Czy siniak zawsze oznacza przemoc?

No właśnie, wiele teraz mówi się o domowej przemocy w rodzinie, z jednej strony bardzo słusznie, bo faktycznie często nie wiemy, czy za drzwiami domów nie dzieje się komuś jakaś krzywda ze strony bliskich lub współmieszkańców.
Do opisania tego tematu zainspirował mnie środowy serial „Na sygnale”, który z resztą bardzo lubię. Zwróciłam szczególnie uwagę na jedną z akcji, ponieważ uświadomiła mi pewną rzecz, mianowicie to, że wystarczy słowo, aby zniszczyć komuś życie.

Pogotowie tym razem zostało wezwane na basen. Okazało się, że jedno z dzieci zaczęło się topić. Po przybyciu na miejsce, pani, która pilnowała dzieciaki zaprowadziła Ratowników do szatni, ponieważ tam siedział ów poszkodowany chłopiec, w raz ze swoją małą i wystraszoną siostrą. Podczas badania okazało się, że chłopiec ma przebite płuco, najprawdopodobniej przyczyną było złamane żebro, dodatkowo wyszło też, że rodzeństwo ma całe ciało w siniakach. Pani doktor stwierdziła, że dzieci są maltretowane przez rodziców i bez namysłu powiadomiła policję o przestępstwie. Stan chłopca nagle zaczął się pogarszać, w związku z tym pogotowie szybko zabrało go do szpitala. Byli tam już rodzice, którzy bardzo się denerwowali i przejmowali losem syna, jednak gdy usłyszeli od przybyłej policji, że są podejrzani o znęcanie się nad swoimi dziećmi, mocno się oburzyli krzycząc: Nie jesteśmy potworami, bardzo kochamy nasze dzieci i nigdy byśmy  ich nie skrzywdzili.
Dziewczynka siedząc na korytarzu z mamą zagadnęła przechodzącą obok lekarkę pogotowia, która podczas rozmowy przyglądając się małej, nagle zauważyła, że ma ona  niebieskie oczy, tak jak jej brat. Coś zaczęło jej świtać w głowie i natychmiast pobiegła do lekarza dyżurującego, by dokładniej przeglądnąć zdjęcie rtg kości chłopca. Po głębszej analizie i konsultacji, okazało się, że dzieciaki chorują na Wrodzoną Łamliwość Kości  Rodzice byli zrozpaczeni, dość poważną chorobą swoich dzieci, a do tego całe to nieporozumienie z maltretowaniem, dodatkowo ich upokorzyło. Jednak odetchnęli z ulgą, gdy wszystko zostało wyjaśnione. Pani doktor oczywiście przeprosiła rodziców za swoją pomyłkę, ale to co oni przeszli podczas przesłuchania, gdy ich synek walczył o życie, nie da się opisać.  Przypuszczam, że dla lekarki Pogotowia była to lekcja życia, o której już  będzie zawsze pamiętała i zanim zbyt pochopnie kogoś oskarży, sprawdzi, czy nie jest to przypadkiem jakaś choroba. 

Zobaczcie, na tym krótkim przykładzie można wywnioskować, jak bardzo można się pomylić w swoich osądach. Ja wiem, że tego typu sytuacje rzadko się zdarzają, ale się zdarzają, więc zanim komuś przyczepimy etykietkę psychola znęcającego się nad swoją rodziną i to gdzieś zgłosimy, upewnijmy się, że się nie mylimy, a jeśli nie jesteśmy do końca pewni swoich obaw, to raczej nie róbmy z tego afery, lecz poprośmy kogoś, by sprawdził nasze, nie do końca pewne podejrzenia.
Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby pani doktor nie była zbyt dociekliwa i nie wykryła choroby u wyżej opisanego rodzeństwa. Zapewne rodzice poszli by do więzienia, a dzieci do rodzin zastępczych. I tak kochająca się rodzina przestałaby istnieć. Kto wie co mogłoby się stać, może nawet w wyniku buntu, rozpaczy doszłoby do jakiejś tragedii.

Kiedyś nikt nie interesował się i nie przejmował posiniaczonymi, czy pokaleczonymi dziećmi. Teraz nasz Kraj wpadł z jednej skrajności w drugą. Tylko ktoś, kto nie ma dzieci i zielonego pojęcia o ich wychowaniu może widzieć wszystkie poobijane dzieciaki jako ofiary przemocy w rodzinie. Nasz syn, gdy był mały miał różne kontuzje, z którymi byliśmy zmuszeni udać się na pogotowie. A to złamana ręka na rowerze, złamany palec u nogi podczas biegania na boso po domu. Pamiętam też, jak nasz synek, gdy miał może około 3 lat, biegając po pokoju wpadł z pewną siłą na szybę od drzwi balkonowych, która pod wpływem uderzenia rozbiła się, gdy zobaczyłam zakrwawioną twarz synka, myślałam, że zemdleję, spanikowałam przez chwilę, po czym zawołałam męża i szybko pojechaliśmy na pogotowie. Na szczęście po obmyciu twarzy i zbadaniu skończyło się na kilku szwach na czole, po których z resztą syn ma do dziś pamiątkę. Miałam okropne wyrzuty sumienia, że nie zareagowałam na czas, byłam tam przy tym jak to się stało, ale to były ułamki sekundy, nic nie mogłam tak na prawdę zrobić.
Teraz sobie myślę, że jakby to wydarzyło się w dzisiejszych czasach, najprawdopodobniej oboje z mężem poszlibyśmy do więzienia za znęcanie i nieodpowiednią opiekę nad synem.
Nie myślcie sobie czasem, że jestem przeciwna pomocy ofiarom przemocy rodzinnej, nic z tych rzeczy. Uważam, że jak najbardziej  należy pomagać, tylko trzeba to czynić z głową i rozsądkiem, by niechcący oskarżając, nie zniszczyć komuś życia. Tak jak mogłoby to się stać, w opisanym przeze mnie powyżej przykładzie.
No cóż wszystko się niby zmienia, ale pytanie, czy na pewno na lepsze?

Na koniec chciałam przedstawić Wam pewien przekaz, który daje do myślenia, nie sądzicie, że pewne zachowania wynosi się z domu, w tym znęcanie fizyczne na bliskich również?


Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Co ten rok mi podarował, a co Nowy 2016 przyniesie …..

Ten rok był dla mnie bardzo intensywny. Mogłabym rzec nawet, że dość dobry, bo czułam się całkiem nieźle i udało nam się dwukrotnie wyjechać na zasłużony urlop, a do tego urodziła się moja najukochańsza siostrzenica. Jednak fakt pogorszenia mojego stanu zdrowia i walka o życie w nadmorskim szpitalu podczas naszego wypoczynku przesłonił wszystko co nas do tej pory spotkało :( i posypałam się niestety.

Póki co cały czas się zbieram. Rana się jeszcze całkowicie nie zagoiła, powoli moja anemia zaczyna się wycofywać. Miałam problem z włosami, które wypadały mi garściami, jakbym była co najmniej po jakiejś chemii, ale na szczęście opanowałam problem i moje kręciołki zaczynają mi odrastać na nowo :) W między czasie staram się ratować moje oczy, które w powikłaniach cukrzycowych niestety się pogorszyły. Mam robione lasery, które powinny spowolnić odklejanie się siatkówki i co za tym idzie ślepotę.
Przede mną ciężki okres, bo 8 stycznia będę miała kolanoskopię (badanie jelit) i wynik pokaże lekarzom, czy jest szansa zlikwidowania stomii i przywrócenia mnie do normalności. Dodatkowo czeka mnie zabieg usunięcia przyczyny powstawania ropni w brzuchu, coś co nadmorscy lekarze powinni zrobić za pierwszym razem, a co schrzanili na samym początku podczas pierwszego zabiegu.
Jeżeli wszystko pójdzie planowo, to wygląda na to, że na przełomie stycznia i lutego czeka mnie czwarta, a zarazem bardzo poważna operacja :( Lekarze uświadamiają mnie, że muszę być przygotowana na wszystko. Nie ukrywam, iż strasznie się boję. To co przeszłam w wakacje w nadmorskim szpitalu nie da się opisać słowami, zastanawiam się często, jakim cudem ja to wszystko zniosłam, przetrwałam. I gdy teraz sobie pomyślę, że mogę przez to wszystko, a może i gorsze przechodzić jeszcze raz, to chciałabym zniknąć, wystrzelić się w kapsule w kosmos, by uciec od tego wszystkiego.

Cały czas tak na prawdę chodzę z bombą zegarową w środku i może ona wybuchnąć w każdej chwili, więc gdybym zniknęła nagle na długo, to nie dlatego, że znudziło mi się pisanie, czy czytanie Waszych blogów, tylko dlatego, że znów mnie coś dopadło :(

Z tego miejsca chciałam Was wszystkich prosić o wszelkie pozytywne fluidy w moim kierunku, by udało się doktorom mnie naprawić i bym mogła wreszcie choć na chwilę odsapnąć od tej złej passy.
Poprzednio mocno mnie wszyscy wspieraliście i udało się, więc teraz wierzę w to, że z Waszą pomocą znów się uda :)

Moi Kochani z całego serca chciałam Wam życzyć, aby ten Nowy 2016 Rok obsypał Was zdrowiem, szczęściem, dużą ilością miłości i życzliwości ze strony otaczających Was ludzi.
Niech spełnią się wszystkie Wasze marzenia i te malutkie i te wielkie. 

Życzę Wam jeszcze samych sukcesów w życiu zawodowym i prywatnym, oraz jak najmniej problemów i trosk :)   
„Do Siego Roku” ……

Niedoszła Amazonka …

Dziś tak trochę powspominam jedno z moich niespełnionych marzeń. W swojej chorobie co jakiś czas mam tzw. stan remisji, który trwa z reguły od 2 do 4 lat. Polega to na tym, że znacznie poprawia mi się sprawność fizyczna i mogę sobie pozwolić na dużo większą dawkę ruchu i szaleństwa niż przy każdym rzucie choroby.

Byłam w pierwszej klasie liceum i właśnie w okresie częściowej remisji gdy moja nowa psiapsióła wciągnęła mnie w świat koni. D. jeździła konno rekreacyjnie od kilku lat więc szło jej to na prawdę fajnie. Często opowiadała mi o stadninie i o koniach, które tam przebywały. Pewnej soboty zaproponowała mi żebym pojechała z nią na zajęcia z jazdy konnej. Nie musiała mnie dwa razy namawiać. Zapakowałam więc dużo kostek cukru i pojechałyśmy. Pamiętam jak bardzo  byłam podekscytowana tym, że za chwilę zobaczę na żywo to wszystko o czym opowiadała mi D. Przystanek był tuż przy bramie stadniny więc gdy tylko wysiadłyśmy z autobusu moim oczom ukazał się duży gmach budynku i szkółka, która była w trakcie zajęć. Już czułam, że zaczyna mi się tutaj podobać. Weszłyśmy do środka budynku gdzie znajdowały się boksy z końmi i hala na której podczas złej pogody odbywały się zajęcia. Po przekroczeniu progu budynku poczułam okropny fetor końskiego amoniaku, który ponoć działa rewelacyjnie na zatoki :) Szybko jednak przyzwyczaiłam się do wyczuwanego odoru stajni. Byłam w siódmym niebie gdy zobaczyłam całe mnóstwo koni. Od razu wyciągnęłam kostki cukru i zaczęłam im je podawać pamiętając przy tym by karmić z otwartej na płasko dłoni. Moją ulubienicą została Dolina, która miała swojego właściciela i tak jak niektóre konie nie brała udziału w szkółce. Klacz była wiekowa i bardzo spokojna, a jej oczy były przepełnione taką błogością i dobrocią że od samego początku poczułam do niej zaufanie.
Potrafiłam ją głaskać i przytulać swoją twarz do jej pychola, a gdy dawałam jej cukier bądź marchewkę to była przy tym tak delikatna, że brała dosłownie samymi końcami warg co odczuwałam jako takie małe muśnięcie.
Niewtajemniczonych poinformuję, że w stadninach przebywają również prywatne konie, i ich właściciele co miesiąc płacą za pobyt tam i opiekę. Psiapsióła zabrała mnie do stajni gdzie stały konie ze szkółki. Trenerka na każdych zajęciach przydzielała każdemu konia, którego trzeba było sobie samemu wyczyścić i przygotować do jazdy. Wreszcie rozpoczęły się zajęcia i mogłam zobaczyć D. w akcji. Była świetna. Im dłużej patrzyłam na nią jak zwinnie i z gracją porusza się na koniu tym bardziej czułam nutkę zazdrości i chciałam znaleźć się na jej miejscu.

Stało się, połknęłam bakcyla. Konie zakręciły mnie na maksa i w grę nie wchodziła już żadna zmiana decyzji. Teraz trzeba było umiejętnie uprosić rodziców żeby się zgodzili na moje uczestnictwo w szkółce konnej. Na początku było ciężko bo rodzice obawiali się o moje zdrowie ale jakoś z pomocą D. udało nam się ich przekonać.
I tak pełna dumy i ekscytacji rozpoczęłam lekcje jazdy konnej. Na kilku pierwszych zajęciach pokazywano nam jak czyścic konia, tłumaczono różne techniki jazdy i dostaliśmy listę co mamy kupić do pielęgnacji konia i do jazdy. Zapowiadał się spory wydatek bo te wszystkie akcesoria nie były tanie. Lekcje sporo kosztowały, a do tego kupiłam jeszcze kopystkę (do czyszczenia kopyt), zgrzebło (do czyszczenia sierści) oraz oficerki (specjalne buty do jazdy konnej). Na szczęście toczek (dżokejka, kask), rękawiczki oraz palcat (bacik, pejczyk) pożyczała mi D. Miałam sobie to zakupić w późniejszym terminie. Nie mogłam się doczekać gdy wreszcie pozwolą nam wsiąść na konia.

Aga w stadninie
Dla zainteresowanych: otóż do konia podchodzi się z lewej strony i wkłada się lewą stopę w strzemię, a z prawej nogi się wybija i przekłada nad grzbietem konia tak aby znaleźć się w pozycji najeźdźca (nie mylić z inną dyscypliną sportową ;) )
No mi tak zgrabnie nie udało się wsiąść na mojego rumaka :) musiałam zostać lekko podsadzona za tyłek by lepiej się wybić. Powiem szczerze, że gdy wreszcie się na nim znalazłam po wielkim trudzie wspinaczkowym poczułam swój strach i siłę jaką ów rumak posiadał i zdałam sobie sprawę, że mógłby zrobić mi krzywdę niefortunnie zrzucając z grzbietu. Na pewno większość z was słyszała o uszkodzeniu kręgosłupa i związanym z tym poważnym kalectwem przy feralnych wypadkach. No cóż tak już jest, że czasem uprawianie konkretnych dziedzin sportowych czy to rekreacyjnie czy wyczynowo wiąże się z pewnym ryzykiem uszkodzenia ciała lub nawet śmierci.

Starałam się nie myśleć o tym najgorszym tylko skupić na tym co tłumaczyła nam trenerka. Powoli wszyscy ruszyliśmy po okręgu stępem roboczym. Uczucie na prawdę mega. Koniem kieruje się wysyłając mu sygnały swoim ciałem głównie łydkami bądź udami dlatego wymaga to z naszej strony dużej koncentracji, precyzji i uwagi by nie przekazać Mu błędnych sygnałów w konsekwencji prowadzących do poważnego wypadku.
Szkółka ta nie poddawała swoich kursantów lonżowaniu ponieważ instruktorzy uważali, że to strata czasu bo lepiej poczujemy konia i więcej się nauczymy gdy będziemy sami ćwiczyć. Pierwsze zajęcia odbywały się na hali żeby konie się nie płoszyły dodatkowymi rozpraszaczami dobiegającymi od strony ulicy. Na kolejnych zajęciach rozpoczęliśmy samodzielne przygotowywanie konia do jazdy. Powiem Wam, ze miałam wielkiego stresa bo to nie taka łatwa sprawa. Najtrudniej było mi się przełamać do czyszczenia tylnych kopyt i do założenia wędzidła (element ogłowia wkładany koniowi do pyska w celu przekazywania mu sygnałów i kierowania nim). Nie będę opisywać jak te czynności wszystkie wyglądają bo za dużo by tego było ale jeżeli jesteście ciekawi jak miałam przygotować konia do jazdy to zapraszam do oglądnięcia filmiku (oczywiście nie mojego bo w tamtych czasach nie było tak łatwo nagrać np. telefonem :) )



Jak widzicie musiałam się trochę namachać żeby móc potem dosiąść swojego rumaka.
ale bardzo lubiłam to robić. Trzeba było jednak uważać bo nie wszystkie konie były takie spokojne jak ten z filmiku. D. opowiadała mi, że miała kiedyś taką mrożącą krew w żyłach sytuację. Mianowicie czyściła sobie razu pewnego konia o imieniu Czort. Był to piękny i okazały ogier o czarnym umaszczeniu. Jego imię oddawało w pełni charakter jaki posiadał. Dosiadali go już bardziej zaawansowani jeźdźcy. No i gdy D. tak sobie go czyściła przyszła pora na kopyta. Podeszła uniosła kopyto, a on wyrywając się jej uderzył z takim impetem, że toczek, który miała na głowie pękł na pół. Mogę śmiało powiedzieć, że uratowało jej to życie bo nie chcę nawet myśleć co by było gdyby …..

Moje szczęście jednak nie trwało zbyt długo bo po niedługim czasie zauważyłam, że zaczynam być coraz słabsza :( Wyczyszczenie konia i utrzymanie się w siodle podczas kłusowania sprawiało mi coraz większe trudności. Niestety moja przygoda z końmi musiała się drastycznie skończyć gdyż pewnego dnia znalazłam się w dość niebezpiecznej sytuacji i kompletnie nie mogłam sobie poradzić. Otóż wyprowadziliśmy nasze konie na ujeżdżalnię znajdującą się na polu. Dosiedliśmy je i zaczęliśmy po okręgu od stępu. Jeden za drugim. W grupie mieliśmy takiego kucyka Maurycego, który bardzo lubił szczypanie w zadek konia stojącego przed nim. Ot takie sobie miał zajęcie :)
Był to jakiś feralny dzień bo trafiło na konia pewnej dziewczyny, który po owym uszczypnięciu spłoszył się i poniósł ją. Jednak w miarę sprawnie od razu udało jej się go opanować. Ja nie miałam tyle szczęścia gdy mój Czardasz wystraszył się hałasujących za ogrodzeniem samochodów i pogalopował przed siebie w stronę przeszkód przeznaczonych do skoków. Za cholerę nie mogłam go zatrzymać i czułam, że nie mam już siły by z nim walczyć. Powoli zaczęłam się osuwać na dół i wisząc tak nad ziemią darłam się jak diabli. Może to komicznie wyglądało z punktu widzenia obserwatora ale wierzcie mi ja byłam przerażona i miałam pełne gacie strachu. Przecież gdybym spadła to Czardasz stratowałby mnie na Amen. Z odsieczą przybyła trenerka na swoim koniu, która  wybawiła mnie od poważnych kłopotów i gdyby nie ona to czuję, że miałabym przyspieszony kurs w skokach przez przeszkody i mogłabym brać udział w zawodach :)

Wiem, że takie rzeczy się zdarzają i normalnie ktoś zdrowy i w pełni sił na pewno sobie jakoś poradzi. Uświadomiłam sobie wtedy z bólem serca, że muszę przerwać jazdę konną póki nie zrobiłam sobie większej krzywdy. Przez jakiś czas jeździłam jeszcze z psiapsiółą do stadniny i karmiłam moją Dolinkę oraz pomagałam D. w przygotowaniu konia do jazdy lecz było mi bardzo przykro i źle z tym, że nie jest mi dane zostać dżokejką :( więc przestałam tam jeździć.

Teraz moje wspomnienia wróciły bo jakiś czas temu mój syn pojechał ze swoją kuzynką, która chodzi na szkółkę z jazdy konnej do stadniny bo miała wtedy pokaz swoich umiejętności. Bardzo mu się to zajęcie spodobało więc zapisał się na taką lekcję próbną na lonży, która odbędzie się w tą sobotę. Oczywiście fakt, że z nim pojadę nie podlega żadnej dyskusji. Po prostu ciągnie wilka do lasu :)
Zamierzam zapytać trenerów czy zajmują się Hipoterapią (zajęcia konne z osobami niepełnosprawnymi). Oj coś mi się wydaje, że zobaczyłam jak na nowo zapaliło się moje światełko w tunelu. Może jeszcze nie wszystko jest przesądzone :)

Jeżeli ktoś z Was próbował bądź jeździ konno to może podzieli się ze mną swoimi przeżyciami bądź emocjami jakie towarzyszyły Wam podczas jazdy?
Myślę, że to musi być niesamowite uczucie tak wsiąść na konia i pogalopować przed siebie. Poczuć tą magiczną siłę i moc kopyt, które niosą nas hen daleko. Ja miałam okazję przez chwilę być w podobnej sytuacji ale strach i przerażenie zabiły wszystkie moje marzenia i te dobre emocje, które towarzyszyły mi podczas wcześniejszych zajęć.
Ja podzieliłam się z Wami więc teraz kolej na Was ;)
No cóż czekam na Wasze komentarze i mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie :)

Zobaczcie jak pięknie się prezentuję na koniu :)
Aga na koniuRany słuchajcie właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że te zdjęcia mają swoją historyczną wartość bo były wykonane 22 lata temu :)