Wieści ze szpitala ….

Obiecałam Wam kochani, więc jestem, dużo osób mnie pyta co tam u mnie słychać, dawno nie byłam tak rozchwytywana ;) Cieszy mnie to i rosnę w sile, oby tak dalej, rozpieszczajcie mnie dobrą energią i tymi wszystkimi pozytywnymi myślami, a teraz już wiem, że nie ma takiej opcji, żeby coś poszło nie tak. Wyobraźcie sobie, że wraz z moim laptopem pojechał też domowy router z dawką internetu, żebym mogła mieć kontakt ze światem wirtualnym, a przede wszystkim z Wami :) Moje sąsiadki w sali już śpią, a ja po cichutku sobie klikam.

Znalezione obrazy dla zapytania sala operacyjna

No ale do rzeczy… Co tam u mnie?
W poniedziałek około 7:30 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Miałam się stawić po 8:00 i tak też byłam. Zarejestrowałam się i grzecznie oczekiwałam wraz z innymi na przyjęcie na oddział Chirurgii. Powiem Wam, że organizacja tam jest masakryczna, na oddział trafiłam dopiero koło 13:00. Dobrze, że miałam bułkę przy sobie, bo pojechałam na czczo, gdyby przypadkiem chcieli mi pobrać krew na badania. Warunki tam pozostawiają wiele do życzenia, i o ile oddział pamięta lata świetlne przed nami, tak łazienka mnie rozwaliła.
Wyobraźcie sobie, że skorzystanie z ubikacji było nie lada wyczynem, bo wymagało stanu lewitacji. Otóż cała muszla wraz z deską i podłogą wokół były całe obsikane :( No cóż nie zastanawiając się długo wzięłam ręczników papierowych ile się dało i rzuciłam na podłogę oraz na deskę ponieważ jakoś pozycja na Małysza zupełnie mi nie odpowiadała :) Potem dowiedziałam się od moich sąsiadek z sali, że obok jest prysznic z ubikacją w dużo lepszym stanie. Sprawdziłam i faktycznie było czyściej, kamień z serca mi spadł. Co sie potem okazało, to na tym oddziale leżały osoby z regóły do 3 dni, najczęściej do przygotowania do zabiegu. Sale pooperacyjne są podobno odremontowane i dużo nowocześniejsze. To już mnie całkiem uspokoiło.
Po całej procedurze związanej z przyjęciem zostałam poproszona przez lekarza do dyżurki, gdzie usłyszałam znów tą samą historię, czy zdaję sobie sprawę i jestem świadoma, że zabieg jest obarczony dużym ryzykiem, że jest niebezpieczny dla mnie, a tak w ogóle to mogę już nie wyjść z tego szpitala. Powiedziałam, że jestem już doskonale uświadomiona, ale w zasadzie nie mam wyjścia, bo jeśli nic nie zrobię z tą przepukliną i rozwijającymi się stanami zapalnymi, to wcześniej, czy później i tak mogłoby mi się coś stać, a w dodatku lepiej iść tak przygotowanym niż z marszu z bólami. Doktor faktycznie przyznał mi rację. Poprosiłam, żeby już nie wspominał o złych rzeczach. Powiedziałam mu jeszcze, że gdybym wiedziała, że tak sobie jeszcze pożyję kilka lat spokojnie, to już teraz bym poszła do domu. Miałam na prawdę ciężką decyzję do podjęcia, nikomu nie życzę, by miał się znaleźć w takiej sytuacji, to coś na zasadzie być, albo nie być. Wiecie z jaką sytuacją porównałam moją? Jestem poniekąd takim alpinistą, który decyduje się na wyprawę w góry by zdobyć swój zamierzony i wymarzony szczyt, choćby za cenę życia i zdrowia, z tą różnicą, że jego to kręci, a mnie moja wyprawa przeraża.

Ostateczny plan jest następujący: Jako, że mam problemy z cukrami, które najczęściej są zawyżone, a do zabiegu powinny być jak najlepsze, chirurdzy postanowili, że odeślą mnie na oddział, na którym leczę swoją cukrzycę i byłam już tam wielokrotnie. I tak we wtorek koło południa zostałam przewieziona. w sumie to się cieszę, bo warunki i jedzonko tu są bez porownania, mogę się wykąpać i skorzystać z ubikacji bez obaw, że złapię jakieś paskudztwo. Gardło mnie nadal pobolewa i zaczęłam pokaszliwać, więc od dziś dostałam antybiotyk taki trzydniowy. Będę też podłączona do pompy dożylnej żeby podregulować moje cukry, a w niedzielę mam być z powrotem przewieziona na chirurgię. Natomiast w poniedziałek odbędzie się operacja, nie wiem jeszcze dokładnie o której, ale podejrzewam, że rano ponieważ ma to być złożony i długi zabieg. Niestety zapewne nie zdążę Wam już napisać o której, bo mąż zabierze do domu laptopa, gdyż przypuszczam, że w najbliższym czasie raczej mi się nie przyda.

No i to by było na tyle z nowych informacji. Mam nadzieję, że ten kaszel się nie rozwinie, bo całe to przygotowywanie i czas spędzony w szpitalu poszedł by na marne.
Moi kochani cóż Wam mogę powiedzieć, strasznie się boję, ale powierzam się Panu Bogu i ufam mu, a ON niech mnie prowadzi drogą, którą mi wyznaczył. wierzę w to, że mnie nie opuści w potrzebie i nie pozwoli mi by stała mi się jakakolwiek krzywda. W końcu chyba już wycierpiałam się za wszystkie czasy ;)

Jeszcze raz z całego serca wszystkim Wam dziękuję za wsparcie, dobrą energię i modlitwy.  No to co, do zobaczenia wkrótce? ;)

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 2

Święta, święta i po świętach. Czas przelatuje nam między palcami szybko i nieubłaganie.
A ja znów siedzę i pisząc wspominam ten ostatni feralny pobyt nad morzem.

Pierwszą część już mam za sobą, a jeżeli ktoś nie czytał to zachęcam … odcinek I

A teraz ZAPRASZAM na odcinek 2 …

Brzuch cały czas mnie bolał, przez co droga strasznie mi się dłużyła. Panowie z karetki transportowej jechali co prawda na skróty, ale i tak trwało to około godziny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Na szczęście na SORze było mało ludzi, więc szybko zostałam przyjęta, lecz niestety wakacje, czas urlopowy przyczynił się do zbyt małej liczby  personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy. Wyobraźcie sobie, że w tym dniu przypadał jeden chirurg na SOR, oddział i blok operacyjny. Jak dla mnie totalna porażka. Przyjęli mnie bardzo sympatyczni ratownicy, którzy cały czas się mną zajmowali i nawet pozwolili mężowi siedzieć przy mnie. Mój stan ciągle się pogarszał, więc ratownicy próbowali usilnie skontaktować się z lekarzem, który cały czas operował. Jednak, gdy po zmierzeniu ciśnienia okazało się, że spadło do 70/40 (a idealne jest 120/80) i saturacja do 70% zaczęli działać na własna rękę. Podłączyli mi płyny w kroplówce i podali mocniejsze przeciwbólowe, mówiąc, że nie mogą już dłużej czekać, bo mój stan zagraża życiu. Na szczęście po jakimś czasie funkcje życiowe zaczęły się poprawiać.

Na lekarza czekałam 6 godzin. Przez chwilę udało mi się zasnąć. Po przebudzeniu zauważyłam, że ratownicy się zmienili. Byli bardzo nieuprzejmi, wygonili męża, a jak próbowałam ich prosić, by go zawołali, bo lepiej się czuję jak jest przy mnie, to się wydarli, że nie wolno mu tu przebywać. Zapewne tak jest, ale dlaczego tamci poprzednicy potrafili być tacy ludzcy, pomóc, powiedzieć coś miłego, a Ci jak takie chamidła z mordą do cierpiącej osoby.
W między czasie przywieźli jakiegoś pijaka, który się przewrócił i miał rozbite czoło. Położyli go obok mnie nie oddzielając nas żadnym parawanem. Gościu wydziwiał niesamowicie. Starałam się cały czas odwracać głowę i zatykać nos, bo strasznie od niego śmierdziało. Rozebrał się do naga i potem się ubierał na nowo. W związku z tym, że nie trzymał moczu założyli mu pampersa, którego zdjął, przy czym odwrócił się do mnie dupskiem i zesikał się na swoje łóżko :(  Myślałam, że zwymiotuję. Poprosiłam niemiłych ratowników by mnie przewieźli dalej od tego gościa i postawili parawan. Na szczęście tak zrobili. Wiecie co, ja wszystko rozumiem, że pijak to też człowiek, ale dlaczego nie trzymają ich osobno od innych poważnie chorych? Przecież nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i czy coś nie zrobi drugiej osobie, a poza tym nie jest przyjemnie znosić jego żenujące pijackie zachowanie i wąchać jego smrody. Według mnie SOR powinien mieć taką szpitalną izbę wytrzeźwień i tam tacy delikwenci powinni być trzymani.

W oczekiwaniu na chirurga przywieźli helikopterem młodego chłopaka, który był w ciężkim stanie po wypadku na motorze. Zlecieli się anestezjolodzy i lekarze z innych oddziałów, by go reanimować. Nie wiem co się z nim stało, bo zaraz zabrali go na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej).
Wreszcie pokazał się chirurg. Zlecił mi USG brzucha. Po badaniu powiedział, że najprawdopodobniej jest to wyrostek. Oczywiście ja i mój mąż nie zgadzaliśmy się z diagnozą. Przedstawiliśmy lekarzowi historię sprzed roku, którą opisywałam wcześniej ( KLIK w kilku częściach, oraz karty informacyjne z poprzedniego pobytu w szpitalu dotyczące właśnie tych moich boleści brzucha. Oczywiście nie docierało do lekarza to co mówiliśmy. Powiedział krótko, że konieczna jest operacja wycięcia wyrostka i daje nam chwilę na zastanowienie się. Po chwili przyszedł niefajny ratownik i z szyderczym uśmiechem powiedział do nas: „o widzę, że pacjent chce być mądrzejszy od lekarza”.
Odpowiedziałam: - Żeby pan wiedział. Od dziecka choruję i wiem o sobie i moich chorobach więcej niż lekarze, mało tego znam swój organizm na wylot.
Ratownik zrobił głupia minę i poszedł sobie. Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, bo czułam, że to nie jest wyrostek. Po rozmowie z mężem zdecydowałam się jednak na zabieg, bo chciałam żeby przestało boleć, bo miałam nadzieję, że jak mnie otworzą, to wszystko się wyjaśni i mi pomogą.

Po chwili zawieziono mnie na oddział i tam zaczęto przygotowywać do zabiegu. Pielęgniarki były bardzo sympatyczne i pomocne. Zaczęłam z nimi rozmawiać i jedna taka wesoła powiedziała mi, że jak mnie na początku zobaczyła, to pomyślała, że jestem murzynem i zaczęła się zastanawiać, jak ona się ze mną dogada    :)
Pewnie Was to zdziwiło dlaczego ona tak pomyślała? Otóż moja bujna i kręta szopa na głowie, plus mocna opalenizna, widoczna wieczorową porą, oznaczała jedno, MURZYN   :)
Sytuacja szybko się wyjaśniła, gdy spojrzały w moje dokumenty, okazało się, że to tylko JA.
Mąż był bardzo zmęczony od 5:30 cały czas na nogach i w pełnej gotowości. Zdenerwowany, głodny bez dachu nad głową. Poprosił ową wesołą pielęgniarkę podając swój numer telefonu, żeby dała mu znać jak będę już po zabiegu, bo on musi iść znaleźć sobie jakiś nocleg, bo jest bardzo późno, a były to godziny nocne. Pielęgniarka zgodziła się bez problemu. Po około 30 minutach zabrały mnie na blok operacyjny. P. odprowadził mnie pod same drzwi i pożegnał się słowami: „Nie martw się wszystko będzie dobrze, na pewno się uda i już nie będziesz cierpiała. Kocham Cię i po zabiegu się zobaczymy”.
Niestety nie udało się i nic nie było dobrze. Nie byłam świadoma tego, że moje cierpienie dopiero się zacznie.

Kolejna część historii – W szpitalnej celi.

Dla przypomnienia przedstawiam Wam części, które się już ukazały:

1. Potyczki ze służbą zdrowia.   
2. 
Ciąg Dalszy „Potyczek ze Służbą zdrowia”.
3. Potyczek CIĄG DALSZY – szpitalna cela.
4. Co się działo w szpitalnej celi.
5. Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy.
6. I co się działo w szpitalnej celi? – kontynuacja.  

CZĘŚĆ VII …

Jak wspominałam już kiedyś w części IV oprócz problemów z brzuchem spokoju nie dawało mi jeszcze zapalenie krtani, które wywoływało napady suchego i męczącego kaszlu. Robiono mi wtedy nebulizacje dwa razy dziennie, które łagodziły dolegliwości.
Moje łóżko znajdowało się w takim kąciku co utrudniało podłączenie mi inhalacji. Trzeba było na nim klęknąć i sięgnąć wysoko by dostać się do tegoż aparaciku.

Owego piątego dnia przyszedł czas na inhalację w związku z tym pojawiła się przy mnie pielęgniarka, która jakiś czas temu mi podpadła (a czym to opiszę kiedy indziej). Wstałam z łóżka i przesunęłam się tak, żeby miała lepsze dojście i żeby nie uszkodzić drenu. No i wyszła podłączyła i schodząc z impetem stanęła na drenie. Syknęłam bo zabolało mnie jak cholera i rozpłakałam się, a piguła zamiast jakoś po ludzku do mnie to jeszcze się uniosła, że stanęłam ze złej strony i to moja wina, że mi na ten dren nadepnęła. Inne siostry nie miały problemu i zawsze uważały, a ona była bardzo roztrzepana. Powiedziałam lekarzowi co się stało i odesłano mnie na ponowną konsultację chirurgiczną. Wszyscy myśleli, że sama sobie to wydarłam ale gdy wyjaśniłam jak to wszystko wyglądało to lekarze byli mocno zdziwieni bo pielęgniarka nikomu się nie przyznała co się stało.
Na konsultacji miałam szczęście bo był akurat ten życzliwy doktor, którego w poprzednich częściach nazywałam Aniołem Stróżem. Powiedział, że dren niestety w całości został wyrwany i musi go po prostu usunąć. Wyobraźcie sobie, że macie głęboko do środka brzucha założoną dość dużą rurkę i dodatkowo chwyconą do skóry kilkoma szwami by lepiej się trzymała. Teraz ktoś z całą siłą na nią przydeptuje i wyrywa ją. Powiem Wam, że myślałam iż oczy mi z orbit wyjdą.  Dobrze, że dren nic po drodze nie uszkodził bo wtedy bym miała bardzo poważny problem.
Na oddział wróciłam już bez towarzysza worka. Teraz pojawiło się pytanie co dalej. Brzuch po tym całym incydencie zaczął mnie bardziej boleć. Wyniki były w sumie całkiem dobre. Zrobiono mi kontrolną Tomografię Komputerową i odesłano jeszcze raz do chirurgów na ostateczne wydanie decyzji. Wynik TK wykazał znaczną poprawę. Ropnie się wchłonęły, a na ich miejscu pozostały stany zapalne. Wyniki z krwi też były całkiem przyzwoite. Doktor Anioł powiedział, że w zasadzie mogę iść do domu ale muszę uważać na siebie i się obserwować bo nie wiadomo jak organizm zareaguje na leki doustne ponieważ w szpitalu cały czas antybiotyki brałam dożylnie. Dostałam wytyczne, że gdy cokolwiek zacznie się dziać czyli gorączka lub ból brzucha to mam się udać na SOR.

Lekarze prowadzący wypisywali mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach jakby szydzili z mojej podjętej decyzji ich zdaniem całkiem nieodpowiedzialnej i dawali mi do zrozumienia żebym się tak nie cieszyła bo to na pewno jeszcze nie koniec.
Powiem Wam, że z jednej strony moja radość była wielka znaleźć się po miesiącu pobytu w szpitalu wreszcie w  domu ale jednak z drugiej strony bałam się jak to wszystko dalej się potoczy. W zasadzie miałam w sobie taki mały gejzer, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Antybiotyki brałam w sumie przez dwa miesiące więc mój organizm był tak wyjałowiony jak gazik w aptece. Musiałam bardzo uważać żeby nie stykać się z osobami zainfekowanymi. I ta ciągła niepewność czy wszystko będzie dobrze.

Od tamtego czasu minęło prawie 10 miesięcy. W między czasie kilka razy pobolewał mnie brzuch więc robię sobie od razu badania krwi  i USG by sprawdzić czy nic złego się tam nie dzieje gdy wyniki są troszkę podniesione dostaję nieszczęsne antybiotyki i po dwóch tygodniach mi się to uspokaja. Podobno z USG wynika, że po tym mniejszym ropniu nie zostało ani śladu natomiast ten większy cały czas wykazuje pewne pozostałości po sobie. No cóż pozostaje mi wierzyć, że tą bitwę jaką toczyłam ze swoim organizmem wygrałam i wszystko co złe pozostało gdzieś daleko za mną.  


     

 

 

I co się działo dalej w szpitalnej celi? – kontynuacja

CZĘŚĆ VI ….

Po 3 dniach pojechałam swoją ratunkową karocą na wycieczkę do chirurgów. W worku na dnie pojawiło się niewiele płynu surowiczego więc został usunięty. Mój Anioł Stróż (Pamiętacie? Wspominałam o nim  TUTAJ) wyjaśnił mi, że nie pokazała się w drenie ropa, której wszyscy tak się spodziewaliśmy bo albo GO tam nie było i to był tylko stan zapalny lub w trakcie wkłuwania się mógł trafić obok NIEGO.
Gorączka ustąpiła ale wyniki badań pomimo 3 tygodniowego leczenia nie poprawiały się jakoś zawrotnie. Po usunięciu drenu wróciłam na oddział. W między czasie moje sąsiadki z sali zmieniały się dość często. Przychodziły i po kilku dniach odchodziły. Właśnie zbliżał się 3 tydzień mojego pobytu w szpitalu. Brzuch cały czas mnie pobolewał, a ja coraz bardziej tęskniłam za domem i coraz częściej płakałam, że nie chcę już dłużej siedzieć w tych murach gdy są wakacje, a za oknem słonko mocno przygrzewa.
Lekarze prowadzący byli rozdrażnieni swoją bezsilnością, moim uporem i brakiem rozwoju sytuacji.

Na drugi dzień znów pojechałam do chirurgów aby określili się konkretnie co dalej z tym fantem zrobić. Trafiłam tym razem na bardzo życzliwą panią doktor, która zawołała mojego Anioła i razem uradzili, że spróbują jeszcze raz założyć mi tym razem dwa dreny. Wyjaśnili mi jeszcze raz wszystko co mają zamiar zrobić i w jaki sposób. Pan doktor i Pani doktor świetnie ze sobą współpracowali i widać było, że mój problem nie jest im obcy. Czułam, że jestem w dobrych rękach. Wtedy doktor powiedział do mnie coś co na długo pozostanie w mej pamięci „jest pani bardzo rezolutną, odpowiedzialną, wrażliwą, a do tego schorowaną  osobą, widzę, że walczy pani dzielnie dlatego bardzo chce pani pomóc i zrobię wszystko co w mojej mocy żeby tym razem się udało”. Słysząc to wzruszyłam się i totalnie mnie zamurowało bo żaden lekarz do tej pory nic takiego mi nigdy nie powiedział, a wierzcie mi  przewinęło się ich w moim życiu dość sporo. Po tych słowach uspokoiłam się jeszcze bardziej i już nie miałam żadnych wątpliwości, że coś może się nie udać. Ryzyko przebicia jelita grubego oczywiście występowało nadal ale jakoś o tym zapomniałam. Przeżegnałam się i oczekiwałam na rozwój wydarzeń. Pani doktor znieczuliła mi zastrzykiem miejsce wkłucia drenów na brzuchu i pilotowała doktora, który w skupieniu zaczął zakładać pierwszy dren, a po krótkiej chwili powyżej założył drugi. Jakaż wielka była wspólna radość gdy w obu drenach pojawiła się upragniona ropa, którą doktor nabrał do strzykawki w celu wysłania do badania. Do drenów wystających z brzucha przykręcono mi oczywiście dwa worki, do których zaczęła spływać żółta i gęsta treść. Pomyślałam wtedy, że jest nadzieja iż wreszcie wszystko dobrze się skończy. Ratownicy z karetek mocno mnie dopingowali bo znali już mnie i mój problem :) Doktor z uśmiechem i ulgą w głosie powiedział, że tym razem udało się trafić w samo sedno. Wytłumaczył mi jak trzeba przepłukiwać dren i napisał wytyczne do lekarzy prowadzących. Na koniec zapytałam jeszcze jak długo te dreny mam mieć założone, mój Anioł Stróż odpowiedział, że im dłużej tym lepiej ale raczej tak do tygodnia. Podziękowałam serdecznie doktorowi i pani doktor za fachową pomoc i ucieszona pojechałam na oddział.

Myślałam, że wreszcie nadszedł kres moim udrękom lecz niestety pomyliłam się. Pielęgniarki nie miały zielonego pojęcia jak się zabrać za te moje dreny. Niby z jednej strony co się dziwić skoro nie miały wcześniej do czynienia z takimi rzeczami ale z drugiej strony to jednak był szpital i leżeli tam też ciężej chorzy, którzy wymagali różnych zabiegów pielęgnacyjnych. Oj szczerze to czarno to wszystko widziałam.
Z resztą chirurg opisał dokładnie jak przepłukiwać dreny i dodatkowo pokazał mi jak to się robi bym mogła wyjaśnić pielęgniarkom w czym rzecz. Było to całkiem proste. Jakbym się uparła to mogłabym robić to sobie sama. Trzeba było do jednego drenu wlać 50 ml roztworu solnego i miało się to w tym drenie cofnąć do worka, a w drugim miało też częściowo spływać do drugiego worka. Niektóre pielęgniarki chętnie słuchały jak im objaśniałam jak to najlepiej zrobić jednak były też takie, które chciały być mądrzejsze robiąc coś po swojemu i wyrządzając mi przez to dodatkowy ból.
Na drugi dzień od założenia owych drenów przyszły wyniki z pobranej przez chirurga treści ropnej i antybiogram. Okazało się, że były to dwa upierdliwe paciorkowce na szczęście oporne tylko na jeden z podawanych mi antybiotyków, który od razu zmieniono.
Musiałam bardzo uważać na te moje dreny żeby sobie ich niechcący nie wyrwać. Uciążliwe było takie chodzenie czy mycie z dwoma takimi wężami i workami wystającymi z brzucha. Wychodząc z sali by rozprostować trochę kościska śmiałam się do moich współtowarzyszek z sali, że zabieram Azora i Burka na spacer :)
Z jednego drenu cały czas coś się tam sączyło, a drugi przez który wpuszczano roztwór do płukania po 3 dniach odmówił współpracy całkiem bo już nawet przestało się cofać to co zostało wlane do środka. Pojechałam więc znów do mojego doktora wybawcy, który usunął mi ten niedziałający dren i powiedział, żeby przepłukiwać teraz ten, który jeszcze zostawia ponieważ wszystko się jeszcze cofa i wypłukuje to co tam jest w środku. Zrobił mi też USG i stwierdził, że ten duży ropień zaczął się na szczęście zmniejszać. Poza tym wyniki się ładnie poprawiły i brzuch pobolewał już dużo mniej i tylko chwilami.

Wszystko toczyło się swoim rytmem ku dobremu. Niestety piątego dnia wydarzyło się coś co zburzyło mój spokój i radość. Przyczyniła się do tego pewna pielęgniarka, która już od dłuższego czasu miała ze mną zatarg.

w szpitalu

CIĄG DALSZY NASTĄPI ……