na głowie. Mama wspominała mi, że gdy w rozmowie z lekarzem padło zdanie na temat błędu lekarskiego, to on im tylko powiedział, że na cmentarzu leży najwięcej takich błędów. Nie wiem, jak może tak mówić człowiek rzekomo ratujący życie, ordynator oddziału. Ktoś kto tak myśli na pewno nie jest godny zaufania.
Rodzice pojechali do domu, a ja po niedługim czasie znów dostałam silnych bóli brzucha, zwijałam się i krzyczałam w niebo głosy. Doktor szybko wziął mnie na Kolonoskopię (badanie jelita grubego) żeby sprawdzić, czy nie doszło do perforacji (przedziurawienia) jelita. To badanie wykonuje się najczęściej pod narkozą, a ja miałam wykonane na żywca bez żadnego znieczulenia. Badanie polega na wsunięciu przez odbyt takiej grubszej rurki z kamerką na końcu oraz pompowaniem jelit, by sprawdzić ich szczelność, i czy prawidłowo  funkcjonują. Wyobraźcie to sobie, do tego wszystkiego jeszcze rozrywający ból brzucha. Mąż mi opowiadał, że wrzeszczałam tak strasznie, że nie był w stanie tego słuchać, jakby mnie ze skóry obdzierali. Dramat, powiem Wam, że nie przypuszczałam, iż jestem w stanie znieść aż tyle. Badanie niby nic złego nie wykazało, ale nadal nie wiadomo było, jaka jest przyczyna takich silnych boleści u mnie. Dość szybko okazało się, że Anioł Stróż nade mną czuwa, bo doktor zauważył w jednym z drenów kał. Bez zastanowienia, szybko w środku nocy zabrali mnie na blok, tam miał się odbyć mój trzeci zabieg. Było to 6 sierpnia zeszłego roku. Odległości miedzy operacjami wynosiły tak gdzieś 7 dni. Ledwo zaczęłam wracać do świata żywych, a już mi się pogarszało. Mój lekarz prowadzący miał mnie operować. Przed zabiegiem powiedział do męża, że jestem skrajnie wyczerpana i w dodatku doszło u mnie do kałowego zapalenia otrzewnej, które w zasadzie oznacza zakażenie całego organizmu, a w wyniku tego sepsę i śmierć. Na koniec dodał jeszcze, że teraz liczy się każda minuta i to będzie cud jak przeżyję. Sprawa była bardzo poważna, bo to już nie było szukanie przyczyny, tylko operacja ratująca życie, czyli moje być, albo nie być ……