Co słychać u naszego podopiecznego contra – podziękowania od Lakusia :)

I tak na samym początku chcieliśmy wraz z psiakiem z całego serca  serdecznie podziękować wszystkim darczyńcom za ich dobrotliwość oraz czytelnikom, którzy poprzez swoje życzliwe i serdeczne komentarze dali nam ogromną siłę do działania i przywrócili wiarę w człowieka. Jesteśmy niezmiernie wzruszeni Waszą reakcją, nie spodziewaliśmy się, że jest tylu ludzi dobrej woli, którzy tak bardzo kochają psy i nie jest im obojętny ich los.

http://www.dreamstime.com/royalty-free-stock-images-white-paw-print-heart-letter-i-image24184439Chciałabym również bardzo podziękować redakcji ONETU, który udostępnił ten wpis na swojej głównej stronie, dzięki temu nasz apel z prośbą o pomoc finansową  oraz historię tego biednego i skrajnie wycieńczonego psiaka mogło przeczytać wielu ludzi.
Z tego miejsca chciałam też zapewnić wszystkich ofiarodawców, że wpłacone pieniądze zostały odłożone i będą wykorzystywane tylko i wyłącznie na wszelkie potrzeby Lakiego.
Bardzo zależy nam na tym byśmy mogli zapewnić mu spokojną i godną starość. Ponieważ do tej pory nie znalazł się właściciel, w związku z tym przyjęliśmy psiaka do naszej rodziny i poczuwamy się do odpowiedzialności za jego życie i zdrowie.
Bardzo chcemy by u nas został, lecz cały czas mam na uwadze fakt, iż przede mną poważny zabieg chirurgiczny i tak na prawdę czas pokaże co będzie dalej.

Oczywiście ZAPRASZAM wszystkich na mój Fanpage FB, (z Waszej lewej strony jest odnośnik) tam co jakiś czas zamieszczam nowe informacje dotyczące Lakiego :)
A dla tych, którzy z jakichś względów nie odwiedzają FB mam dawkę informacji tutaj ;)
Dokładnie dziś mija miesiąc jak nasz nowy domownik u nas zagościł, myślę, że nas polubił, bo cały czas podkulony wcześniej ogonek, teraz na nasz widok merda pięknie we wszystkie strony. Poza tym chętnie do nas podchodzi na mizianie i głaskanie :)
Byliśmy ostatnio u weterynarza i pani Agnieszka po przebadaniu psa potwierdziła, że jest on staruszkiem i daje mu tak około 13 lat. Waga póki co stoi w miejscu, ciężko będzie, żeby Laki przytył, bo jest dużym psem, który niestety jest mocno wychudzony i wyniszczony :( Będziemy się jednak starać na tyle na ile damy radę, by doprowadzić go do możliwie jak najlepszego stanu. Jego stawy biodrowe są w nie najlepszej kondycji, ciężko mu siadać, chodzić, niestety poprawa jest minimalna, ale dostał teraz mocniejsze i lepsze leczenie, które mam nadzieję, chociaż trochę załagodzi jego dolegliwości, poza tym został ponownie odrobaczony. Szczepienie i kontrolne badania (poprzednie próby wątrobowe wyszły podwyższone) będziemy mu robić gdzieś za miesiąc, by Laki się jeszcze bardziej wzmocnił. Kupiliśmy mu 12 kilogramowy worek lepszej karmy, obróżkę i bramkę na schody, bo go kusiło wychodzenie na górę, a ze względu na te jego biedne łapy nie chcieliśmy by mu się coś stało, tak że mam nadzieję iż jest u nas szczęśliwy.
A jeszcze Wam powiem, że udało się mężowi wreszcie wykąpać naszego kochanego brudaska. Jak na pierwszy raz był nawet dość spokojny, ale za to jaki czysty, no nie ten pies :)

20170125_224301 20170126_102737

 20170131_175104 20170129_135900O tym, że zżyliśmy się bardzo z Lakim przekonaliśmy się w poniedziałek. Był późny wieczór, psy jak zwykle dostały kolację, przy czym po krótkim czasie wypuściłam je na pole, by jak zawsze załatwiły się przed nocą, Po około 15 minutach zaczęłam wołać je do domu. Szilka przyszła od razu, natomiast Lakiego nie było przez dłuższą chwilę, Zaniepokoiłam się i wyszłam sprawdzić na pole co się stało, nagle zobaczyłam, że brama wjazdowa jest otwarta, zamarłam, krzyknęłam do męża, że Laki uciekł. Mąż powiedział, że musiała się przyciąć jak ją zamykał, gdy wrócił do domu. Nie zastanawiając się ani chwili wziął szybko latarkę i postanowił najpierw iść szukać psinkę pieszo, a nie było to proste, bo mieszkamy w zalesionej okolicy. Po mniej więcej pół godziny wrócił zmartwiony i powiedział, że teraz pojeździ samochodem, może go gdzieś wypatrzy. A ja ze względu na swoją kontuzjowaną stopę ( w niedziele się wywróciłam i kolejny raz przykręciłam stopę ) siedziałam w domu. Byłam zrozpaczona i zalana łzami, Nie wyobrażałam sobie, żeby miało już nie być Lakusia z nami :(  Miałam wyrzuty sumienia, że nie sprawdziłam, czy wszystko jest pozamykane, ale nie przypuszczałam, że brama się nie zamknęła, wcześniej się to nie zdarzało.
Mąż ciągle nie wracał, a ja co po chwilę dzwoniłam do niego by spytać, czy znalazł Psa. W końcu nie wytrzymałam, postanowiłam się ubrać i jeszcze raz przejść wzdłuż lasu. Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zwracałam uwagi na swoją stopę. Idąc cały czas prosiłam Pana Boga i Św. Antoniego o pomoc w znalezieniu psiaka. Wtedy zrozumiałam co czują ludzie, którym zaginie ich psi przyjaciel, to jest żal po prostu nie do opisania. Nagle spojrzałam przed siebie i zobaczyłam tą kochaną mordkę, która zmierzała w moim kierunku. Moja radość nie miała końca, gdy podszedł do mnie mocno go przytuliłam. Liczyło się tylko tu i teraz. Po chwili zadzwoniłam do męża, że nasz wędrownik się znalazł, Św. Antoni po raz kolejny mnie wysłuchał. Radości nie było końca, szukaliśmy naszej zguby przez około półtorej godziny, a jakby trzeba było to i całą noc byśmy poświęcili, dopóki by się nie znalazł. Teraz dwa razy sprawdzam, czy furtka i brama są zamknięte, zanim wypuszczę Lakusia na pole, o naszą sunię się nie martwię tak bardzo, bo ona gdy sobie wyjdzie na zewnątrz na pobliska łąkę, to zaraz grzecznie wraca. Zrozumieliśmy, że kochamy tego naszego dziadzia i nikomu go nie oddamy :)
Po tej całej przygodzie zastanawialiśmy się, czy Laki tak krążył w koło, czy wróciłby do nas, czy może cały czas szuka swojego poprzedniego domu, jedno wiemy na pewno, że musimy na niego bardzo uważać i pilnować jak oka w głowie.

20170126_104002 kopia

W dalszym ciągu zbieramy na Lakusia, więc jeśli ktoś miałby życzenie, by wpłacić choćby złotówkę, podaję dane do przelewu:  Agnieszka, Kraków, Eurobank S.A. 
nr konta: 72 1470 0002 2836 6207 1000 0001  z dopiskiem DLA LAKIEGO

Psia starość również nie jest wesoła :(

Chciałam podzielić się z Wami pewnym wydarzeniem, które nas ostatnio spotkało, być może niektórzy już słyszeli obserwując mnie na FB.

Mianowicie, w czwartek 12 stycznia wieczorem syn wybrał się do miasta, niedaleko naszego domu zauważył błąkającego się psa, powiadomił odpowiednie służby po czym zadzwonił do męża, by podjechał sprawdzić co to jest za psiak. Na miejscu okazało się, że jest skrajnie wyczerpany. Mąż nie zastanawiając się ani chwili wziął psa do samochodu i przywiózł do domu. Bał się trochę, bo go nie znał, a był to duży pies, lecz postanowił zaryzykować, gdy go tylko zobaczyłam to się popłakałam, taki był biedny :(
Nie mamy pojęcia jaka jest jego historia i co on tak na prawdę przeżył. Skąd przyszedł, uciekł, czy może został wywieziony lub wyrzucony, bo pojawiły się problemy, choroby wieku starczego, które mogły wyniknąć z zaniedbania psa.  Ktoś ze służb zajmujących się błąkającymi zwierzakami zadzwonił do syna dopiero po około 2 godzinach, a my w międzyczasie  postanowiliśmy z mężem pomóc temu biedakowi o czym owe służby powiadomiliśmy. Nie chcieliśmy oddać go do schroniska tylko zaopiekować się nim do momentu, gdy nie znajdzie się właściciel lub nowy dom. Na początku nie wiedzieliśmy o nim nic, liczyło się tylko tu i teraz.
Zadzwoniłam do mojej znajomej, by doinformować się w sprawie żywienia i dalszego postępowania ponieważ w tego typu sytuacji znaleźliśmy się po raz pierwszy. Nie licząc Aresa ( KLIK ), którego na szczęście właściciel odebrał po chwili.

Tak wyglądał nasz bidul, gdy mąż go przywiózł  :(
20170112_193740

Serce nam się ściskało, gdy patrzyliśmy na naszą znajdę. Daliśmy mu na imię LAKI (lucky – szczęściarz). Ogłosiliśmy na internecie, że go znaleźliśmy i poszukujemy właściciela.
Ponieważ nie jestem zwolenniczką dawania psu śmieciowego jedzenia, czy tanich karm typu fast food, dostał karmę Szili. Nasza Szila przez cały czas jest na dobrej suchej karmie i nie ma problemów ze zdrowiem, a ma już 9 lat i nieźle się trzyma. Na początku dawaliśmy Lakiemu często, a po trochę, oczywiście suche chrupki moczyliśmy w wodzie, by je lepiej trawił. Dodatkowo dostał również kurczaka z ryżem i marchewką :) Na szczęście miał apetyt i nie miał po jedzeniu żadnych ekscesów żołądkowych. Przeszliśmy więc na większe porcje 3 razy dziennie.

Nie ma jak pełna micha :)
20170115_223617

No więc w czwartek go znaleźliśmy, a w sobotę pojechaliśmy do naszego zaufanego  weterynarza, żeby go dokładnie oglądnął i zrobił odpowiednie badania. Pies jest mocno wychudzony, waży 20 kg i wygląda na to, że spokojnie mógłby ważyć drugie tyle. Zarzuca tyłem i ma problem z chodzeniem na tylnych łapach, wygląda to na problemy reumatyczne najprawdopodobniej zaniedbanie lub przemarznięcie stawów. Niestety nie słyszy ( może trochę jak się klaśnie lub krzyknie tuż nad głową) i niedowidzi. Weterynarz jego wiek szacuje na około 12 lat.
Laki dostał zastrzyk przeciwzapalny, przeciwbólowy i antybiotyk. Został pokropiony kroplami przeciw pchłom, bo miał ich dużo, przez co dostał zapalenie skóry. Dostał tabletki na odrobaczenie i miał pobrane badania na wątrobę, nerki, trzustkę i morfologię. RTG mu nie robiliśmy by go nie męczyć i dodatkowo nie stresować.

Tutaj Lakuś leży na swoim nowym materacu, który dostał od życzliwej i dobrej rodziny :) Dziękujemy pięknie :)
20170120_183022

Ale legowisko Szilki też jest super :)
20170119_224141

Poniedziałkowa wizyta i kolejne zastrzyki przeciwbólowy, przeciwzapalny i antybiotyk.
Wyniki wyszły całkiem niezłe jak na niego, tylko enzymy wątrobowe są podwyższone, ale to może być efekt niedożywienia i złego odżywiania typu co znalazł w rowie, czy lesie to zjadł. Kupiłam mu zioło OSTROPESTKLIK ) kto nie zna zachęcam do poczytania, bo jest na prawdę świetny i oczyszcza oraz regeneruje wątrobę u ludzi, ale sprawdziłam i u psów również :)
Żeby nie trzeba było tak z nim jeździć dostałam dla niego do domu kontynuację antybiotyku w tabletkach (Augmentin), steryd (Encorton), krople do uszu z antybiotykiem (Dicortineff), zastrzyki (Milgamma N), które robiłam Lakusiowi sama podskórnie. Jest to witamina B1, B6 i B12 działa na układ nerwowy i na zapalenie skóry, oczu oraz wzmacniająco. Kto brał ten wie, że są to bardzo bolesne zastrzyki, dlatego aż mi się serce ściskało z żalu, gdy miałam mu je zrobić, lecz wiedziałam, że muszę, bo to jest dla jego dobra, na szczęście było ich tylko 5 i koniec, więcej mu bólu nie chcę sprawiać. Powiem Wam, że on chyba czuje, że chcemy mu pomóc, bo jest przy tym wszystkim taki grzeczny, tabletki schowane w chrupkach pięknie pałaszuje :)
W najbliższym czasie czeka go jeszcze kąpiel, bo wstrzymywaliśmy się z tym ponieważ dostał te krople na pchły i Wet mówił żeby mu się to zapalenie skóry jeszcze uspokoiło. Jako, że w młodości chciałam studiować medycynę, a potem myślałam o weterynarii to z przyjemnością wykonuję wszelkie zabiegi i pielęgnację Lakiemu. Staram się też sumiennie wypełniać wszystkie zalecenia weterynarza.

Zakolegowałem się z moją nową koleżanką :)
20170117_130611Chodzę z nią na pole :)
20170117_132704

Jak wiecie mamy suczkę Goldenkę, która przyznaję jest rozpieszczona i od zawsze dla nas najważniejsza, a tu nagle pojawia się drugie duże psisko. W pierwszym dniu musieliśmy je trzymać osobno, bo Szila nie była zbyt gościnna i warczała na Lakiego. W drugim dniu postanowiliśmy je oswajać, no bo skoro psiak ma być u nas dłużej, to muszą się polubić. I tak z dnia na dzień było coraz lepiej. Szila dość szybko zaakceptowała nowego domownika, nawet wyjdzie jej to na dobre, bo ma kolegę i przy okazji oduczy się być samolubem :) Obecnie piją wodę z jednej miski, leżą obok siebie i chodzą razem na pole. Zamieniają się legowiskiem, Laki woli spanie Szili, a Szila chętnie leży na materacu ( dostaliśmy go od dobrych i życzliwych ludzi) Lakiego.
Pies ze względu na to, że jest głuchy ( tutaj więcej o głuchocie psa  KLIK ) i chyba ze strachu, że go znów człowiek porzuci chodzi za nami krok w krok, jak ja siedzę, to Lakuś leży, a jak tylko wstanę to zaraz człapie za mną, i gdy tylko straci z oczu mnie lub męża, to przez chwilę piszczy (znakiem tego, że chyba nas polubił i jest mu u nas dobrze :) )  Nawet ogonek, który miał cały czas podkulony pod siebie zaczął się podnosić i merdać na nasz widok i michy z jedzonkiem :)
Staramy się uczyć psiaka dobrych manier i umownych znaków dzięki którym będzie nas mógł lepiej zrozumieć, coś na zasadzie języka migowego.

Jaki jest Laki? To mieszaniec w typie Labradora lub Goldena. Wydaje nam się, że przebywał w domu, bo jest spokojny, przyjaźnie nastawiony do ludzi, zwierząt, do dzieci, nie jest strachliwy.  Nie nabrudzi w domu, jest nauczony załatwiać się na polu, nie niszczy przedmiotów, czy ubrań, umie chodzić po schodach, jednak zagradzamy je ze względu na łapy, by sobie większej krzywdy nie zrobił. Jest nauczony wskakiwać na sofę, chodzić na smyczy. A mąż odkrył ostatnio, że sam wskakuje do samochodu, bo gdy otwarł drzwi by coś sprawdzić, Lakuś jednym susem już siedział na tylnym siedzeniu :)  Lubi za nami chodzić krok w krok, jak śpi, to potrafi się co jakiś czas przebudzić i tak jakby sprawdzał, czy jesteśmy. Zobaczy, że wszystko w porządku, jeszcze go pogłaskam i idzie z powrotem spać.
W związku z tym, że jest mocno wygłodzony musimy na niego uważać, bo jest bardzo łapczywy za jedzeniem. Jedzenie nie może leżeć w zasięgu jego pysiaka, czy to na stole, czy na szafce, czy tym bardziej na ławie, bo zaraz zostanie skonsumowane ;) Musimy uważać na ręce, bo one mu się kojarzą z jedzeniem i czasem jak coś wyczuje, to kłapie zębami.
Ostatnio mąż zrobił zakupy i miałam kabanosy w ręce, bo chciałam je schować, lecz schyliłam się na chwilę po pudełeczko do szuflady i nagle wyczułam, że coś mnie szarpie, patrzę, a Lakuś spałaszował kawałek wianuszka z kabanosami  :) Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni, żeby uważać na każdym kroku, bo Szila jest nauczona, że tak nie wolno robić.

A tak się ukradkiem zakradłem na sofę ;)

20170114_222822

Powiem Wam moi drodzy, że cały czas się zastanawiamy, jeśli nie znajdzie się właściciel, a jest to bardzo prawdopodobne, czy by nie zacząć szukać Lakiemu nowego domu. Jednak na samą myśl chce nam się z mężem płakać, bo pokochaliśmy tą psinę i nie wyobrażamy sobie, że mielibyśmy go komuś oddać :(
Sprawa się niestety komplikuje, bo jak już kiedyś wspominałam mamy dość sporo zwierzaków, a oprócz naszej Szili, która jest dużym psem teraz dochodzi jeszcze drugi również duży pies.
Najbardziej obawiam się tego jak pójdę na operację, co będzie z tym całym zwierzyńcem, nie wiadomo jak się będę czuła, czy nie będzie trzeba znów przez dłuższy czas się mną zajmować, istnieje ryzyko, że mogę z tego nie wyjść, więc sami rozumiecie, że ta sytuacja nas momentami przerasta.
Niestety mój brzuch się pogarsza i jestem zmuszona to zoperować, lekarze mówią, że będzie to ciężki kilkugodzinny zabieg i nie wiadomo jak się skończy, trzeba być przygotowanym na wszystko.
Teraz to już mam na prawdę mało czasu na cokolwiek, bo robię konsultacje specjalistyczne i badania (i gdy zostanę zakwalifikowana do zabiegu to dostanę termin), a dodatkowo doszła nam opieka nad Lakim. Póki co, radzimy sobie, a  czas pokaże co będzie dalej. Teraz jesteśmy skoncentrowani nad wyprowadzeniem Lakusia na prostą i zapewnienie mu godnej starości, bo uważam, że po tym wszystkim co przeszedł należy mu się to w 100%  :)
To smutne, że człowiek mając przez lata psa, nie potrafi go pokochać, nie potrafi traktować jak członka rodziny, tylko gdy zaczynają się problemy, choroby, to najzwyczajniej w świecie pozbywa się go jak starej niepotrzebnej rzeczy, którą można tak bez skrupułów z zimną krwią wyrzucić :(  To niemoralne, pozbawione człowieczeństwa i serca zachowanie.

A tak mnie przytula moja nowa pani :)
20170115_152638

 

Moi Kochani jest mi bardzo głupio, bo nigdy jeszcze tego nie robiłam, ale z tego miejsca chciałam Was gorąco prosić o wsparcie finansowe, ponieważ nie ukrywam, że karma, witaminy, leki, badania i wizyty weterynaryjne Lakiego kosztują sporo, a już wydaliśmy nie mało, bardzo chcemy mu pomóc, ale obawiam się, że bez Waszej pomocy będzie bardzo ciężko, więc jeśli ktoś miałby chęć wspomóc Lakiego, byśmy mogli zapewnić mu szczęśliwszą starość to będę bardzo wdzięczna  :)
Podaję numer konta:  72 1470 0002 2836 6207 1000 0001 z dopiskiem „DLA LAKIEGO”

Chciałam prosić jeszcze, jeśli to nie problem o udostępnianie tej informacji, im więcej osób przeczyta tym są większe szanse na pomoc Lakiemu. Bardzo dziękuję :)

Chciałam jeszcze wszystkich zaprosić na mój Fanpage na FB, tu na stronie z Waszej lewej jest okienko, które Was tam przeniesie :)
Zamieszczam tam wiele ciekawych informacji, a także nowinki z życia
Lakusia u nas.
Zapraszam serdecznie !!!!

20170113_143340

Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

Weterynarz, a Weterynarz cóż za różnica?

 

W momencie gdy nasza sunia zamieszkała z nami zaczęłam dużo czytać o jej rasie czyli o Golden  Retrieverze. Więcej na temat rasy i pojawienia się u nas Szilki znajdziecie w moim poście pt.: „Nasz nowy członek rodziny”. Czytając informacje na internecie  dowiedziałam się na prawdę masę ciekawych i mądrych rzeczy. Przede wszystkim jak bardzo duże znaczenie na rozwój szczeniaka ma podawanie odpowiednich witamin i minerałów oraz dieta i wychowanie.
I tak, jednym z ważnych czynników rozwoju psa dużej rasy są stawy. Niektórzy właściciele nie zdają sobie sprawy jak dużą krzywdę mogą wyrządzić swoim pupilom przez niepodawanie odpowiednich suplementów diety. Ja osobiście podawałam Szilce Arthroflex jest co prawda dość drogi ale wydajny i skuteczny. Najlepiej podawać go szczeniakowi do 6 miesiąca życia.
Ważne jest też by znaleźć sobie dobrego i zaufanego Weterynarza, a z tym niestety bywa różnie. Na pewno niektórzy spotkali się z określeniem Dysplazja. Jest to wrodzona  choroba zwyrodnieniowa stawów. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.

No ale do rzeczy. Otóż gdy Szilka miała 6 miesięcy postanowiliśmy zbadać jej stawy czy wszystko jest w porządku i czy dobrze się rozwija. Udaliśmy się z nią do pobliskiej lecznicy w celu wykonania rtg stawów. Przyjął nas akurat taki młody weterynarz. Bardzo się denerwowałam bo zdawałam sobie sprawę z tego jak poważne jest to schorzenie. Wet prześwietlił naszą sunię i po kilkunastu minutach był już wynik. Nie znaliśmy się na tym więc poniekąd musieliśmy zaufać owemu weterynarzowi, który poprosił nas do gabinetu. Zaczął wyjaśniać nam pokazując przy tym wykonane zdjęcia, że Szila ma niestety pogłębiającą się Dysplazję stawów biodrowych. Dla porównania wyciągnął jakąś encyklopedię ze zdjęciami żeby nam to bardziej obrazowo wyjaśnić. Powiem szczerze, że brzmiał bardzo przekonująco. Oczywiście powiedział też, że w tym przypadku zabieg jest nieunikniony i im szybciej się na niego zdecydujemy tym lepiej dla naszej suni. Ta wiadomość bardzo mnie zmartwiła i przygnębiła. Pomyślałam nasza biedna mała jaki okrutny los ją spotkał. Powiedzieliśmy Wetowi, że przemyślimy to wszystko i skontaktujemy się z nim.

Ta diagnoza cały czas nie dawała mi spokoju. Im bardziej wpatrywałam się w to zdjęcie porównując je ze zdjęciami na internecie tym większe miałam wątpliwości czy aby na pewno Wet miał rację. Postanowiliśmy to sprawdzić więc umówiliśmy się na wizytę i podjechaliśmy do znanego i dobrego w naszym mieście psiego ortopedy :)
Wyobraźcie sobie, że Wet tylko rzucił okiem na zdjęcie i od razu powiedział do nas żebyśmy się nie martwili bo wszystko jest w porządku i on tutaj  żadnej dysplazji nie widzi oraz nie ma żadnych podstaw do jakiejkolwiek operacji. Powiem Wam, że kamień spadł nam z serca i nasza radość nie miała granic. O mały włos przez jakiegoś pseudo Weterynarza zrobilibyśmy naszej suni straszną krzywdę poddając ją zabiegowi na Dysplazję. Oczywiście nie wróciliśmy już do pseudo lecznicy w między czasie znaleźliśmy inną bardzo dobrą, do której chodzimy do dziś.

Szila zdrowo rosła i rozwijała się. Ponieważ kupiliśmy ją z metryczką więc na jej podstawie chcieliśmy wyrobić Rodowód. Jednym z wymagań do wpisu było wykonanie prześwietlenia na dysplazję mniej więcej gdy pies ma 15 miesięcy. Takie badanie przeprowadza się u wyznaczonych specjalistów przez Związek Kynologiczny.
My wybraliśmy sobie Wrocław i pana profesora S. bardzo dobrego i znanego w Polsce ortopedę i chirurga w lecznictwie zwierząt. Pojechaliśmy więc z Szilką na wycieczkę krajoznawczą :) Byłam zdenerwowana bo od optymistycznej wizyty u Weta nie drążyliśmy więcej tematu Dysplazji, a gdzieś tam jednak w podświadomości istniał cień obawy czy aby dobrze zrobiliśmy ufając Wetowi, który zapewnił nas, że z sunią wszystko jest w porządku. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce, dobrze, że sunia jest nauczona podróżować bo nie miała problemu z chorobą lokomocyjną.
Pan profesor przyjął nas bardzo życzliwie. Podał Szilce lek uspakajający ponieważ do prześwietlenia podaje się psu tzw. głupiego Jasia żeby leżał spokojnie i nie denerwował się. Po krótkim czasie zdjęcia były gotowe.
Profesor powiedział krótko, że Szilcia ma super zdrowe stawy :) Bardzo się ucieszyliśmy i z pięknym wpisem w rodowodzie szczęśliwi wróciliśmy do domu :)

Często słyszę jak nieuczciwi weterynarze wmawiają właścicielowi psa, że ma dysplazję i zabieg jest konieczny. Zastanawiacie się na pewno dlaczego to robią? Otóż zabieg ten jest bardzo kosztowny więc chcą naciągnąć potencjalnego klienta na kasę.
Nie bądźcie więc naiwni i nie dajcie się zwieść cwanym Weterynarzom tylko bądźcie czujni  i zanim podejmiecie jakąkolwiek decyzję w sprawie leczenia Waszego psa dobrze sprawdźcie ową placówkę i Weta czy aby na pewno można mu zaufać.
Osobiście sprawdzam w ten sposób też pewne diagnozy dotyczące mnie samej chyba, że mam całkowite zaufanie i pewność do swojego specjalisty, który mnie prowadzi :)

Podzieliłam się z Wami swoją historią aby przestrzec Was przed wszelkimi pseudo Lecznicami dla Zwierząt i pseudo Weterynarzami. Ważne jest by mieć uszy i oczy szeroko otwarte i gdy tylko mamy jakieś wątpliwości dotyczące naszego Pupila związane z postawioną diagnozą  to koniecznie potwierdzajcie to u innego specjalisty. Pamiętajcie błędne diagnozy prowadzą do nieodwracalnych często i przykrych w skutkach konsekwencji.

DSC04398

Szlag mnie trafił czyli „Kogel Mogel 2″.

Człowiek nie może ani przez chwilę żyć spokojnie. Właśnie ugotowałam zupkę pieczarkową, ogarnęłam nieporządek w domu i zrobiłam sobie moją ulubioną kawkę z mlekiem, a raczej pół na pół mleko z kawką i to słabą bo mój żołądek i wątróbka nie pozwala mi na nic więcej. Zasiadłam przy laptopie i zaczęłam się zastanawiać o czym dziś napiszę ……

Temat przyplątał, a w zasadzie zakradł się sam. Otóż nasza sunia Szilka, o której zaczęłam pisać TUTAJ ma cieczkę od dwóch tygodni. Teraz jest na etapie siedzenia na ogrodzie cały dzień i machania ogonkiem w celu zwabienia kawalerów swoimi feromonami damskimi. Ogólnie bardzo lubi siedzieć na polu i ciężko ją zapędzić do domu nawet kiedy jest zimno :) I gdy tak sobie siedziałam przy tym laptopie spojrzałam odruchowo w okno, serce mi zamarło jak zobaczyłam, że jakiś kundelek oprawca taki ze 3 razy mniejszy od naszej suni w naszym ogródku używa sobie na niej w najlepsze ile wlezie (a czy wlazło to już do końca nie wiem :) ) W ogóle to jak on się dostał do naszego ogrodu. Szczena opadła mi z głośnym hukiem  Nie zastanawiając się ani przez chwilę wyskoczyłam na pole i z krzykiem nie myśląc o konsekwencjach zakleszczenia się zwierzaków przepędziłam delikwenta gdzie pieprz rośnie. Ów samiec był łudząco podobny do psa sąsiadów więc odruchowo chwyciłam za telefon i zadzwoniłam. Sąsiadka zdziwiona opisaną przeze mnie sytuacją wyjaśniła mi, że jej psiak jest koło domu i nie ma takiej opcji żeby wyszedł bez otwarcia bramy czy bramki. U nas niestety brama i bramka są tak podwyższone, że mniejszy zwierzak może się wślizgnąć bez problemu niezauważony co właśnie się stało. Po prostu zagotowałam i nie mogłam zebrać myśli ze zdenerwowania. Zapewne niektórzy powiedzą: phi też mi coś. Będą szczeniaki to się je porozdaje albo wywiezie gdzieś lub co gorsza jak niektórzy robią to na różne sposoby pozbawiają życia. Ja podchodzę do tego typu tematów zbyt emocjonalnie. Po chwili gdy trochę ochłonęłam zawołałam męża po krótce przedstawiłam sytuację i pojechaliśmy z Szilką do zaufanej lecznicy zwierząt aby nam poradzili co zrobić.

Doświadczona i miła pani Weterynarz (skrót Wetka) przedstawiła nam kilka opcji, które można byłoby zastosować w naszej sytuacji. Pocieszyła nas też mówiąc iż mało prawdopodobne żeby doszło do pokrycia ponieważ psy muszą się sczepić i kopulując się pozostać tak co najmniej około pół godziny, a poza tym ciężko jest żeby taki mały pies poradził sobie z dużo większą suczką od siebie. Ta optymistyczna wiadomość pozwoliła na częściowe rozluźnienie mojego wielkiego zdenerwowania. W pierwszej kolejności zapytałam więc o zastrzyki wczesnoporonne, o których słyszałam. Przypomniała mi się wtedy scena z filmu „Kogel Mogel 2″ Pamiętacie? Jak nie to pod spodem zamieszczam fragment dla odświeżenia pamięci.


https://www.youtube.com/watch?v=bj3VXmYB4p0&t=3508

Pani Wetka objaśniła nam działanie zastrzyku Alizin i pozostałych rozwiązań. Jeżeli ktoś chciałby bliżej zapoznać się z tymi metodami to zapraszam TUTAJ. Cena tego specyfiku  była dużo za duża bo dwie dawki, które trzeba byłoby podać to około 600 zł.
Jakiś czas temu zaczęłam rozważać sterylizację u suni żeby uchronić ją przed niechcianą ciążą i zaistniałymi chorobami z nią związanymi. Dodatkowo dowiedziałam się o akcji sterylizacji przeprowadzanej w marcu za dużo niższą cenę (zależna od miejsca zamieszkania) w wybranych lecznicach. Mam niewiele czasu na zastanowienie się. W zasadzie ja już podjęłam decyzję. Tylko mój mąż jeszcze oponuje żebym nie okaleczała jego „córci”. Ach Ci mężczyźni myślą czasem zupełnie irracjonalnie. Czasem wydaje mi się, że chce on naszą Szilkę uczłowieczyć co nie jest dobre ani dla psa ani dla człowieka. W bardzo ciekawy sposób ten problem wyjaśniono na portalu, który opisuje mnóstwo problemów związanych z wychowaniem psa czyli
TUTAJ. Cały czas się jeszcze biję z myślami co zrobić bo wbrew pozorom wcale nie jest to prosta decyzja.

Może ktoś z Was był w takiej sytuacji lub też się zastanawia? Bardzo ciekawa jestem Waszych opinii :)

Nasza piękna uwielbia zabawę z Frisbee :)

DSC03057