Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Śmiercionośna maszyna …

Dziś będzie bardzo smutno, prawdziwie i drastycznie ……

Pewnie zastanawiacie się jakież to ustrojstwo mam na myśli? A niektórzy może już coś podejrzewają? No to, żeby zaspokoić Waszą ciekawość napisze krótko, MOTOR.
Jako, że wiosna zawitała i cieplej się zrobiło, wyruszyły ze swych garaży żwawo na ulice miast i nie tylko, na co psioczą niektórzy kierowcy samochodów. Bardzo nie lubię tego, jak stojąc w korku, nagle wyłania się obok mnie, nie wiadomo skąd, taka maszyna i pcha się między autami. Nieraz, aż ciarki mnie przechodzą, jak widzę, gdy motocyklista idzie na żywioł wyprzedzając inny pojazd, a z przeciwka coś nadjeżdża, lub wymuszając pierwszeństwo, myślę sobie wtedy, zdąży, czy nie zdąży. Wystarczy mały kamyczek, ba, nawet żwirek, czy nagła utrata równowagi i nieszczęście gotowe. Słyszałam, że kierowcy motorów często, mają zamontowaną taką żyłkę przy kasku, która podczas uderzenia podcina gardło, by kierowca od razu stracił życie bez cierpienia. Niektórzy mają też w kasku zamontowane kamerki i nagrywają swoje przejażdżki, niekiedy niestety nagrywając własną śmierć.

Tak było w tym przypadku, zobaczcie ……   :(



Uważam, że sposób jazdy zależy dużo od wieku.
Znajomy męża, zapalony motocyklista, właściciel pięknego ścigacza, powiedział kiedyś, że, gdy był młody i głupi, to tak właśnie sobie szarżował i kusił los. Na szczęście, jednak nic mu się nie stało, i nie chcę nawet myśleć, ileż to osób nie miało tyle szczęścia. Szpan, wyluzowanie, a do tego brak wyobraźni i odpowiedzialności bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i ogładą.
Dziś ów kolega jest dużo starszy, można powiedzieć o 20 lat i mówi, że dopiero teraz, tak na prawdę, dojrzał do jazdy na motorze. Już tak nie szaleje, nie kusi losu, lecz bardziej rozsądnie i rozważnie z dużą uwagą podchodzi do swoich przejażdżek. Można by rzec, że bardziej mu zależy na życiu, niż wtedy, gdy był dużo młodszy.

Zapewne słyszeliście, że mamy wiele rodzai tych dwukołowych potworów, począwszy od skuterów, ścigaczy, poprzez choppery (czopery), a skończywszy na Motocrossach. Jest, to głównie zabawka, którą najczęściej posiadają mężczyźni, chociaż coraz częściej słyszy się, że i kobiety lubią tego typu środek transportu :)

Powiem Wam, że jak byłam jeszcze taką smarkulą, a potem podlotkiem, to lubiłam przejażdżki na motorze. Nie byłam wtedy jeszcze tak świadoma, czym może taka przyjemność grozić. Woził mnie wujek, woziło kuzynostwo, ale wszystko odbywało się całkiem bezpiecznie.
Natomiast, gdy dużo później, parę razy przewiózł mnie chłopak mojej psiapsióły, to już nie było tak całkiem  spokojnie. W jazdę wkradała się brawura i zbyt duża prędkość. Wtedy mi się to podobało, ale patrząc z perspektywy czasu, nie wiem, czy teraz bym się odważyła na taką przejażdżkę.
Człowiek z biegiem lat nabiera pewnego dystansu do życia, staje się bardziej zrównoważony, rozsądny i odpowiedzialny. Doświadczenie, które nabywa wraz z wiekiem, uświadamia co może się wydarzyć, gdy zbyt nieumiejętnie i nierozważnie podchodzi się do pewnych spraw.

Mi podobają się ścigacze, mężowi Choppery, ale na szczęście nie mamy funduszy na takie zabawki, więc możemy spać spokojnie ;)
Syn, natomiast był posiadaczem dwóch skuterów. Miał nawet dwa, na szczęście nie groźne wypadki, nie ze swojej winy.
Pierwszy, gdy syn ustawiając się do skrętu w prawo, miał zielona strzałkę, nagle w obok stojącym samochodzie otworzyły się drzwi uderzając w nadjeżdżającego syna, który wywrócił się wraz ze skuterem. Skończyło się na siniakach i otarciach.

Drugi zaś wyglądał poważniej, mianowicie, syn jechał prosto główną drogą i na skrzyżowaniu, nagle z bocznej drogi, z jego lewej strony wyjechała kobieta samochodem, uderzając w skuter syna, który wywrócił się. Dobrze, że podczas jazdy młody miał zawsze na głowie kask. To jest ważne, nawet, gdy jedzie się gdzieś bardzo blisko.
Kobieta twierdziła, że nie zauważyła nadjeżdżającego skutera. Jednak zachowała się bardzo w porządku, zatrzymała się, udzieliła chłopakowi pomocy i zadzwoniła po policje i karetkę. Po telefonie od ratowników medycznych nogi się pode mną ugięły. Jednak po szybkim przybyciu na miejsce (wypadek stał się niedaleko od domu) okazało się, że nic groźnego się nie stało. Pogotowie zabrało jednak syna do szpitala, gdzie po badaniach potwierdzono, że nic poważnego oprócz siniaków i otarć nie wykryto.
Od tego czasu minęło kilka lat. Syn w międzyczasie zrobił prawo jazdy i teraz jeździ bezpieczniejszym pojazdem. Natomiast ma zapowiedziane, że motor może sobie kupić po moim trupie :)

Na drogach ginie bardzo dużo motocyklistów. Podczas jakiegokolwiek wypadku kierowca motoru uderza bezpośrednio swoim ciałem. W samochodzie jest inaczej, osłania nas mimo wszystko karoseria pojazdu, więc często jest szansa na wyjście z wypadku bez większych obrażeń, co po motocyklowej kolizji jest rzeczą niemożliwą. Najczęściej kończy się to śmiercią, bądź trwałym i całkowitym kalectwem.

Na koniec, mocno wsłuchajcie się w słowa pewnej smutnej i prawdziwej piosenki ….


Chciałam życzyć wszystkim przede wszystkim rozważnego i bezpiecznego wypoczywania oraz udanego i miłego weekendu majowego :)