Nasz psi wnusio Za Tęczowym Mostem :(

2

Kiedyś wspominałam, że nasza Szilka miała szczeniaczki, a było ich 7,  jedna dziewczynka i 6 chłopców. Maluchy urodziły się 25 maja 2010 roku. Wszystkie znalazły swoje nowe domki i kochających właścicieli. Rozjechały się nasze kluski po Polsce. Jeden pojechał do Warszawy, drugi do Wrocławia, trzeci na Śląsk, sunia do Tarnowa, a pozostała trójka w okolice Krakowa. Z niektórymi rodzinami mamy kontakt do dziś, mimo że upłynęło już 6 i pół roku.
Najdłużej był z nami Brunio, aż 6 miesięcy. Zżyliśmy się z nim bardzo, a jak odjeżdżał to oboje z małżonem beczeliśmy jak bobry. Na szczęście miał taką wspaniałą pańcię, że oddał jej całe swoje serducho, był w nią zapatrzony jak w obrazek. Widywaliśmy się od czasu do czasu, a to my go odwiedziliśmy, albo on nas :)
31

W odwiedzinach u mamusi, która leży z tyłu i przy synku wygląda jak szczeniaczek :)

Brunio od jakiegoś czasu źle się czuł, weterynarze nie mogli się wyznać co mu jest. Miał dwukrotnie robione sondowanie (odbarczanie żołądka) ponieważ dochodziło do rozszerzenia żołądka, a to z kolei prowadzi do skrętu  żołądka. W zeszłą niedzielę około 24:00 zadzwoniła do nas właścicielka, była bardzo zdenerwowana, powiedziała, że z Brunem jest gorzej, bardzo schudł i zaczął wymiotować. Nie marnując ani chwili obudziłam męża i powiedziałam mu co się dzieje, po chwili już byliśmy w drodze do Pani R.  Nasz psi wnusio faktycznie źle wyglądał, kostki obleczone skórą, aż nam się serce ścisnęło na jego widok :(  Właścicielka była zrozpaczona nie wiedziała co ma robić, bo jej samochód był zepsuty i nie miała jak wziąć psa do weterynarza. Bez zastanowienia zabraliśmy ją i Brunia i pojechaliśmy do jednej z lecznic, która miała dyżur całodobowy. Tam niestety pewien starszy lekarz odmówił pomocy twierdząc, że on nie jest kompetentny by wykonać jakikolwiek zabieg, nawet sondowania nie chciał zrobić. Pojechaliśmy więc do kolejnej lecznicy. Tam na szczęście trafił się taki młody Wet, ale za to miał spore doświadczenie, uwijał się, aż byłam w szoku. Zrobił psince RTG brzuszka, USG, pobrał całą masę badań z krwi (wątroba, trzustka, nerki, tarczyca, morfologia, kał) i powiedział, że na szczęście nie trzeba robić sondowania, tylko wystarczy płukanie żołądka. Nigdy nie widziałam tak na żywo, jak się to robi. Widok nie był przyjemny. Podobno u ludzi wygląda to bardzo podobnie. Pod znieczuleniem zakłada się psu taką dość grubą rurkę do żołądka i wlewa co po chwilę trochę ciepłej wody, która wypłukuje wszystko i wydala na zewnątrz. Mój małżon starał się jak mógł pomóc lekarzowi, pełniąc przy tym po części funkcję pielęgniarza. Po oczyszczeniu żołądka, z którego wyleciało mnóstwo takiej brunatnej treści przypominającej krew, Wet podał psince kroplówkę wzmacniającą i antybiotyk. Byliśmy tam około dwóch godzin, gdy ustąpiło otępienie po znieczuleniu Bruniak się ożywił i o własnych siłach doszedł do samochodu. Widać było, że mu to pomogło, niestety nie na długo :( Teraz musieliśmy czekać na wyniki. W domu byliśmy na 4:30, małżon położył się jeszcze na godzinę, bo musiał wstawać do pracy.

W poniedziałek popołudniu Pani R. udało się pożyczyć samochód od znajomej. Pojechała więc z psiurkiem do tej kliniki weterynaryjnej, w której byliśmy z nim w nocy. tam podali mu środek przeciw wymiotny, bo cały czas go męczyło, nie jadł nic, a po każdym łyczku wody od razu wszystko zwracał :( dostał też antybiotyk i kroplówki wzmacniające. Były już w zasadzie prawie wszystkie wyniki (oprócz kału i tych oznaczeń trzustki, bo to wysłali do Niemiec), które wyszły dobrze. Weterynarze podejrzewali, że to może coś z trzustką jest nie tak, dlatego czekaliśmy na te wyniki z nadzieją, bo gdyby diagnoza się potwierdziła, to wtedy dostałby leczenie i byłoby już może lepiej.  Bruniowi się niestety nic nie poprawiło, cały czas wymiotował. Żołądeczek nie przyjmował nic, nawet śliny :( We wtorek rano zabrałam go jeszcze do mojego zaufanego weta, do którego jeździmy z Szilką, ale on nic nowego nie powiedział, tylko, że musimy czekać, bo wszystko zależy jak wyjdą te wskazania trzustkowe. W środę wieczorem zadzwoniła do nas Pani R. i powiedziała, że kał i trzustka wyszły w porządku. W związku z tym już było wiadomo, że to rak przewodu pokarmowego. Lekarka powiedziała właścicielce, że jedynie można go otworzyć i wtedy będzie wiadomo, co tam jest, lecz istnieje ryzyko, ponieważ jest taki wycieńczony, że tego zabiegu nie przeżyje. Wtedy jeżeli guz byłby bez nacieków, to można go wyciąć i zbadać histopatologicznie, czy nie jest złośliwy. Natomiast, gdy by się okazało, że są przerzuty, to wtedy pozostaje tylko eutanazja :( Z jednej strony serce podpowiadało by próbować, ale z drugiej strony czuliśmy, że to już jest koniec i byłoby to dla Brunia kolejne dokładanie cierpienia. Weszłam jeszcze na internet, by poczytać o nowotworze żołądka, bo ten właśnie podejrzewali weterynarze. Dowiedziałam się, że podobno zanim pojawią się dolegliwości  może się rozwijać w organizmie od 6 do 12 miesięcy, a gdy pojawią się objawy, to już niestety nie da się nic zrobić. Zabieg operacyjny może tylko przedłużyć psu życie o kilka tygodni lub miesięcy, bez względu, czy jest złośliwy, czy łagodny. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć na temat tej paskudnej choroby, to TUTAJ  jest dość dobrze opisane. Stan w jakim był piesio oznaczał ostatnie stadium :(
Nie dało się już nic zrobić, ani prześwietlenia z kontrastem, bo tą białą papkę zwrócił od razu po podaniu, ani gastroskopii, ponieważ trzeba byłoby zastosować narkozę, a było ryzyko, bo jego organizm był mocno wycieńczony. Pytałam też o tomograf, ale w Krakowie jest tylko jeden i nikt nie umie go obsługiwać. Gdzieś dalej nie chcieliśmy jechać by nie męczyć Brunia podróżą. Pani R. dostała kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe do domu. Cały czas biliśmy się jeszcze z myślami. W czwartek popołudniu pojechałam z małżonem do mojego doktora do kontroli i po wizycie mieliśmy podjechać zobaczyć jak się pieso czuje, gdy wyszliśmy z przychodni zadzwoniłam do Pani R. przy czym usłyszałam w słuchawce wielki szloch i jedno zdanie Brunio nie żyje. Powiedziałam, że zaraz tam będziemy i szybko się rozłączyłam.  Oboje szlochając, na oślep pokonywaliśmy każdy kilometr drogi, na szczęście mieliśmy niedaleko. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy naszego bidulka leżącego bezwładnie przykrytego prześcieradełkiem. Nie daliśmy już rady się powstrzymywać, nasz żal wyskoczył z nas jak bomba, wszyscy zalaliśmy się rzewnymi łzami :( Pani R. zadzwoniła wcześniej po firmę, by przyjechali zabrać ciało psa ponieważ ona mieszkała w bloku i nie miała go gdzie pochować, a poza tym nie dała by rady i psychicznie i fizycznie by zakopać Brunia. Wtedy z małżonem zapytaliśmy właścicielkę, czy zgodziłaby się żebyśmy pochowali psiurka koło naszego domu w ogrodzie. Z radością się zgodziła, a my poczuliśmy ulgę. Jak sobie pomyślałam, że nie wiadomo co się z nim później stanie, gdzie trafi, tak sobie pomyślałam, że zasłużył sobie na godne miejsce, byśmy mogli mieć go blisko i pamiętać o nim zawsze. Właścicielka zadzwoniła i odmówiła transport. Owinęliśmy Bruna w prześcieradełko i zabraliśmy do naszego domu. Pani R. ze swoją mamą pojechały za nami. Z wielkim żalem i smutkiem pochowaliśmy naszego kluska, który żył 6 i pół roku. Póki co stoi tam teraz kwiatek, ale został nam taki mały kawałek marmuru, który do niczego już nie wykorzystamy, więc małżon wymyślił, że go trochę obetnie i położy w tym miejscu, w którym leży nasz psi wnusio :(

Może komuś wyda się śmieszne to co piszę, bo to „tylko” pies, a dla nas „aż” pies. My Bruna traktowaliśmy jak członka rodziny, na równi z człowiekiem, wychowywaliśmy go i pielęgnowali przez pół roku jak potrafiliśmy najlepiej i nie wyobrażam sobie byśmy mogli postąpić inaczej, by zostawić go na pastwę losu. Próbowaliśmy wiele, ale niestety się nie udało, było już za późno :(
Ktoś kto przeżył śmierć swojego psiego przyjaciela wie co czuję i myślę. Jeśli są takie osoby, to proszę podzielcie się ze mną swoją historią, dajcie świadectwo tego, że tak na prawdę każde zwierzątko można kochać, można się do niego przywiązać. I nie ważne, czy jest to kotek, czy piesek, czy świnka, bądź króliczek, wszystkie się pielęgnuje i kocha tak samo, czyli bezwarunkowo.

Bruno był wspaniałym i wyjątkowym psem. Był grzeczny, ułożony i spokojny, rozumiał wszystko co się do niego mówiło. W ostatnich dniach swego życia patrzył na nas tymi swoimi mądrymi ślepkami. Już zawsze będę mieć to jego smutne psie spojrzenie przed swoimi oczami :( Żył za krótko i chociaż żal po jego stracie jest wielki, to wiemy, że już nie cierpi i biega sobie beztrosko za TĘCZOWYM MOSTEM …..

Ciężko mi było napisać ten wpis, ale chciałam podzielić się z Wami moim wielkim smutkiem jaki mam teraz w sercu :(
Zapraszam Was na krótki filmik jeszcze z okresu szczenięcego, gdy był u nas, a potem na zdjęcia, jak rósł i stał się wspaniałym psem.
KU PAMIĘCI BRUNA ……  [*]



9 Brunio uwielbiał się przytulać, tutaj jest z moim obecnie dorosłym już synem …
641 Harce z mamusią :)

451726leżakowanie z mamusią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA A to już u swojej nowej pańci …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA A co to za zwierzątka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Taki był z niego przystojniak.
Wiecie, że jeszcze do mnie nie dociera, że go nie ma, że już nas nie odwiedzi, nie  przybiegnie, już go nie wyprzytulamy, nie wycałujemy :(
ŻEGNAJ NASZ KOCHANY BRUNIO :(

Czy jesteśmy tolerancyjni?

 

 

 

Często mylimy Tolerancję z akceptacją. Ja też jakoś tak nie zastanawiając się myślałam, że znaczy to dokładnie to samo. jednak po krótkiej rozmowie z moim synalem, który naświetlił mi zarys problemu uświadomiłam sobie, że byłam w błędzie. Bycie tolerancyjnym wbrew pozorom nie jest takie proste.  Ja staram się iść z duchem i postępem czasu i tolerować wszystko oraz wszystkich jednak z akceptacją jest już trochę inaczej bo czasem musiałabym zrezygnować ze swoich przekonań czy zasad, według których zostałam wychowana. Taki krótki przykład, toleruję związki homoseksualne bo każdy ma prawo do swojego życia i szczęścia ale nie akceptuję ich żądań w sprawie udzielania ślubów i możliwości adopcji czy wychowywania dzieci ponieważ jest to sprzeczne z moją etyką i religią. Toleruję też ludzi zakręconych, którzy w jakiś dziwny dla mnie sposób próbują zwrócić na siebie uwagę czy osiągnąć zamierzony cel ale przestaję to akceptować w momencie gdy zostają przekroczone wszelkie granice rozsądku i komuś zaczyna dziać się jakakolwiek krzywda.  Niestety codziennie mam okazję przekonać się jak bardzo ludzie są nietolerancyjni, okrutni i niesprawiedliwi. Ten problem męczy mnie od dziecka. Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile przykrości i poniżenia spotkało mnie ze strony naszego społeczeństwa z powodu tego, że choroba „zbezcześciła” moje ciało. Niektórzy może zastanawiają się co czuje taka osoba jak ja więc powiem Wam, że to bardzo boli, czuję wtedy okropny wstyd i mocne kłucie w sercu. Nie da się tego opisać słowami. Ktoś może oglądał taki stary polski film pt.: „Trędowata” jak główna bohaterka jest wytykana palcami i wyśmiewana tak to też wygląda u mnie. W szkole podstawowej i liceum byłam popychana, a od zawsze wytykana palcami i wyśmiewana. Skutki uboczne spowodowały, że jestem nieśmiała wręcz zaszczuta i stronię od ludzi, brak poczucia własnej wartości ciągle mówi mi, że jestem jak ta bestia z bajki „Piękna i Bestia”, na którą ludzie patrzą z obrzydzeniem unikając jakiegokolwiek kontaktu. Żeby ktoś nie powiedział, że piszę tu taką suchą teorię to poprę to przykładami.

Mój syn chodził do przedszkola (było to dość dawno bo jest już pełnoletni) i dzieci śmiały się z niego, że jego mama wygląda śmiesznie jak małpa itp. widziałam, że jest mu bardzo przykro i pamiętam jak pewnego dnia gdy przyszłam po syna jeden z chłopców w szatni zaczął się ze mnie śmiać nie wiedziałam jak mam zareagować. Na szczęście była tam mama innego dziecka i podniesionym tonem powiedziała mu „dlaczego śmiejesz się z tej pani, wiesz, że takie zachowanie jest bardzo brzydkie bo ona jest chora i jest jej bardzo przykro”. Chłopczyk popatrzył na nią i na mnie zdziwiony i już od tamtej pory nie śmiał się ze mnie.
Inna sytuacja jak syn chodził do szkoły podstawowej i przez przypadek od wychowawczyni dowiedziałam się, że pobił kolegów bo mówili straszne rzeczy na mój temat ale nie chciał powiedzieć jakie żeby nie sprawić mi przykrości. Nauczycielka powiedziała mi, że nie wzywali mnie do szkoły ponieważ była to zbyt delikatna sprawa i konflikt został szybko zażegnany, a dzieciaki przeprosiły syna za swoje zachowanie. Wiem, że dzieci czasem potrafią być okrutniejsze od dorosłych ale wierzcie mi, że ból jest ten sam.  Czasem myślę sobie, że nie powinnam być matką bo narażam swojego syna na ciągłe przykrości związane z moją osobą, które mogą budzić w nim nienawiść i żal do społeczeństwa oraz poczucie winy, że może to przez niego mama jest chora.
Inny przykład jak w kościele młodzież się ze mnie śmiała to wychodziłam z płaczem na zewnątrz. Ja nie mówię, że nie można się popatrzeć na drugą osobę, która zachowuje się czy wygląda jakoś inaczej. Sama tak czasem robię bo ciekawość ludzką ciężko jest powstrzymać ale staram się to zrobić dyskretnie kątem oka, a nie tak jak ja tego ciągle doświadczam z rozdziawioną buzią lub jedna osoba  szturcha drugą i z gromkim śmiechem i palcami wskazującymi dają mi stanowczo do zrozumienia, że bardzo zainteresowała ich moja osoba. Wiecie co mam ochotę wtedy zrobić? Pokazać im język albo powiedzieć coś takiego żeby im się głupio zrobiło lecz pomyślę i zaraz się wycofuję  bo nie mam odwagi podejść tylko najchętniej chciałabym zapaść się pod ziemię :( Jeszcze jeden incydent, który miał miejsce całkiem niedawno. Wyobraźcie sobie taką sytuację, że jadąc samochodem stanęłam na światłach i obok mnie stanął drugi samochód, a w nim kilku młodych chłopaków takich mniej więcej w wieku mojego syna (czyli 17 i 18 lat). W pewnym momencie poczułam czyjeś spojrzenia, popatrzyłam w ich stronę i zobaczyłam, że robią mi zdjęcia telefonem i mają przy tym ubaw po pachy. Poczułam się strasznie i myślałam o tym żeby to światło szybko się zmieniło i żebym mogła odjechać jak najdalej stamtąd. Potem jak ochłonęłam to pomyślałam sobie, „żeby tylko nie wstawili tych zdjęć na jakąś stronę”.

Mam nadzieję, że w jakiś sposób udało mi się w miarę obrazowo naświetlić moją codzienną walkę z nietolerancją. Niestety jest to ciągle duży problem w naszym kraju. Moim zdaniem pedagodzy czy rodzice powinni wpajać dzieciom już od najmłodszych lat co to jest tolerancja i jak sobie z nią radzić bo jej brak może na prawdę wyrządzić wiele ludzkich krzywd. Przydałoby się żeby do szkół czy przedszkoli wprowadzić większą ilość klas integracyjnych bo słynne porzekadło mówi, że „tylko praktyka czyni mistrza”. Proponowałabym też dużo rozmów w temacie: „jak się zachować gdy zauważymy, że ktoś potrzebuje naszej pomocy”

Moi drodzy w imieniu wszystkich „innych” proszę zrzućcie kotary ze swoich oczu i spójrzcie na nas normalnie. Pozwolę sobie przytoczyć bardzo mądre słowa mojej koleżanki, która też prowadzi bloga 
http://www.singielmama.eu/2015/01/tolerancja.html
 : „Otóż to nie „inni”, to normalni ludzie. Też śpią, jedzą i często muszą jakoś na swoje życie zarabiać. Mają swoje marzenia i jednym z ich wielkich pragnień jest, by traktować ich normalnie, nie stwarzać bariery, nie obrażać”.
Drodzy nauczyciele i rodzice zwracajcie swoim pociechom uwagę i tłumaczcie im gdy zauważycie, że dokuczają innym osobom czy wyśmiewają się z nich. Bo potem bywa najczęściej tak, że „czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci”. Czasem tak niewiele trzeba. po prostu dobre słowo czy życzliwy uśmiech żeby przywrócić „NAM” wiarę w ludzi i lepszy Świat.