Co takiego ciekawego dowiedziała się Stąpająca Stopa – ciąg dalszy.

Poradnik Niepełnosprawnego podróżnika – TURCJA :)    - część I
Jak to „stąpająca stopa” poradziła sobie na urlopie – Turcja II   - część II

CZĘŚĆ III
Po śniadaniu udaliśmy się na małe zwiedzanie posiadłości, na której mieliśmy mieszkać przez kolejne 14 dni. Poczłapaliśmy w stronę plaży położonej bardzo blisko hotelu, bo około 200 m. Okazało się, że dla stąpającej stopy była to odległość nie do pokonania. Załamałam się, bo być tak blisko morza i nie móc do niego dojść, było dla mnie rzeczą niewyobrażalną. Coraz bardziej żałowałam, że nie posłuchałam męża, który sugerował, żebyśmy pożyczyli wózek inwalidzki w Polsce i wzięli go ze sobą. No, ale skoro dotarłam prawie pod plażę, to teraz musiałam jakoś wrócić. Wtedy mój wspaniałomyślny mąż powiedział, żebyśmy poszli skrótem, który to odkrył, podczas porannego dżogingu. Jako, że to ja uchodziłam za tą, co ma słabą orientację w terenie, zdałam się całkowicie na jego perfekcyjną intuicję. I drobnym kroczkiem poczłapaliśmy z powrotem w stronę hotelu. Jakoś ten skrót zaczął się dziwnie wydłużać, bo okazało się, że mężullo źle skojarzył drogę i nie ma przejścia między hotelami, tylko trzeba zaiwaniać do głównej, a potem dopiero skręcić do hotelu. Nie chcielibyście słyszeć, w jaki sposób wyrażałam swoje niezadowolenie ;)
Stąpająca stopa coraz bardziej bolała i ślubny był zmuszony nieść mnie co kawałek na barana. Po dłuższej chwili, udało nam się wreszcie dotrzeć na miejsce.
Byłam mega wkurzona, ale gdy zobaczyłam zafrasowaną minę P. i do tego usłyszałam: „przepraszam Cię, nie zrobiłem tego specjalnie, chciałem Ci skrócić drogę, żeby Cię ta stopa nie bolała”, uśmiechnęłam się i wszelkie złości poszły precz :)

Taki apetycznie przyrządzony barek z sałatkami :)

DSC03350

Po tej niezbyt udanej wycieczce poszliśmy na lancz. Stołówka była duża, bardzo przyjemnie urządzona, ale najważniejsze, że było dużo pysznego jedzonka  :)
Po posiłku mieliśmy iść na recepcję, ponieważ miało odbyć się spotkanie z naszą rezydentką. Mężullo wrócił się jeszcze na chwilę do pokoju, a ja powoli pokuśtykałam na miejsce. Naszej rezydentki jeszcze nie było, ale przy jednym ze stolików siedziała  reprezentantka innego biura i rozmawiała po Polsku z taką starszą panią, na oko gdzieś 70 lat z hakiem.  Usłyszałam, że rozmawiają o wycieczkach. Przywitałam się i zagadnęłam parę słów, następnie usiadłam kawałek dalej. W tym czasie nadszedł mój ślubny. Usłyszawszy nasz ojczysty język podszedł ochoczo do owych pań. Zapytał o naszą rezydentkę, na co starsza pani takim rozanielonym głosem z uśmiechem na ustach spytała mojego męża: „a może przejechałby się pan z nami na wycieczkę?”
Na co mój nic nie kapujący mąż odpowiedział: „niestety moja żona ma złamana stopę i nie może dużo chodzić, więc nie damy rady”. W tym momencie zobaczyłam grymas niezadowolenia na twarzy owej białogłowej i usłyszałam taki zawiedziony ton wypowiadający „aha”. P. grzecznie się pożegnał i podszedł do mnie. Jak zobaczył banana na mojej twarzy, to chyba zakapował, bo zapytał: „i z czego się tak cieszysz kobieto?” Nie mogąc się powstrzymać od śmiechu, odpowiedziałam: „no kochanie, miałeś rwanie, ta pani najwyraźniej była Tobą zainteresowana, liczyła pewnie na to, że pojedziesz z nią na wycieczkę”. :D
Swoją drogą, to dobrze, że nie była to jakaś atrakcyjna laska, bo przypuszczam, że wtedy nie byłoby mi tak wesoło ;)

Pośmialiśmy się oboje jeszcze przez chwilę, bo na horyzoncie pojawiła się nasza rezydentka. Na spotkaniu byliśmy tylko my, więc mogliśmy pozwolić sobie na taką luźną rozmowę. Pani była bardzo uprzejma i sympatyczna. Dowiedzieliśmy się od niej mnóstwo ciekawych rzeczy. Mianowicie spytaliśmy o wypożyczenie wózka inwalidzkiego. Po jej konsultacji z recepcją okazało się, że hotel może wypożyczyć taki wózek dla mnie, ale tylko do poruszania się na terenie hotelu. Poinformowano nas też, że czasem niektóre duże hotele mają takie wózki na własność. Szczerze mówiąc nie urządzało mnie to, bo ja chciałam się dostać do morza i pobliskich sklepów. Zrezygnowaliśmy więc z tej opcji. Wiedziałam, że, kto jak kto, ale ja na pewno sobie poradzę :)
Zgłosiliśmy też problem z mrówkami, który nasza pani  przekazała do recepcji.
Miło nam się gawędziło i od słowa do słowa, okazało się, że rezydentka ma męża Turka i mieszka od dwóch lat w Turcji. Bardzo nas to zaintrygowało, więc z naszej strony padło wiele pytań. Oczywiście jak się domyślacie, jednym z nich było:

MY – Czy nie bała się pani poślubić Turka i zamieszkać z nim tutaj?
ONA – Obecnego męża poznałam na studiach w Polsce. Robił wówczas drugi fakultet, hotelarstwo. Zanim przyleciałam tu na stałe poznałam też jego rodzinę, która przyjęła mnie bardzo ciepło i serdecznie.
Moi rodzice obawiali się naszego związku, więc żeby ich uspokoić i sobie                           udowodnić, iż nic mi nie grozi z ich strony, byłam tutaj kilka razy, zanim                               zamieszkaliśmy w Turcji na stałe.
MY – To, jak to jest, że tyle złego się słyszy o tym narodzie?
ONA – Tak na prawdę za tego typu opinie o Turkach, odpowiedzialny jest odłam (nazwa mi umknęła), który emigruje z Turcji i osiedla się w innych krajach, ot tacy pseudo Turcy.
Jestem szczęśliwa ze swoim mężem, on spełnia się zawodowo i ja też. Szanuje mnie, moje zasady i kulturę. I wbrew pozorom nie taki diabeł straszny jak go malują :)

Co jak co, ale z tym diabełkiem, którego za pewne wszyscy znacie nie mogłam sobie odmówić sweet foci  :)

DSC03355

Pani rezydentka pożegnała się z nami i udała się na kolejne spotkania w innych hotelach. My poszliśmy do pokoju się przebrać, by następnie udać się na basen przy hotelu, ponieważ póki co, tylko ta opcja wchodziła w grę.
Na drugi dzień, gdy wróciliśmy z basenu zauważyliśmy, że nasz balkon został spryskany środkiem na mrówki, ponieważ ta grupa, która tłumnie do nas przybyła została zgładzona, a nowe posiłki już nie nadchodziły. W między czasie smród ściekowy też się uspokoił i mogliśmy już w pełni cieszyć się naszym zaczętym urlopem. Dobrze, że nie zmieniliśmy jednak pokoiku, bo był w takim zacisznym i nienasłonecznionym bardzo miejscu, oraz co ważne na przeciwko windy, by stąpająca stopa miała jak najmniej wysiłku :)

A tutaj mój Mężullo w roli głównej atakuje nasz basen  - szczęki II  :)

DSC03049

Poradnik Niepełnosprawnego podróżnika – TURCJA :)

Minęło 7 dni jak wróciliśmy z urlopu więc wypadałoby coś skrobnąć na ten temat, a tutaj czarna dziura. Moja inwencja twórcza chyba zastrajkowała bo chce jeszcze poleniuchować :) Jak wiecie mój wyjazd był pod wielkim znakiem zapytania w związku z kontuzją stopy jaka mi się przytrafiła kilka dni przed podróżą i o której wspominam TUTAJ. W całym tym nieszczęściu jednak miałam wiele szczęścia.

Martwiłam się jak sobie damy radę na lotnisku i jak się dostaniemy na pokład samolotu. Moje obawy rozwiały się gdy siostra wspomniała, że widziała raz jak specjalna ekipa odtransportowała osobę na wózku do samolotu. Nie namyślając się długo zadzwoniłam na infolinię lotniska i popytałam o wszystko. Pani bardzo uprzejmie przekazała mi wszelkie potrzebne informacje. Jak się potem okazało było to dziecinnie proste.

W oczekiwaniu na wylot z Podkrakowskich Balic :)

20150506_131222

Osoby niepełnosprawne jeżdżące na wózku inwalidzkim lub mające problem z poruszaniem się także w wyniku powstałych kontuzji mogą zgłosić o swoim stanie w biurze podróży i poprosić o tzw. „asystę” bądź to samo można zrobić w momencie przybycia na lotnisko jeszcze przed odprawą w punkcie informacji. Oczywiście pomoc asysty jest bezpłatna. My akurat wybraliśmy tą drugą opcję ponieważ nie mieliśmy uwzględnionej tej pomocy przez biuro turystyczne bezpośrednio na bilecie. Dobrze, że moja siostra podpowiedziała mi to rozwiązanie bo była to dla mnie na prawdę komfortowa sytuacja. W sumie jakoś tak o tym nie pomyślałam chociaż już wielokrotnie leciałam samolotem.  A więc w drogę :)

6 maja wyjątkowo paskudny dzień było zimno i deszczowo. Na dodatek chwilę przed odlotem rozpętała się burza co spowodowało godzinne opóźnienie startu. Na lotnisko przywiózł nas mój tata. Wygramoliliśmy się z walizami z samochodu i powoli poczłapaliśmy w stronę terminalu odlotów. Mój mąż miał co ciągnąć bo z racji tego iż nie mogłam się zdecydować czy wziąć tą czy tamtą bluzeczkę bądź klapki czy spódnicę wzięłam i to i tamto więc moja walizeczka trochę ważyła :) Moim zdaniem kobiety powinny mieć swój przywilej i możliwość wzięcia trochę cięższego bagażu z racji ilości ciuchów i częściowego niezdecydowania ;)  Co to jest 20 kg połowę z tego ważyły przecież moje lekarstwa, które są dla mnie ważne i niezbędne.

Byliśmy w szoku bo nasze lotnisko chwilowo przypomina wielki plac budowy ponieważ toczą się na nim wszelkie remonty i rozbudowa.
Po przybyciu na miejsce udaliśmy się do punktu informacji by poprosić o asystę z wózkiem inwalidzkim. Po krótkiej chwili podeszła do nas sympatyczna pani, która pomogła mi usiąść na wózku. Bardzo sprawnie i szybko przeprowadziła nas przez całą odprawę od bagażowej do osobistej. Wszędzie bez kolejki i z pewnymi przywilejami statusu osoby niepełnosprawnej bądź wymagającej pomocy.
Jeżeli ktoś przyjmuje insulinę to najlepiej ją przewozić w bagażu podręcznym, a nie w walizce ponieważ występująca dość niska temperatura w luku bagażowym mogłaby spowodować, że insulina by się zepsuła. Koniecznie trzeba mieć przy sobie zaświadczenie od lekarza specjalisty o chorobie i posiadaniu insuliny oraz glukometru by okazać kontrolerom przy odprawie osobistej.

Mój doktor posłużył się takim gotowym formularzem, który możecie znaleźć TUTAJ. Teraz wystarczy wydrukować i dać do wypełnienia swojemu  lekarzowi specjaliście :)

Po zakończeniu procedur formalnych przyszedł czas na odtransportowanie mnie na pokład samolotu. Byłam bardzo ciekawa jak to się odbędzie bo wiadomo, że normalnie wszyscy inni pasażerowie jadą autobusem pod samolot. Po mnie przyjechał taki duży samochód. Oczywiście cały czas mąż towarzyszył mi w tej przeprawie. Podjechaliśmy pod  drzwi samolotu z drugiej strony niż stały schody i gdy otwarły się asysta wywiozła nas do góry na takiej windzie platformowej. Stewardessy i pilot grzecznie nas przywitali przy czym zajęliśmy nasze miejsca :)
W drodze na samolot dowiedzieliśmy się od naszej pomocy, że w momencie gdy poprosi się o asystę zostaje wysłany raport z powiadomieniem do miejsca docelowego o statusie osoby potrzebującej asysty. W związku z tym mamy już automatycznie zapewnioną pomoc w miejscu, do którego lecimy. Poinformowano nas jeszcze byśmy cierpliwie poczekali aż wszyscy wyjdą z samolotu i ktoś się po nas zgłosi.
Szczerze mówiąc obawialiśmy się jak to będzie gdy dolecimy na miejsce. Była to dla nas kompletna nowość, a i perspektywa innego kraju i języka nas paraliżowała. No cóż byliśmy dobrej myśli.
Przeżegnaliśmy się i żując gumę (by nas uszy nie bolały i by nam ich nie zatkało) poszybowaliśmy w górę. Lot minął nam całkiem dobrze i szybko. Zarówno start jak i lądowanie było mistrzowsko wykonane przez pilota :) Ledwo dolecieliśmy na miejsce, a w oknie zobaczyłam zbliżający się taki sam duży samochód ze znaczkiem inwalidy, który wiózł mnie w Polsce. Turecka asysta szybko i sprawnie przeprowadziła nas przez kontrolę paszportową po bagaże, a następnie pod autobus, który miał nas zawieźć do hotelu. Tam już musieliśmy sobie radzić sami. Zmęczenie dawało nam się we znaki bo od wczesnego ranka byliśmy na nogach, a w hotelu znaleźliśmy się około 22:00 czasu Tureckiego (przesunięcie godziny do przodu).
Lotnisko w Turcji i nasz samolocik na pierwszym planie :)

20150520_120426

Przygoda nasza szybko się skończyła i trzeba było wracać do domu.
W drodze powrotnej w autobusie towarzyszyła nam nasza rezydentka, która po przybyciu wraz z nami na miejsce zgłosiła przez wystawiony w informacji telefon, że potrzebujemy asysty. Po chwili ukazał nam się pan Turek z wózkiem inwalidzkim. Wszystko znów przebiegło szybko i sprawnie tak jak przy przylocie z Polski. Trochę się obawialiśmy jak to będzie bo zaszaleliśmy z zakupami i niestety przy ważeniu bagaży okazało się, że mamy mocny nadbagaż. Byliśmy pewni, że będziemy musieli dopłacić do dodatkowych kilogramów ale miło zaskoczył nas fakt, że osoba niepełnosprawna może mieć więcej kilogramów przy sobie. W sumie to dokładnie nie wiem ile ale uszczęśliwiło mnie to, że mój status zapewnił nam wiele przywilejów, z których jak widać w pełni skorzystaliśmy :)
W oczekiwaniu na samolot mąż wziął mnie na tym wózku i pojechaliśmy na strefę wolnocłową by kupić jeszcze jakieś słodycze do domu. Powiem Wam, ze bardzo zaskoczyło mnie podejście tamtejszego personelu do mnie jako osoby niepełnosprawnej. Wszyscy uśmiechali się do mnie i pytali czy mogą w czymś pomóc, a na zadawane pytania bardzo uprzejmie odpowiadali. Przy wyborze perfum dostałam taki markowy krem do ciała od pani, która nas obsługiwała. Wszyscy ustępowali nam miejsca żebyśmy mogli swobodnie przejechać wózkiem. No po prostu inny świat.

Taki widok żegnał nas opuszczając Riwierę Turecką 
20150520_125415

Tym razem samolot był podstawiony pod rękaw bo w Turcji jest ich dość sporo więc Turek asysta dowiózł mnie na wózku inwalidzkim pod samo wejście na pokład samolotu.
Samolot mknął po pasie startowym coraz szybciej. Przeżegnaliśmy się oczywiście żując gumę :) i trzymając się za ręce oderwaliśmy się od ziemi szybując coraz wyżej i wyżej. Z góry ukazał nam się piękny widok. Powiem Wam, że jest to niesamowite przeżycie. Człowiek z jednej strony się denerwuje żeby lot przebiegł spokojnie i dobrze ale z drugiej strony odczuwa wielką ekscytację i satysfakcję z możliwości przeżycia przez siebie czegoś wyjątkowego i niecodziennego. Nie mam tutaj na myśli oczywiście osób, które często latają np. do pracy bo dla nich jest to już powszednia przyjemność.
Jako, że z Turcji poszła wiadomość do Polski o potrzebie asysty gdy dolecieliśmy zapewniono mi spokojne dotarcie do terminalu przylotów po odbiór bagaży.

A taki widok nas witał gdy dolatywaliśmy – Kraków z lotu ptaka :)
20150520_145826

Zamieściłam w swoim wpisie kilka potrzebnych informacji z myślą, że Wam się przydadzą.
Mam nadzieję, że opisana przeze mnie przygoda z podróżą zachęci Was chorych, mających problem z poruszaniem się z jakichkolwiek powodów oraz wymagających pomocy osób trzecich abyście wyruszyli z domu w świat bo jest on bardziej przyjazny dla nas „innych” niż ten nasz własny, w którym żyjemy.
W sumie mogę powiedzieć, że moja sytuacja z kontuzją stopy w jakimś sensie się przydała bo mogłam doświadczyć zupełnie czegoś innego i dzięki temu podzielić się z Wami właśnie tym swoim nowym doświadczeniem.

Kolejna część moich przygód „stąpającą stopą w Turcji” już wkrótce :) 

Mój doktor posłużył się

 

Co to będzie? – dobrze będzie :)

I nadszedł wreszcie ten bardzo wyczekiwany dzień. Jutro wszystkie choroby, troski i fatum zostawiam w domu, a ja lecę z mężem na zasłużony odpoczynek. Stopa co prawda nie zagoiła się całkowicie dlatego nastawiam się bardziej na leżakowanie, a nie na wycieczki :) Turcję już trochę mamy pozwiedzaną więc jakoś żal nam bardzo nie będzie.
Co najwyżej jak ślubny będzie chciał zaliczyć jakąś wycieczkę to przylepi się do polskich turystów i pojedzie, a ja się będę rozkoszować słonkiem.
Transport do samolotu będę sobie organizować bo jest możliwość przy odprawie zgłosić, że jestem osobą niepełnosprawną i podobno odpowiednia ekipa odstawia pasażera specjalnym pojazdem na pokład samolotu więc nie muszę się martwić czy dam radę do niego wejść po tych schodach czy nie.

Jeżeli będę miała dostęp do internetu i znajdę trochę czasu pomiędzy jedzeniem, spaniem i opalaniem się to na pewno coś do Was tutaj skrobnę :) gdyby się jednak okazało, że technika mnie zawiedzie to przez 2 tygodnie będę niedostępna w Blogosferze.
Obiecuję jednak, że jak tylko wrócę i się trochę ogarnę to na pewno zaraz się tutaj pojawię :)

Moi drodzy proszę trzymać za mnie kciuki żeby udało mi się przetrwać tam bez żadnych przykrych przygód i bym wróciła do Was w jednym kawałku ;)

Jakbym czasem się zbyt długo nie odzywała to znaczy, że jakiś kolejny wariat uprowadził nasz samolot i wylądowaliśmy zamiast w Polsce to np.: na Wyspach Dziewiczych.
Tak na marginesie to wcale bym sie nie pogniewała na takiego wariata :)
Jeżeli ktoś ma u mnie jakieś zaległości to zachęcam do ich nadrobienia.

Trzymajcie się Kochani i nie zapomnijcie o mnie ;)
P.S. Synal zostaje na gospodarce z całą naszą trzodą więc mam nadzieję, że jak wrócimy to zastaniemy wszystko na swoim miejscu i inwentarz żywy będzie się zgadzał co do jednego :)

A tak żeby Wam smutno nie było to coś na wesoło zapodam ……