Wieści ze szpitala ….

Obiecałam Wam kochani, więc jestem, dużo osób mnie pyta co tam u mnie słychać, dawno nie byłam tak rozchwytywana ;) Cieszy mnie to i rosnę w sile, oby tak dalej, rozpieszczajcie mnie dobrą energią i tymi wszystkimi pozytywnymi myślami, a teraz już wiem, że nie ma takiej opcji, żeby coś poszło nie tak. Wyobraźcie sobie, że wraz z moim laptopem pojechał też domowy router z dawką internetu, żebym mogła mieć kontakt ze światem wirtualnym, a przede wszystkim z Wami :) Moje sąsiadki w sali już śpią, a ja po cichutku sobie klikam.

Znalezione obrazy dla zapytania sala operacyjna

No ale do rzeczy… Co tam u mnie?
W poniedziałek około 7:30 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Miałam się stawić po 8:00 i tak też byłam. Zarejestrowałam się i grzecznie oczekiwałam wraz z innymi na przyjęcie na oddział Chirurgii. Powiem Wam, że organizacja tam jest masakryczna, na oddział trafiłam dopiero koło 13:00. Dobrze, że miałam bułkę przy sobie, bo pojechałam na czczo, gdyby przypadkiem chcieli mi pobrać krew na badania. Warunki tam pozostawiają wiele do życzenia, i o ile oddział pamięta lata świetlne przed nami, tak łazienka mnie rozwaliła.
Wyobraźcie sobie, że skorzystanie z ubikacji było nie lada wyczynem, bo wymagało stanu lewitacji. Otóż cała muszla wraz z deską i podłogą wokół były całe obsikane :( No cóż nie zastanawiając się długo wzięłam ręczników papierowych ile się dało i rzuciłam na podłogę oraz na deskę ponieważ jakoś pozycja na Małysza zupełnie mi nie odpowiadała :) Potem dowiedziałam się od moich sąsiadek z sali, że obok jest prysznic z ubikacją w dużo lepszym stanie. Sprawdziłam i faktycznie było czyściej, kamień z serca mi spadł. Co sie potem okazało, to na tym oddziale leżały osoby z regóły do 3 dni, najczęściej do przygotowania do zabiegu. Sale pooperacyjne są podobno odremontowane i dużo nowocześniejsze. To już mnie całkiem uspokoiło.
Po całej procedurze związanej z przyjęciem zostałam poproszona przez lekarza do dyżurki, gdzie usłyszałam znów tą samą historię, czy zdaję sobie sprawę i jestem świadoma, że zabieg jest obarczony dużym ryzykiem, że jest niebezpieczny dla mnie, a tak w ogóle to mogę już nie wyjść z tego szpitala. Powiedziałam, że jestem już doskonale uświadomiona, ale w zasadzie nie mam wyjścia, bo jeśli nic nie zrobię z tą przepukliną i rozwijającymi się stanami zapalnymi, to wcześniej, czy później i tak mogłoby mi się coś stać, a w dodatku lepiej iść tak przygotowanym niż z marszu z bólami. Doktor faktycznie przyznał mi rację. Poprosiłam, żeby już nie wspominał o złych rzeczach. Powiedziałam mu jeszcze, że gdybym wiedziała, że tak sobie jeszcze pożyję kilka lat spokojnie, to już teraz bym poszła do domu. Miałam na prawdę ciężką decyzję do podjęcia, nikomu nie życzę, by miał się znaleźć w takiej sytuacji, to coś na zasadzie być, albo nie być. Wiecie z jaką sytuacją porównałam moją? Jestem poniekąd takim alpinistą, który decyduje się na wyprawę w góry by zdobyć swój zamierzony i wymarzony szczyt, choćby za cenę życia i zdrowia, z tą różnicą, że jego to kręci, a mnie moja wyprawa przeraża.

Ostateczny plan jest następujący: Jako, że mam problemy z cukrami, które najczęściej są zawyżone, a do zabiegu powinny być jak najlepsze, chirurdzy postanowili, że odeślą mnie na oddział, na którym leczę swoją cukrzycę i byłam już tam wielokrotnie. I tak we wtorek koło południa zostałam przewieziona. w sumie to się cieszę, bo warunki i jedzonko tu są bez porownania, mogę się wykąpać i skorzystać z ubikacji bez obaw, że złapię jakieś paskudztwo. Gardło mnie nadal pobolewa i zaczęłam pokaszliwać, więc od dziś dostałam antybiotyk taki trzydniowy. Będę też podłączona do pompy dożylnej żeby podregulować moje cukry, a w niedzielę mam być z powrotem przewieziona na chirurgię. Natomiast w poniedziałek odbędzie się operacja, nie wiem jeszcze dokładnie o której, ale podejrzewam, że rano ponieważ ma to być złożony i długi zabieg. Niestety zapewne nie zdążę Wam już napisać o której, bo mąż zabierze do domu laptopa, gdyż przypuszczam, że w najbliższym czasie raczej mi się nie przyda.

No i to by było na tyle z nowych informacji. Mam nadzieję, że ten kaszel się nie rozwinie, bo całe to przygotowywanie i czas spędzony w szpitalu poszedł by na marne.
Moi kochani cóż Wam mogę powiedzieć, strasznie się boję, ale powierzam się Panu Bogu i ufam mu, a ON niech mnie prowadzi drogą, którą mi wyznaczył. wierzę w to, że mnie nie opuści w potrzebie i nie pozwoli mi by stała mi się jakakolwiek krzywda. W końcu chyba już wycierpiałam się za wszystkie czasy ;)

Jeszcze raz z całego serca wszystkim Wam dziękuję za wsparcie, dobrą energię i modlitwy.  No to co, do zobaczenia wkrótce? ;)

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 4

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …
Odcinek 3 …

 

Jestem, przetrwałam, drugi zabieg bardzo mnie osłabił, przetoczono mi dwie jednostki krwi (dwa woreczki). W sumie po otwarciu brzucha, nadal nie było wiadomo skąd się wzięło, to moje nagłe pogorszenie. Po pierwszym zabiegu dostałam bardzo silne antybiotyki dożylnie, żeby wykluczyć jakąś infekcję wirusową, która mogłaby być niebezpieczna dla mnie po przebytej operacji. Okazało się, że w jelitach są dwa ropnie, więc założono mi 4 dreny zakończone buteleczkami, które się cały czas pałętały wokół mnie. Pobrana treść ropna do badania wykazała jakiegoś paciorkowca i grzyba, dlatego antybiotyki utrzymano. Moje dreny to były takie rureczki wsunięte przez specjalnie nacięte 4 otwory do środka brzucha, by to co złe mogło wypływać do zewnątrz. Pierwszych kilka dni po zabiegu nic w zasadzie nie pamiętam. Mąż mi mówił, że cały czas prawie spałam, bo dostawałam morfinę z powodu silnych bóli pooperacyjnych. Byłam też podłączona do takiej dożylnej pompy insulinowej. Wykłócałam się oczywiście z lekarzami, bo moja cukrzyca jest bardzo szalona i potrzebuję niewyobrażalnie dużo jednostek insuliny, a oni cały czas mi jej udzielali, przez co miałam bardzo wysokie cukry, a co za tym idzie wszystko nie goiło się tak jak trzeba. No cóż, znów lekarz chciał być mądrzejszy ode mnie. Z cukrzycą żyję już 18 lat i przeżyłam przeróżne eksperymenty, które miały za zadanie ją ujarzmić, niestety bez większego powodzenia. Dlatego przypuszczam, że wiem za pewne o wiele więcej, niż jakiś tam zwykły doktor i w dodatku chirurg.

No więc, ropa sobie ściekała do buteleczek, a brzuch był cały czas rozdęty i co najgorsze, jelita nie chciały podjąć pracy. Po kilku dniach dostałam papkę do jedzenia i zaczęłam wstawać z łóżka. Bardzo ciężko mi to szło, nie mogłam ustać na nogach. To okropne uczucie, gdy człowiek uczy się chodzić na nowo. Mój organizm był mocno wycieńczony, w związku z tym lekarze zlecili wykonanie mi wkłucia centralnego, bo chcieli podłączyć żywienie pozajelitowe żeby mnie wzmocnić. Dla większości z Was są to pewnie obce określenia, więc tak krótko wyjaśnię o co chodzi.
Wkłucie centralne polega na głębokim wkłuciu w tętnicę główną prowadzącą do serca, najczęściej w żyłę podobojczykową, specjalnego cewnika, zabieg ten wykonują anestezjolodzy. Stosuje się to, by odciążyć słabe i pękające żyły, jest to dobre  rozwiązanie na podawanie leków lub płynów przez dłuższy okres czasu, nawet do kilku miesięcy.
Pielęgniarki zawiozły mnie na blok. Byłam lekko wystraszona, bo nigdy wcześniej nie miałam tego typu wkłucia. Na miejscu okazało się, że ten zabieg będą mi wykonywać bardzo młodziutkie anestezjolożki, które oczywiście bardziej skupione były na swoich opowieściach o facetach, niż na mnie. Haha i hihi, a mnie wcale wesoło nie było. Po jakimś czasie wreszcie postanowiły się mną zająć. Oczywiście bez wcześniejszego wytłumaczenia co się może wydarzyć i jak to będzie wyglądać, zabrały się do wkłuwania mi cewnika akurat po prawej stronie. W pewnym momencie poczułam przeraźliwy ból od czubka głowy, aż po same palce u nóg. Do tego przestałam słyszeć na prawe ucho i zdrętwiała mi ręka. Wpadłam w panikę, zaczęłam krzyczeć i płakać, że coś mi uszkodziły, że przez nie, nie słyszę na ucho. Młode lekarki były tym zaskoczone, zaczęły coś tam mówić do siebie o jakiejś pacjentce, której też się to ponoć przytrafiło i gdy zaczęły się zabierać do kolejnej próby, kategorycznie odmówiłam. Byłam w szoku, lekarki krzyczały na mnie żebym przestała histeryzować, że to nic takiego. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że zamiast się hihrać powinny wytłumaczyć mi co się może wydarzyć i jak ma to wyglądać. Były strasznie opryskliwe i odpowiedziały, że nie będę ich pouczać co mają robić. Zadzwoniły po pielęgniarki żeby mnie zabrały na oddział. Wyjeżdżając stamtąd dolegliwości nadal nie ustępowały, wystraszona i zdenerwowana zobaczyłam na korytarzu męża, który czekał na mnie. Płacząc wykrzyczałam, że nie wiem co się stało, ale lekarki mi coś uszkodziły i nie zgodziłam się na ponowną próbę wkłucia. Mąż się zdenerwował i poszedł na blok by się dowiedzieć co się stało, gdy lekarki go zobaczyły podobno się zmieszały, a gdy P. powiedział, by podały mu swoje nazwiska to się wystraszyły. Jedna z nich wytłumaczyła mu, że podobno natrafiły na nerw i przez to wystąpiły te moje dolegliwości, które tak w zasadzie nie wiadomo było, czy ustąpią. Byłam zrozpaczona i pomyślałam sobie, że jakby tego było mało, to jeszcze do tego nie będę słyszeć na prawe ucho i ta ręka sparaliżowana. No cóż, wróciłam na oddział i powiedziałam zdziwionemu chirurgowi, co się stało. Póki co ten temat odpuścili.

W między czasie przyjechali nad morze, na weekend moi rodzice, bo bardzo się denerwowali całą tą sytuacją i chcieli mnie zobaczyć. Niestety nie mogli zostać na dłużej, ponieważ mieli swoją pracę, mój dom i mojego syna na głowie. Mama wspominała mi, że gdy w rozmowie z lekarzem padło zdanie na temat błędu lekarskiego, to on im tylko powiedział, że na cmentarzu leży najwięcej takich błędów. Nie wiem, jak może tak mówić człowiek rzekomo ratujący życie, ordynator oddziału. Ktoś kto tak myśli na pewno nie jest godny zaufania.
Rodzice pojechali do domu, a ja po niedługim czasie znów dostałam silnych bóli brzucha, zwijałam się i krzyczałam w niebo głosy. Doktor szybko wziął mnie na Kolonoskopię (badanie jelita grubego) żeby sprawdzić, czy nie doszło do perforacji (przedziurawienia) jelita. To badanie wykonuje się najczęściej pod narkozą, a ja miałam wykonane na żywca bez żadnego znieczulenia. Badanie polega na wsunięciu przez odbyt takiej grubszej rurki z kamerką na końcu oraz pompowaniem jelit, by sprawdzić ich szczelność, i czy prawidłowo  funkcjonują. Wyobraźcie to sobie, do tego wszystkiego jeszcze rozrywający ból brzucha. Mąż mi opowiadał, że wrzeszczałam tak strasznie, że nie był w stanie tego słuchać, jakby mnie ze skóry obdzierali. Dramat, powiem Wam, że nie przypuszczałam, iż jestem w stanie znieść aż tyle. Badanie niby nic złego nie wykazało, ale nadal nie wiadomo było, jaka jest przyczyna takich silnych boleści u mnie. Dość szybko okazało się, że Anioł Stróż nade mną czuwa, bo doktor zauważył w jednym z drenów kał. Bez zastanowienia, szybko w środku nocy zabrali mnie na blok, tam miał się odbyć mój trzeci zabieg. Było to 6 sierpnia zeszłego roku. Odległości miedzy operacjami wynosiły tak gdzieś 7 dni. Ledwo zaczęłam wracać do świata żywych, a już mi się pogarszało. Mój lekarz prowadzący miał mnie operować. Przed zabiegiem powiedział do męża, że jestem skrajnie wyczerpana i w dodatku doszło u mnie do kałowego zapalenia otrzewnej, które w zasadzie oznacza zakażenie całego organizmu, a w wyniku tego sepsę i śmierć. Na koniec dodał jeszcze, że teraz liczy się każda minuta i to będzie cud jak przeżyję. Sprawa była bardzo poważna, bo to już nie było szukanie przyczyny, tylko operacja ratująca życie, czyli moje być, albo nie być ……

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji – odcinek 3

Tak póki co, z bieżących spraw. Zabieg miałam wyznaczony na 27 kwietnia, ale odwołałam go.  Byłam konsultowana z kilkoma lekarzami, od których słyszałam jedno: w pani przypadku, po tym, co pani przeszła i z tymi dodatkowymi obciążeniami organizmu, jakie pani posiada, jest bardzo duże ryzyko poważnych powikłań (daruję Wam szczegółów), a nawet śmierci. Teraz pani chodzi i coraz lepiej się czuje, a po zabiegu najprawdopodobniej nie będzie dobrze.
Decyzja, którą musiałam podjąć była bardzo trudna. Biłam się z myślami, kompletnie nie wiedziałam, jak postąpić. Myślałam, że oszaleję, z jednej strony bardzo chciałam pozbyć się stomii, ale z drugiej rozsądek podpowiadał, żebym jednak nie ryzykowała. Wiecie co, nie przerażała mnie perspektywa śmierci, bo wraz z nią zniknęłyby wszelkie moje cierpienia, ale najbardziej obawiałam się powikłań, przez które mogłam okrutnie cierpieć i jeszcze bardziej wegetować. Po wielu rozmowach z najbliższymi postanowiłam zrezygnować z powrotu do normalności i poddać się losowi, a czas pokaże co będzie dalej. Tak, więc jeśli chcę istnieć i jakoś funkcjonować, muszę zaakceptować życie ze stomią, które nie jest takie proste.

Odcinek 1 …
Odcinek 2 …

Zapraszam na odcinek 3 …

I tak dotarłam na salę operacyjną. Anestezjolodzy zaczęli mnie podłączać do tych wszystkich aparatów. W pewnym momencie pani doktor powiedziała, że muszą zaczekać, bo nie wiedzą jak mnie uśpić.
Po chwili na salę wszedł lekarz, który miał mnie operować i powiedział: mamy mały problem z uśpieniem pani, rozmawiałem z inną kliniką i jeżeli pani chce, to możemy tam panią przewieźć na ten zabieg, a jeżeli nie, to będziemy musieli sobie jakoś poradzić w inny sposób.
Nie wiem, o co to całe zamieszanie, byłam już kilkukrotnie usypiana i nie było przy tym żadnych problemów.
W pierwszej chwili, gdy to usłyszałam, zdębiałam, ale nie miałam siły już nigdzie jeździć, bo jak pomyślałam sobie, że zanim mnie zawiozą, zanim tam przyjmą, to znów wszystko się przesunie o kilka godzin, a ja chciałam żeby ten koszmar się skończył. Do dziś gnębią mnie myśli, że, gdybym zgodziła się na przewiezienie, to może wszystko potoczyłoby się inaczej i tyle bym nie wycierpiała. Ja wiem, że takie gdybanie, dręczenie siebie nie ma sensu, ale chyba każdy ma takie coś w sobie, że analizuje coś, czego już się nie wróci.
Powiedziałam, więc do lekarza, że nie chcę już nigdzie jechać, i że oddaję się w ich ręce oraz mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zanim zasnęłam, anestezjolog próbowała mi jeszcze założyć sondę, ale tak mną szarpało, do tego ten ból brzucha, że postanowili, to zrobić jak zasnę.
Praktycznie od tego momentu z dalszych wydarzeń pamiętam, tylko migawki, a resztę dopowiedział mi mąż. Dlatego moja dalsza historia nie będzie już taka dokładna, jak dwie poprzednie.

Po tej operacji zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Jak się potem okazało, to nie było zapalenie wyrostka, ale pomimo wszystko go wycięli. Jednak wyszło na to, że JA, czyli wszechwiedzący pacjent, miałam rację. Nie wiem dlaczego, lekarze nie chcą słuchać pacjenta, zwłaszcza, gdy leczy się przewlekle od dawna, przecież zna swój organizm lepiej, niż ktokolwiek inny.
DROGI DOKTORZE, może zamiast się puszyć i wymądrzać, trzeba nauczyć się przede wszystkim słuchać, to rzadka, a zarazem cenna cecha wśród lekarzy.
Jelita cały czas się buntowały i nie chciały podjąć pracy. Byłam na płynnej diecie, czyli woda i jakieś zmiksowane gluty do jedzenia, obrzydlistwo. Lekarze zaczęli myśleć nad wypisaniem mnie do domu. Hmm … ale gdzie ten dom? Kawał drogi stąd, bo jakieś 800 km.  Mąż załatwiał karetkę, aby przetransportowała mnie do Krakowa, bo nie wyobrażał sobie, sam wieźć mnie znad morza. Oczywiście był to ogromny problem, bo zbyt duże koszty dla szpitala, ale po wielu negocjacjach z ordynatorem udało się załatwić transport. Termin ustalono na 28 lipca  2015 r. (wtorek) rano. Bardzo się cieszyliśmy z mężem, że w końcu wracamy do domu. Poinformowaliśmy rodzinę, która czekała na nas z niecierpliwością.

Nasza radość nie trwała jednak długo. W nocy z poniedziałku na ów wyczekiwany wtorek zaczęło się ze mną dziać coś złego. Myślałam, że umieram, nawet nie potrafię tego opisać, co się ze mną działo. Okropny ból brzucha, wysoka gorączka i uczucie, że rozdymający brzuch mnie zaraz udusi. To coś mniej więcej tak, jakby pompować cały czas balonik, który może zaraz pęknąć. Zadzwoniłam dzwonkiem i przyszła pielęgniarka, gdy wykrzyczałam jej co się dzieje, wezwała lekarza, który po chwili przybiegł do mnie.
Jak przez mgłę pamiętam co ze mną robili. Kroplówki, lewatywy, sonda, ugniatanie przepony, tlen. Doktor wykluczył odmę płucną. To był cud, że przeżyłam tą noc :(
Rano przyszła wizyta i wszyscy byli w szoku, gdy dowiedzieli się o moim nocnym koszmarze, oczywiście karetkę odwołali i niestety nadzieja na powrót do domu się oddaliła.
Potem wszystko działo się tak jakoś szybko, nie pamiętam zbyt wiele, tylko tyle, że mój stan się pogarszał, a lekarze nie bardzo wiedzieli co się dzieje. 31 lipca postanowili wykonać kolejny zabieg. Wtedy mój stan był na tyle ciężki, że doktorzy przekazali nam byśmy byli przygotowani na wszystko. Powiedzieli podobno mężowi, że mogę tego nie przeżyć, wszystko się skumulowało, moje choroby, leki, które zażywam oraz wycieńczenie organizmu zrobiły swoje. Zaczęto przygotowywać mnie do operacji, musiałam podpisać różne dokumenty, zrobiono mi echo serca, które przedstawiało jakieś nieprawidłowości.
Na koniec mąż wykręcał po kolei numer do moich bliskich i przyjaciółki, bym mogła przez chwilę z nimi porozmawiać, gdyby ……
Było to coś na zasadzie pożegnania. Nawet nie pamiętam z kim tak dokładnie rozmawiałam. Kuzynka mi ostatnio mówiła, że z nią też, a ja nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było straszne uczucie, mieć świadomość, że mogę nie wrócić z operacji.

Pojechałam na blok. Wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi, sąsiedzi i WY, modliliście się za mnie, przekazywaliście dobrą energię. P. siedział pod salą operacyjną załamany, rozmawiał przez chwilę na Messengerze z moją psiapsiółką ze Stanów, podobno płakał, mówił, że nie może mi się nic stać, bo on beze mnie nie da rady żyć.
Bardzo ciężko jest mi o tym pisać, nawet dziś, gdy staram się to wszystko jakoś sensownie poukładać, płaczę :(
Dzielę się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, bólem, cierpieniem, strachem, bo muszę to z siebie wyrzucić, bo chcę byście mogli jeszcze lepiej mnie zrozumieć i poznać.
Tak, właśnie tam za szklanymi drzwiami, toczy się moja walka o życie, czuję, że muszę wytrwać, przezwyciężyć te wszystkie przeciwności, a przede wszystkim, muszę wrócić do domu.

Welcome Home !!! I co dalej?

Kochani moi znajomi blogerzy i fani :) jeszcze raz dziękuję wszystkim za duchowe wsparcie i słowa otuchy, było to dla mnie bardzo ważne, bo pozwalało mi się podnosić
i iść do przodu. Przeszłam bardzo długą i ciernistą drogę, lecz niestety to nie koniec moich zmagań z tymi problemami, które mi się teraz przytrafiły. Czekają mnie jeszcze najprawdopodobniej kolejne zabiegi i ta niepewność jak to wszystko będzie, czy znów będę przechodziła przez podobne piekło, czy tym razem uda mi się przejść to w miarę łagodnie. Więcej na ten temat napiszę w późniejszym terminie.
Póki co muszę się zebrać i dojść do siebie, a to potrwa na pewno w moim przypadku jeszcze kilka miesięcy.

Obecnie od dwóch tygodni jestem w domu. Nareszcie się doczekałam, bo już myślałam, że nigdy do niego nie wrócę :( Przez kilka dni dziwnie się czułam, tak obco, jakbym była gdzieś u kogoś w gościnie :) Muszę pochwalić moich mężczyzn, że dzielnie sobie radzili i sprzątali domek więc nie miałam się o co martwić. Synal pod nieobecność moją i męża stanął na wysokości zadania i przygotował mi pokoik, żebym po powrocie ze szpitala miała swoje takie królestwo przystosowane do moich potrzeb. Jestem z niego dumna bo bardzo dobrze sobie radził sam w domu, gdy byliśmy z mężem przez półtorej miesiąca nad morzem na urlopie i w szpitalu. Bardzo się stęskniłam za najbliższymi, naszą sunią i domem oczywiście. Jak mówi stare porzekadło: „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” :)

Drobnymi kroczkami poruszam się po domu i staram się wykonać jakieś drobne czynności domowe. Jak chcę przejść trochę większy dystans to muszę się wspomagać czyimś ramieniem lub chodzikiem. Bardzo wyszczuplałam ponieważ nic nie jadłam przez miesiąc. Od długiego leżenia moje nogi, które i tak przed tym wszystkim nie były mocne, jeszcze bardziej osłabły i mam uczucie jakby były z drewna. Poza tym mój organizm jest wycieńczony i niedożywiony co wywołało anemię. Mam problemy ze Stomią, która nie należy do przyjemnych i żeby to wszystko ogarnąć muszę się do niej przyzwyczaić i nauczyć całej pielęgnacji i postępowania. Przez cały czas też mam problem z raną, która bardzo mozolnie się leczy. Mąż robi mi opatrunki codziennie ze specjalnym płynem przyspieszającym gojenie i regenerację naskórka.
Stoję teraz przed poważnym dylematem. Doktorzy wymyślili, żeby zrobić mi przeszczep z mojej tkanki skórnej na tą ranę by mogła się szybciej i bezpieczniej goić. W zasadzie nie byłoby żadnego problemu tylko, że w moim przypadku to nie takie proste. Chirurg plastyczny musi pobrać kilka wycinków mojej lichej tkanki skórnej i przytwierdzić go do rany. Istnieje duże ryzyko, że ten przeszczep może się nie przyjąć i rana się pogorszy, ale jak się nie zgodzę to nie wiadomo ile i czy w ogóle ta moja rana pooperacyjna się wygoi. Muszę teraz dobrać sobie zaufanych lekarzy żeby mi się tym wszystkim porządnie zajęli i ustalić konkretny plan działania dotyczący leczenia. Tak to pokrótce przedstawiłam Wam moją sytuację na dzień dzisiejszy.

Przez tą długą przerwę zupełnie wybiłam się z wirtualnego świata i blogowania. W głowie mam pustkę i nie wiem o czym pisać. Moja wena pisarska totalnie mnie opuściła. Do tego mam dużo zaległych spraw do ogarnięcia, które cały czas narastają i nie pozwalają mi na wygospodarowanie dłuższej ilości czasu, by pomyśleć i coś jednak skrobnąć tutaj w moim świecie.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i do następnego wpisu :)

Prawdziwa historia czyli w szpitalnej celi ciąg dalszy

CZĘŚĆ V ….

Woziłam się tymi bryczkami jak królowa tam i z powrotem. Większość ratowników i przewoźników zdążyła mnie już poznać, a ja ich :)

Pewnego dnia pojawił się na mojej wyboistej drodze pewien szlachetny chirurg co jest u nas w medycynie zjawiskiem niebywale rzadko spotykanym. Brzuch cały czas mnie bolał co prawda już nie tak bardzo ale jednak po mimo intensywnego leczenia nie ustąpił całkowicie. Gorączki już nie miałam.
Ów doktor przeglądnął moje wyniki, zrobił mi USG brzucha i zaczął ze mną tak najzwyczajniej w świecie rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Wyjaśniłam mu swoje obawy dotyczące zabiegu, a On przytakiwał mi ze zrozumieniem. Powiedział, że moje wątpliwości są uzasadnione i jak najbardziej się ze mną zgadza, że nie należy podejmować w momencie tak pochopnych decyzji zwłaszcza gdy dotyczy to zbyt inwazyjnej ingerencji w człowieku. Mój przypadek jest dość poważny i obciążony wieloma schorzeniami do tego zażywam całą masę leków ze sterydami włącznie więc jestem bardziej narażona na niebezpieczeństwo i powikłania pooperacyjne niż taki normalnie zdrowy człowiek.

Po tej naszej całej rozmowie doktor przedstawił mi pewne rozwiązanie, które okazało się znacznie mniej inwazyjne niż operacja. Jednak niosło to ze sobą pewne ryzyko, które mogło zakończyć się ostatecznie na stole operacyjnym. Mianowicie przy pomocy USG doktor miał wprowadzić dren w miejsce ropnia by zrobić mu ujście na zewnątrz. Ropień był niekomfortowo usytuowany bo sąsiadował z Esicą czyli częścią jelita grubego, które podczas wprowadzania drenu mogło zostać uszkodzone. Wówczas musiałabym w trybie natychmiastowym poddać się operacji i założenia STOMII co jak powszechnie wiadomo nie jest rzeczą zbyt przyjemną i komfortową.
Byłam z mężem na tej konsultacji więc doktor, którego nazwałam takim moim „aniołem stróżem” oznajmił, że wychodzi na chwilę i byśmy w tym czasie podjęli decyzję czy mam podjąć to ryzyko czy się wstrzymać. Nie ukrywam, że popłakałam się jak Bóbr i trzęsłam gaciami ze strachu. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę, że jak nic z tym nie zrobię to ten ropień może pęknąć i rozlać się wewnątrz jamy brzusznej prowadząc do zapalenia otrzewnej i w efekcie tego do śmierci. Przeanalizowałam wszystkie ZA i PRZECIW i gdy po powrocie doktor zapytał jaka jest moja decyzja odpowiedziałam iż zgadzam się na założenie drenu bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Wówczas mój „anioł” uśmiechnął się do mnie i pogratulował trafnej decyzji oraz dojrzałego podejścia do tak trudnej sprawy. 

Przeżegnałam się więc i poprosiłam Pana Boga o opiekę. Mogłam więc spokojnie poddać się temu drenażowi, który musiał się udać ponieważ Bóg trzymał mnie za rękę, a sam zabieg wykonywał mój „anioł stróż”. Na znak, że jestem gotowa kiwnęłam głową wtedy doktor wstrzyknął mi w brzuch środek znieczulający. Po chwili wyciągnął taką dużą igłę jak do punkcji, która znajdowała się wewnątrz drenu. Na sam widok zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie i poczułam jeszcze większy strach. Doktor przyłożył głowicę USG do brzucha i zaczął powoli się wkłuwać. Po policzkach pociekły mi łzy ale nie przez ból jaki odczuwałam tylko ze strachu, który zagłuszył wszystko inne wokół. Po umiejscowieniu drenu wewnątrz brzucha doktor usunął igłę. Dren został dodatkowo zabezpieczony przed wysunięciem kilkoma szwami przymocowanymi do skóry brzucha.
Po dosłownie 10 minutach, a mi wydawało się, że trwało to całe wieki usłyszałam upragnione „już po wszystkim”, jelito nie zostało na szczęście  uszkodzone.
W drenie od razu pokazała się treść surowicza (taki jasnoczerwony bezzapachowy płyn), a nie ropa, której oczekiwaliśmy. Doktor wyjaśnił mi iż albo to nie do końca był ropień tylko np, stan zapalny albo nie trafił w sam jego środek. Kazał odczekać 3 dni czy nic się nie pojawi i zgłosić się do kontroli chirurgicznej. Oczywiście cały czas leżałam jeszcze w szpitalu więc chirurg opisał całą konsultację i wytyczne dla moich lekarzy prowadzących.

Na oddział wróciłam z takim dodatkowym gadżetem w postaci drenu zakończonego taką torebeczką do której spływała treść surowicza. Przywiózł mnie ów życzliwy Ratownik blondynek, o którym pisałam TUTAJ. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi ale asystował przy moim drenażu co nie należało do jego obowiązków, a na koniec powiedział mi żebym się nie martwiła bo na pewno wszystko będzie dobrze i będzie trzymał za mnie mocno kciuki. Bardzo miły gest nie uważacie? ;)

Lekarze i pielęgniarki sądząc po minach byli wielce „uradowani” widząc mnie z powrotem z nowym towarzyszem „workiem”.
Po chwili przyszła do mnie Pani doktor i z oburzeniem w głosie zaczęła krytykować mojego „anioła stróża”, który jako jedyna osoba zobaczył we mnie schorowanego człowieka, a nie tylko królika doświadczalnego.
Powiedziała, że jak sprawdzała w podręczniku to takie ropnie jak moje leczy się tylko operacyjnie i ona zupełnie nie może zrozumieć takiego bezsensownego rozwiązania jakie zastosował chirurg. W moich oczach straciła całą swoją wartość i autorytet jako lekarz. Zwłaszcza, że wcześniej przyznała iż nie jest to jej dziedzina i nie zna się na tym. Nie mogłam zrozumieć jak można traktować pacjenta tak przedmiotowo opierając się jedynie na przedstawionym pojedynczym schemacie książkowym. Wiadomo, że każdy pacjent jest indywidualistą w swojej chorobie i jego leczenie wcale nie musi być takie sztywne i teoretyczne. Czasem trzeba trochę poeksperymentować żeby wybrać najbardziej dogodne i optymalne rozwiązanie oraz mocno się zastanowić co i jak zastosować żeby zmniejszyć ryzyko, a zwiększyć szanse na poprawienie stanu zdrowia chorego. Byłam w szoku zachowaniem lekarki, która cały czas dawała mi do zrozumienia, że mój brak zgody na operację jest czystym wymysłem i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Lekarze patrzyli na mnie z pewną pogardą przez co czułam się jak jakiś wyrzutek społeczeństwa ot takie zaszczute zwierzątko, którego nikt nie rozumie i nie wesprze w tej przykrej i trudnej chwili. Siłę do walki dawał mi sam Bóg, a wsparcie moich najbliższych i znajomych było dla mnie taką dodatkową pigułką energetyzującą.

Mój towarzysz „worek” nie zdobył mojej sympatii. Cały czas musiałam uważać żeby go sobie niechcący nie wyrwać np. podczas snu lub nie zapomnieć zabrać go ze sobą wstając z łóżka, że już o dyskomforcie, który odczuwałam cały czas nie wspomnę.
Na szczęście nie trwało to długo. Po 3 dniach zgodnie z zaleceniami chirurga stawiłam się do kontroli. Niestety ropa nie pojawiła się więc dren został usunięty.