Co słychać u naszego podopiecznego contra – podziękowania od Lakusia :)

I tak na samym początku chcieliśmy wraz z psiakiem z całego serca  serdecznie podziękować wszystkim darczyńcom za ich dobrotliwość oraz czytelnikom, którzy poprzez swoje życzliwe i serdeczne komentarze dali nam ogromną siłę do działania i przywrócili wiarę w człowieka. Jesteśmy niezmiernie wzruszeni Waszą reakcją, nie spodziewaliśmy się, że jest tylu ludzi dobrej woli, którzy tak bardzo kochają psy i nie jest im obojętny ich los.

http://www.dreamstime.com/royalty-free-stock-images-white-paw-print-heart-letter-i-image24184439Chciałabym również bardzo podziękować redakcji ONETU, który udostępnił ten wpis na swojej głównej stronie, dzięki temu nasz apel z prośbą o pomoc finansową  oraz historię tego biednego i skrajnie wycieńczonego psiaka mogło przeczytać wielu ludzi.
Z tego miejsca chciałam też zapewnić wszystkich ofiarodawców, że wpłacone pieniądze zostały odłożone i będą wykorzystywane tylko i wyłącznie na wszelkie potrzeby Lakiego.
Bardzo zależy nam na tym byśmy mogli zapewnić mu spokojną i godną starość. Ponieważ do tej pory nie znalazł się właściciel, w związku z tym przyjęliśmy psiaka do naszej rodziny i poczuwamy się do odpowiedzialności za jego życie i zdrowie.
Bardzo chcemy by u nas został, lecz cały czas mam na uwadze fakt, iż przede mną poważny zabieg chirurgiczny i tak na prawdę czas pokaże co będzie dalej.

Oczywiście ZAPRASZAM wszystkich na mój Fanpage FB, (z Waszej lewej strony jest odnośnik) tam co jakiś czas zamieszczam nowe informacje dotyczące Lakiego :)
A dla tych, którzy z jakichś względów nie odwiedzają FB mam dawkę informacji tutaj ;)
Dokładnie dziś mija miesiąc jak nasz nowy domownik u nas zagościł, myślę, że nas polubił, bo cały czas podkulony wcześniej ogonek, teraz na nasz widok merda pięknie we wszystkie strony. Poza tym chętnie do nas podchodzi na mizianie i głaskanie :)
Byliśmy ostatnio u weterynarza i pani Agnieszka po przebadaniu psa potwierdziła, że jest on staruszkiem i daje mu tak około 13 lat. Waga póki co stoi w miejscu, ciężko będzie, żeby Laki przytył, bo jest dużym psem, który niestety jest mocno wychudzony i wyniszczony :( Będziemy się jednak starać na tyle na ile damy radę, by doprowadzić go do możliwie jak najlepszego stanu. Jego stawy biodrowe są w nie najlepszej kondycji, ciężko mu siadać, chodzić, niestety poprawa jest minimalna, ale dostał teraz mocniejsze i lepsze leczenie, które mam nadzieję, chociaż trochę załagodzi jego dolegliwości, poza tym został ponownie odrobaczony. Szczepienie i kontrolne badania (poprzednie próby wątrobowe wyszły podwyższone) będziemy mu robić gdzieś za miesiąc, by Laki się jeszcze bardziej wzmocnił. Kupiliśmy mu 12 kilogramowy worek lepszej karmy, obróżkę i bramkę na schody, bo go kusiło wychodzenie na górę, a ze względu na te jego biedne łapy nie chcieliśmy by mu się coś stało, tak że mam nadzieję iż jest u nas szczęśliwy.
A jeszcze Wam powiem, że udało się mężowi wreszcie wykąpać naszego kochanego brudaska. Jak na pierwszy raz był nawet dość spokojny, ale za to jaki czysty, no nie ten pies :)

20170125_224301 20170126_102737

 20170131_175104 20170129_135900O tym, że zżyliśmy się bardzo z Lakim przekonaliśmy się w poniedziałek. Był późny wieczór, psy jak zwykle dostały kolację, przy czym po krótkim czasie wypuściłam je na pole, by jak zawsze załatwiły się przed nocą, Po około 15 minutach zaczęłam wołać je do domu. Szilka przyszła od razu, natomiast Lakiego nie było przez dłuższą chwilę, Zaniepokoiłam się i wyszłam sprawdzić na pole co się stało, nagle zobaczyłam, że brama wjazdowa jest otwarta, zamarłam, krzyknęłam do męża, że Laki uciekł. Mąż powiedział, że musiała się przyciąć jak ją zamykał, gdy wrócił do domu. Nie zastanawiając się ani chwili wziął szybko latarkę i postanowił najpierw iść szukać psinkę pieszo, a nie było to proste, bo mieszkamy w zalesionej okolicy. Po mniej więcej pół godziny wrócił zmartwiony i powiedział, że teraz pojeździ samochodem, może go gdzieś wypatrzy. A ja ze względu na swoją kontuzjowaną stopę ( w niedziele się wywróciłam i kolejny raz przykręciłam stopę ) siedziałam w domu. Byłam zrozpaczona i zalana łzami, Nie wyobrażałam sobie, żeby miało już nie być Lakusia z nami :(  Miałam wyrzuty sumienia, że nie sprawdziłam, czy wszystko jest pozamykane, ale nie przypuszczałam, że brama się nie zamknęła, wcześniej się to nie zdarzało.
Mąż ciągle nie wracał, a ja co po chwilę dzwoniłam do niego by spytać, czy znalazł Psa. W końcu nie wytrzymałam, postanowiłam się ubrać i jeszcze raz przejść wzdłuż lasu. Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zwracałam uwagi na swoją stopę. Idąc cały czas prosiłam Pana Boga i Św. Antoniego o pomoc w znalezieniu psiaka. Wtedy zrozumiałam co czują ludzie, którym zaginie ich psi przyjaciel, to jest żal po prostu nie do opisania. Nagle spojrzałam przed siebie i zobaczyłam tą kochaną mordkę, która zmierzała w moim kierunku. Moja radość nie miała końca, gdy podszedł do mnie mocno go przytuliłam. Liczyło się tylko tu i teraz. Po chwili zadzwoniłam do męża, że nasz wędrownik się znalazł, Św. Antoni po raz kolejny mnie wysłuchał. Radości nie było końca, szukaliśmy naszej zguby przez około półtorej godziny, a jakby trzeba było to i całą noc byśmy poświęcili, dopóki by się nie znalazł. Teraz dwa razy sprawdzam, czy furtka i brama są zamknięte, zanim wypuszczę Lakusia na pole, o naszą sunię się nie martwię tak bardzo, bo ona gdy sobie wyjdzie na zewnątrz na pobliska łąkę, to zaraz grzecznie wraca. Zrozumieliśmy, że kochamy tego naszego dziadzia i nikomu go nie oddamy :)
Po tej całej przygodzie zastanawialiśmy się, czy Laki tak krążył w koło, czy wróciłby do nas, czy może cały czas szuka swojego poprzedniego domu, jedno wiemy na pewno, że musimy na niego bardzo uważać i pilnować jak oka w głowie.

20170126_104002 kopia

W dalszym ciągu zbieramy na Lakusia, więc jeśli ktoś miałby życzenie, by wpłacić choćby złotówkę, podaję dane do przelewu:  Agnieszka, Kraków, Eurobank S.A. 
nr konta: 72 1470 0002 2836 6207 1000 0001  z dopiskiem DLA LAKIEGO

Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

Nasz nowy członek rodziny.

Mąż z synem bardzo chcieli psa. Namawiali mnie przez dłuższy czas, a ja wciąż w myślach słyszałam swoich rodziców mówiących do mnie gdy byłam małą dziewczynką, że pies to obowiązek, odpowiedzialność i dużo wydatków. Jednak wyszła ze mnie ta mała dziewczynka, która też chciała kiedyś pieska. W tajemnicy zaczęłam czytać na temat ras jakie są i jakie posiadają charaktery. Tak sobie wertując te psie strony natknęłam się przypadkiem na rasę Golden RetrieverDuże psy o wielkich serduchach, które kochają wszystkich. Pomyślałam sobie: „takiego psa chcę mieć, nie musi pilnować, bronić i być groźny ale tak po prostu żeby był naszym towarzyszem na co dzień, łagodnym, wesołym i rodzinnym”. Pamiętam jak byłam dzieckiem i mieliśmy psy głównie owczarki niemieckie ale w tamtych czasach trzymało się je raczej na polu i na łańcuchu albo w kojcu, żadnych czułości. Pies miał pilnować domu i być groźny dla wszystkich. Taki miałam wpojony wizerunek pseudo towarzysza do zabaw. Porozmawiałam na temat mojego wyboru rasy z mężem i synem i przeanalizowaliśmy wszystkie „za” i „przeciw”. Jednogłośnie uradziliśmy, że kupujemy Goldena :)

Nastał dzień moich imienin. Od rana krzątałam się po kuchni żeby przygotować coś dobrego do jedzonka dla gości. Mąż z synem pojechali na zawody karate bo syn wraz ze swoją drużyną brał w nich udział. Było to oczywiście dość dawno aż 7 lat temu. Syn interesował się walką Karate dość krótko. Pomimo, że zdobył kilka medali to jednak zrezygnował twierdząc, że nie jest to jego pasja.
 W drodze powrotnej wdepnęli do pewnej hodowli i zadzwonili do mnie z pytaniem czy może być biały (czyli umaszczenie kremowe). Nie do końca wiedziałam co kombinują ale domyśliłam się, że chodzi o psa. I tak moi mężczyźni wybrali nowego przyjaciela, a w zasadzie przyjaciółkę naszego rodzinnego Teamu. Mała dała im się we znaki podczas podróży i kilka razy zwróciła całą zawartość swojego żołądeczka.

Nie mogłam się skupić na niczym i cały czas rozmyślałam jak to będzie gdy zamieszka u nas szczeniaczek i jak my mu damy na imię.
Tymczasem wszyscy goście już dotarli i zrobił się dość duży ruch. Nagle do domu wpadła taka mała biała puchata kulka. Byłam mocno zdezorientowana i nie mogłam za nią nadążyć. Najpierw wybiegła na górę i się zsiusiała w kilku miejscach, a potem zbiegła na dół i na dywaniku w salonie zrobiła ogromną i cuchnącą kupeczkę :) Byłam trochę zła na męża, że wybrał sobie akurat dzień, w którym miałam imieninową imprezkę. Ciężko już potem było się skoncentrować na gościach gdy po domu biegała taka malutka kuleczka.

Na imię daliśmy jej Szila jakoś tak wpadło mi to imię w ucho gdy moja mama oglądała „modę na sukces”. No dobra ja też oglądnęłam parę odcinków :) był to przecież wielki  hicior wszystkich seriali przez wiele dobrych lat.
W końcu gdy udało nam się ogarnąć bałagan po imprezie naszykowaliśmy kocyk dla małej, wodę i gryzaczki i poszliśmy spać. Po chwili usłyszeliśmy jak nasza niunia bardzo skomli. Mąż zszedł do niej na dół żeby sprawdzić co się stało. Okazało się, że Szilka boi się spać sama na nowym miejscu. Mąż z nią został na dole. Rano gdy zeszłam moim oczom ukazał się słodki widok. Mąż spał na sofie ze spuszczoną w dół ręką, a nasza niuńka obok niego na swoim kocyku lizała go po tejże właśnie ręce :) tak to mała spryciara zdobyła serce pana domu.

Dostaliśmy kompletnego świra na jej punkcie. Znajomi i rodzina patrzyli na nas jak na dziwaków co też my za cudactwa wyprawiamy z tym naszym psem. Pokochaliśmy ją jak naszą córcię i pomimo, że dużo czytałam na temat wychowania szczeniaka i jego pielęgnacji to i tak nie mogliśmy się powstrzymać od rozpieszczania jej. Chodziliśmy z nią na szkolenie do pani treserki i ćwiczyłam z nią też w domu bo w związku z tym ,że nie pracowałam to miałam sporo wolnego czasu. Zarejestrowałam się też na forum Goldeniarskimktóre wkręciło mnie dość mocno w „psi świat”. Poznałam tam sporo ludzi, którzy tak jak my ześwirowali na punkcie swoich psów. Było całkiem fajnie bo mogliśmy się dzielić naszymi doświadczeniami wychowawczymi, pielęgnacyjnymi, żywieniowymi itp. 

Z reguły jestem osobą zdyscyplinowaną i jak coś trzeba zrobić tak czy tak to nie ma dla mnie problemu i nie podlega dyskusji. Z moim mężem i pozostałą częścią rodziny i reszty towarzystwa jest już różnie. Tak na prawdę żeby nauczyć naszą damę dobrych manier :) i zapewnić jej życie w zdrowiu i dobrej kondycji musiałabym ze wszystkimi się wykłócać, a jest to ciężka „walka z wiatrakami”. Jakiś czas się starałam ale widząc, że nie odnosi to żadnego skutku to w końcu nie wytrzymałam presji i poddałam się. Jak się widzi psa, który umie się zachować w danej sytuacji lub zna jakieś sztuczki to wtedy jest wielkie „wow” i mówi się: „ojej ale ten pies jest mądry, a jaki ułożony no po prostu nie do uwierzenia”. No tak ale trzeba to wziąć pod uwagę, że pies od razu się nie rodzi z tymi wszystkimi umiejętnościami tylko potrzebna jest mozolna i ciężka praca aby go tego nauczyć nie tylko jednej osoby ale to się odnosi do wszystkich domowników. To jest mniej więcej tak jak z wychowaniem dziecka. My rodzice mamy wielki orzech do zgryzienia jak działać i przed czym chronić żeby nasz dzieciak wyrósł na wartościowego człowieka. I żeby ktoś powiedział: „wow ale on jest mądry, a jaki ułożony”.  No i co tu dużo mówić. Dla mnie sprawa jest oczywista. Czy to pies czy człowiek żeby wychować i żeby nauczyć trzeba się nieźle „nagimnastykować”.

Dzięki naszej suni dużo przeżyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się w naszym życiu. Na pewno opowiem o tym w kolejnych postach bo jest o czym :) Ktoś powie, przecież to tylko pies. Otóż nie moi drodzy to jest nasza przyjaciółka i  towarzyszka rodziny mało tego to nasz „Członek Rodziny”, którego kochamy i traktujemy z należytym szacunkiem. Z tym zakręceniem i rozpieszczaniem oczywiście z czasem zeszliśmy na ziemię bo jak to się mówi: „co za dużo to nie zdrowo”. Wszystko trzeba dozować z umiarem i wyczuciem. Nie ukrywam, że nam się panna rozpuściła troszeczkę ale mimo wszystko cały czas ją mocno kochamy i przymykamy oko na jej harce i swawole :)

SZILA zamieszkała z nami jak miała 3 miesiące.

DSC08596