Wieści ze szpitala ….

Obiecałam Wam kochani, więc jestem, dużo osób mnie pyta co tam u mnie słychać, dawno nie byłam tak rozchwytywana ;) Cieszy mnie to i rosnę w sile, oby tak dalej, rozpieszczajcie mnie dobrą energią i tymi wszystkimi pozytywnymi myślami, a teraz już wiem, że nie ma takiej opcji, żeby coś poszło nie tak. Wyobraźcie sobie, że wraz z moim laptopem pojechał też domowy router z dawką internetu, żebym mogła mieć kontakt ze światem wirtualnym, a przede wszystkim z Wami :) Moje sąsiadki w sali już śpią, a ja po cichutku sobie klikam.

Znalezione obrazy dla zapytania sala operacyjna

No ale do rzeczy… Co tam u mnie?
W poniedziałek około 7:30 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Miałam się stawić po 8:00 i tak też byłam. Zarejestrowałam się i grzecznie oczekiwałam wraz z innymi na przyjęcie na oddział Chirurgii. Powiem Wam, że organizacja tam jest masakryczna, na oddział trafiłam dopiero koło 13:00. Dobrze, że miałam bułkę przy sobie, bo pojechałam na czczo, gdyby przypadkiem chcieli mi pobrać krew na badania. Warunki tam pozostawiają wiele do życzenia, i o ile oddział pamięta lata świetlne przed nami, tak łazienka mnie rozwaliła.
Wyobraźcie sobie, że skorzystanie z ubikacji było nie lada wyczynem, bo wymagało stanu lewitacji. Otóż cała muszla wraz z deską i podłogą wokół były całe obsikane :( No cóż nie zastanawiając się długo wzięłam ręczników papierowych ile się dało i rzuciłam na podłogę oraz na deskę ponieważ jakoś pozycja na Małysza zupełnie mi nie odpowiadała :) Potem dowiedziałam się od moich sąsiadek z sali, że obok jest prysznic z ubikacją w dużo lepszym stanie. Sprawdziłam i faktycznie było czyściej, kamień z serca mi spadł. Co sie potem okazało, to na tym oddziale leżały osoby z regóły do 3 dni, najczęściej do przygotowania do zabiegu. Sale pooperacyjne są podobno odremontowane i dużo nowocześniejsze. To już mnie całkiem uspokoiło.
Po całej procedurze związanej z przyjęciem zostałam poproszona przez lekarza do dyżurki, gdzie usłyszałam znów tą samą historię, czy zdaję sobie sprawę i jestem świadoma, że zabieg jest obarczony dużym ryzykiem, że jest niebezpieczny dla mnie, a tak w ogóle to mogę już nie wyjść z tego szpitala. Powiedziałam, że jestem już doskonale uświadomiona, ale w zasadzie nie mam wyjścia, bo jeśli nic nie zrobię z tą przepukliną i rozwijającymi się stanami zapalnymi, to wcześniej, czy później i tak mogłoby mi się coś stać, a w dodatku lepiej iść tak przygotowanym niż z marszu z bólami. Doktor faktycznie przyznał mi rację. Poprosiłam, żeby już nie wspominał o złych rzeczach. Powiedziałam mu jeszcze, że gdybym wiedziała, że tak sobie jeszcze pożyję kilka lat spokojnie, to już teraz bym poszła do domu. Miałam na prawdę ciężką decyzję do podjęcia, nikomu nie życzę, by miał się znaleźć w takiej sytuacji, to coś na zasadzie być, albo nie być. Wiecie z jaką sytuacją porównałam moją? Jestem poniekąd takim alpinistą, który decyduje się na wyprawę w góry by zdobyć swój zamierzony i wymarzony szczyt, choćby za cenę życia i zdrowia, z tą różnicą, że jego to kręci, a mnie moja wyprawa przeraża.

Ostateczny plan jest następujący: Jako, że mam problemy z cukrami, które najczęściej są zawyżone, a do zabiegu powinny być jak najlepsze, chirurdzy postanowili, że odeślą mnie na oddział, na którym leczę swoją cukrzycę i byłam już tam wielokrotnie. I tak we wtorek koło południa zostałam przewieziona. w sumie to się cieszę, bo warunki i jedzonko tu są bez porownania, mogę się wykąpać i skorzystać z ubikacji bez obaw, że złapię jakieś paskudztwo. Gardło mnie nadal pobolewa i zaczęłam pokaszliwać, więc od dziś dostałam antybiotyk taki trzydniowy. Będę też podłączona do pompy dożylnej żeby podregulować moje cukry, a w niedzielę mam być z powrotem przewieziona na chirurgię. Natomiast w poniedziałek odbędzie się operacja, nie wiem jeszcze dokładnie o której, ale podejrzewam, że rano ponieważ ma to być złożony i długi zabieg. Niestety zapewne nie zdążę Wam już napisać o której, bo mąż zabierze do domu laptopa, gdyż przypuszczam, że w najbliższym czasie raczej mi się nie przyda.

No i to by było na tyle z nowych informacji. Mam nadzieję, że ten kaszel się nie rozwinie, bo całe to przygotowywanie i czas spędzony w szpitalu poszedł by na marne.
Moi kochani cóż Wam mogę powiedzieć, strasznie się boję, ale powierzam się Panu Bogu i ufam mu, a ON niech mnie prowadzi drogą, którą mi wyznaczył. wierzę w to, że mnie nie opuści w potrzebie i nie pozwoli mi by stała mi się jakakolwiek krzywda. W końcu chyba już wycierpiałam się za wszystkie czasy ;)

Jeszcze raz z całego serca wszystkim Wam dziękuję za wsparcie, dobrą energię i modlitwy.  No to co, do zobaczenia wkrótce? ;)

Czy siniak zawsze oznacza przemoc?

No właśnie, wiele teraz mówi się o domowej przemocy w rodzinie, z jednej strony bardzo słusznie, bo faktycznie często nie wiemy, czy za drzwiami domów nie dzieje się komuś jakaś krzywda ze strony bliskich lub współmieszkańców.
Do opisania tego tematu zainspirował mnie środowy serial „Na sygnale”, który z resztą bardzo lubię. Zwróciłam szczególnie uwagę na jedną z akcji, ponieważ uświadomiła mi pewną rzecz, mianowicie to, że wystarczy słowo, aby zniszczyć komuś życie.

Pogotowie tym razem zostało wezwane na basen. Okazało się, że jedno z dzieci zaczęło się topić. Po przybyciu na miejsce, pani, która pilnowała dzieciaki zaprowadziła Ratowników do szatni, ponieważ tam siedział ów poszkodowany chłopiec, w raz ze swoją małą i wystraszoną siostrą. Podczas badania okazało się, że chłopiec ma przebite płuco, najprawdopodobniej przyczyną było złamane żebro, dodatkowo wyszło też, że rodzeństwo ma całe ciało w siniakach. Pani doktor stwierdziła, że dzieci są maltretowane przez rodziców i bez namysłu powiadomiła policję o przestępstwie. Stan chłopca nagle zaczął się pogarszać, w związku z tym pogotowie szybko zabrało go do szpitala. Byli tam już rodzice, którzy bardzo się denerwowali i przejmowali losem syna, jednak gdy usłyszeli od przybyłej policji, że są podejrzani o znęcanie się nad swoimi dziećmi, mocno się oburzyli krzycząc: Nie jesteśmy potworami, bardzo kochamy nasze dzieci i nigdy byśmy  ich nie skrzywdzili.
Dziewczynka siedząc na korytarzu z mamą zagadnęła przechodzącą obok lekarkę pogotowia, która podczas rozmowy przyglądając się małej, nagle zauważyła, że ma ona  niebieskie oczy, tak jak jej brat. Coś zaczęło jej świtać w głowie i natychmiast pobiegła do lekarza dyżurującego, by dokładniej przeglądnąć zdjęcie rtg kości chłopca. Po głębszej analizie i konsultacji, okazało się, że dzieciaki chorują na Wrodzoną Łamliwość Kości  Rodzice byli zrozpaczeni, dość poważną chorobą swoich dzieci, a do tego całe to nieporozumienie z maltretowaniem, dodatkowo ich upokorzyło. Jednak odetchnęli z ulgą, gdy wszystko zostało wyjaśnione. Pani doktor oczywiście przeprosiła rodziców za swoją pomyłkę, ale to co oni przeszli podczas przesłuchania, gdy ich synek walczył o życie, nie da się opisać.  Przypuszczam, że dla lekarki Pogotowia była to lekcja życia, o której już  będzie zawsze pamiętała i zanim zbyt pochopnie kogoś oskarży, sprawdzi, czy nie jest to przypadkiem jakaś choroba. 

Zobaczcie, na tym krótkim przykładzie można wywnioskować, jak bardzo można się pomylić w swoich osądach. Ja wiem, że tego typu sytuacje rzadko się zdarzają, ale się zdarzają, więc zanim komuś przyczepimy etykietkę psychola znęcającego się nad swoją rodziną i to gdzieś zgłosimy, upewnijmy się, że się nie mylimy, a jeśli nie jesteśmy do końca pewni swoich obaw, to raczej nie róbmy z tego afery, lecz poprośmy kogoś, by sprawdził nasze, nie do końca pewne podejrzenia.
Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby pani doktor nie była zbyt dociekliwa i nie wykryła choroby u wyżej opisanego rodzeństwa. Zapewne rodzice poszli by do więzienia, a dzieci do rodzin zastępczych. I tak kochająca się rodzina przestałaby istnieć. Kto wie co mogłoby się stać, może nawet w wyniku buntu, rozpaczy doszłoby do jakiejś tragedii.

Kiedyś nikt nie interesował się i nie przejmował posiniaczonymi, czy pokaleczonymi dziećmi. Teraz nasz Kraj wpadł z jednej skrajności w drugą. Tylko ktoś, kto nie ma dzieci i zielonego pojęcia o ich wychowaniu może widzieć wszystkie poobijane dzieciaki jako ofiary przemocy w rodzinie. Nasz syn, gdy był mały miał różne kontuzje, z którymi byliśmy zmuszeni udać się na pogotowie. A to złamana ręka na rowerze, złamany palec u nogi podczas biegania na boso po domu. Pamiętam też, jak nasz synek, gdy miał może około 3 lat, biegając po pokoju wpadł z pewną siłą na szybę od drzwi balkonowych, która pod wpływem uderzenia rozbiła się, gdy zobaczyłam zakrwawioną twarz synka, myślałam, że zemdleję, spanikowałam przez chwilę, po czym zawołałam męża i szybko pojechaliśmy na pogotowie. Na szczęście po obmyciu twarzy i zbadaniu skończyło się na kilku szwach na czole, po których z resztą syn ma do dziś pamiątkę. Miałam okropne wyrzuty sumienia, że nie zareagowałam na czas, byłam tam przy tym jak to się stało, ale to były ułamki sekundy, nic nie mogłam tak na prawdę zrobić.
Teraz sobie myślę, że jakby to wydarzyło się w dzisiejszych czasach, najprawdopodobniej oboje z mężem poszlibyśmy do więzienia za znęcanie i nieodpowiednią opiekę nad synem.
Nie myślcie sobie czasem, że jestem przeciwna pomocy ofiarom przemocy rodzinnej, nic z tych rzeczy. Uważam, że jak najbardziej  należy pomagać, tylko trzeba to czynić z głową i rozsądkiem, by niechcący oskarżając, nie zniszczyć komuś życia. Tak jak mogłoby to się stać, w opisanym przeze mnie powyżej przykładzie.
No cóż wszystko się niby zmienia, ale pytanie, czy na pewno na lepsze?

Na koniec chciałam przedstawić Wam pewien przekaz, który daje do myślenia, nie sądzicie, że pewne zachowania wynosi się z domu, w tym znęcanie fizyczne na bliskich również?


Quad, a może komputer? Jak tu dogodzić Pierwszokomuniście …

Maj, miesiąc Maryjny, piękny rozbudzający przyrodę do życia, kwitną bzy, konwalie. Uwielbiam te kwiaty, a jeszcze bardziej ich zapach :)
Zapewne niektórym, ten okres kojarzy się z Komuniami i słusznie, bo ja właśnie o tym dziś będę pisać.

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Byłam na początku drugiej klasy (obecnie są to trzecie klasy), gdy mama zaczęła się rozglądać za sukienką dla mnie. Wtedy jeszcze nie było tuniczek, a szkoda, bo rewia mody brała górę nad rozsądkiem i skromnością.
Zgadała się wówczas z ciocią (swoją siostrą), że została jej sukienka po mojej kuzynce i jak mi się spodoba, to jest moja  :)  Jasne, że mi się podobała. Ucieszyłam się i nie mogłam się doczekać dnia, w którym ją założę :) Wiadomo, trzeba było dokonać drobnych poprawek, bo kuzynka była wyższa ode mnie. Krawcową trochę poniosło i za bardzo mi ją skróciła, ale przynajmniej było mi widać, moje piękne, białe lakierki ;)  Wianuszek, buty i bieliznę mama mi kupiła, a pelerynkę zrobiła mi moja babcia, była piękna, bielutka z moheru, wtedy takie były modne :) Czułam się jak księżniczka.
Nadszedł dzień pierwszej spowiedzi. Bardzo się denerwowałam i przeżywałam, aż bolał mnie brzuch, grzechy miałam spisane na kartce, a i tak pod wpływem emocji zapomniałam ją wyciągnąć z torebki i mówiłam z pamięci.  Przygotowania w domu szły pełną parą. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie placków. Dokładnie tak było, nie w lokalach jak jest dzisiaj, dawniej samemu wszystko się przygotowywało. Położyłam się wcześniej spać, bo rano musiałam wstać, gdyż Komunię miałam o 8:00. Z wrażenia nie mogłam zasnąć, bardzo to wszystko przeżywałam. Nadszedł ten długo przeze mnie oczekiwany dzień mojej Pierwszej Komunii. Dom był pełen ludzi i wszyscy pomagali mi się ubierać, czułam się w tym dniu bardzo wyjątkowo. Założyłam swój biały strój i pojechałam do kościoła.
Po przybyciu na miejsce siostry zakonne zaczęły ustawiać nas w kościele. Z racji tego, że byliśmy liczną grupą dzieciaków zrobiło się ciasno, więc musieliśmy wszyscy stać przez całą mszę, która trwała prawie dwie godziny. Chłopcy, jak to chłopcy mieli garnitury, czarne, białe, granatowe, a dziewczynki dość skromne sukienki, poza jedną. Powiem Wam, że się bardzo wyróżniała, wszystkie dziewczynki włącznie ze mną, patrzyłyśmy na nią, czując wewnętrzny żal i zazdrość. Pamiętam tą suknię i tą dziewczynkę do dziś. Wyglądała jak taka miniaturka panny młodej. Falbany i tiule były wszędzie, na całej jej sukience, nawet wianek nie był zwyczajny, tylko taki wymyślny, przyozdobiony kamyczkami, kwiatami i perełkami.

Zobaczcie jakie to musiało zrobić na mnie wrażenie, byłam wtedy małą dziewczynką, a ten obraz pozostał w mojej pamięci aż do dziś. Potem liczył się już tylko fakt, że Pan Jezus zagościł w moim sercu po raz pierwszy. Na moim przyjęciu było sporo kuzynostwa, więc ten dzień minął mi bardzo fajnie, na zabawie i wspólnych wygłupach :)
Z prezentów w zasadzie pamiętam tylko taki komplet: kalkulatorek, długopis i zegarek, a wszystko w kolorze błękitnym. Podobało mi się to na maksa, były jeszcze pieniądze, za które kupiłam sobie taki cieniutki, złoty łańcuszek z wisiorkiem :)

Tak się prezentowałam w tym moim uroczystym dniu :)
DSC03929Wiem, że zdjęcie nie jest dobrej jakości, ale nie ma się co dziwić, bo było zrobione wiele lat temu. Ważne jest dla mnie, że mam w ogóle jakąś pamiątkę :)

Tak to wyglądało kiedyś, dawno temu, teraz jest zupełnie inaczej. Przyjęcia są huczne, organizowane w lokalach, lista prezentów jest długa i dość konkretna co jest bardzo kłopotliwe dla gości, zwłaszcza chrzestnych, których najzwyczajniej w świecie nie stać, by sprostać oczekiwania swoich chrześników. Dzieci myślą o tym swoim uroczystym dniu, jak o urodzinach lub Mikołaju, co też fajnego dostaną i ile kasy zbiorą. To się teraz niestety liczy najbardziej. Super rower, Quad, laptop, komputer, wypasione  telefony komórkowe itp. No, po prostu  w głowie się nie mieści. Słyszałam, że niekiedy Pierwsza Komunia wiąże się z pobraniem kredytu, czy to na samo jej urządzenie, czy też na prezenty. Przypomina mi to pewne porzekadło „zastaw się, a postaw się”.
Takie czasem ludzie mają podejście, bo jak będzie skromnie, to co inni powiedzą.
Ja wiem, że nie  wszyscy mają taką możliwość, chociażby rodziny mieszkające w blokach, w których dość często nie ma zbyt dużo miejsca na co dzień, a co dopiero żeby zrobić przyjęcie Komunijne. Niektórzy decydują się na lokal, żeby się nie narobić i nie mieć bałaganu w domu. Ot czysta wygoda i skoro mają na to fundusze, więc nie ma żadnego problemu.
Komunia mojego syna odbyła się w domu. Z racji tego, że było w nim sporo pomieszczeń jak i  dużo miejsca na polu, wszyscy czuli się swobodnie i mieli gdzie rozprostować kości :)  Do pomocy miałam zamówiona panią, która okazała się bardzo przydatna, dzięki temu mogłam spokojnie zająć się gośćmi i w pełni uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu mojego syna.

I jeszcze jedną ważną sprawą na jaką zwróciłam uwagę są stroje Pierwszokomunijne. Tam gdzie są tuniki dla chłopców i dziewczynek jest dobrze, wszyscy wyglądają w miarę jednakowo, a zarazem pięknie i wyjątkowo. Jednak z opowiadań słyszałam, że nie jest tak wszędzie do końca sielankowo. Nieraz, którąś z matek ponosi próżność i chęć wyróżnienia swojego dziecka z tłumu, ubierając córcię całkiem inaczej, niż to było ustalone. Mam oczywiście na myśli wykwintne i bogato przystrojone suknie.  Przypuszczam, że pozostałe dziewczynki, tak jak my kiedyś, zazdrościły swej koleżance jej pięknej sukni, jaką miała na sobie w dniu Komunii. Pytanie, czy owa wyróżniająca się dziewczynka czuła się z tym dobrze? A może było jej przykro, że wygląda całkiem inaczej niż jej rówieśniczki, które bynajmniej nie były, przez tą całą sytuację, przyjaźnie do niej nastawione.

Bardzo jestem ciekawa, co o tym wszystkim sądzicie.
I jakie macie doświadczenia związane z tematem Pierwszej Komunii Św.

Śmiercionośna maszyna …

Dziś będzie bardzo smutno, prawdziwie i drastycznie ……

Pewnie zastanawiacie się jakież to ustrojstwo mam na myśli? A niektórzy może już coś podejrzewają? No to, żeby zaspokoić Waszą ciekawość napisze krótko, MOTOR.
Jako, że wiosna zawitała i cieplej się zrobiło, wyruszyły ze swych garaży żwawo na ulice miast i nie tylko, na co psioczą niektórzy kierowcy samochodów. Bardzo nie lubię tego, jak stojąc w korku, nagle wyłania się obok mnie, nie wiadomo skąd, taka maszyna i pcha się między autami. Nieraz, aż ciarki mnie przechodzą, jak widzę, gdy motocyklista idzie na żywioł wyprzedzając inny pojazd, a z przeciwka coś nadjeżdża, lub wymuszając pierwszeństwo, myślę sobie wtedy, zdąży, czy nie zdąży. Wystarczy mały kamyczek, ba, nawet żwirek, czy nagła utrata równowagi i nieszczęście gotowe. Słyszałam, że kierowcy motorów często, mają zamontowaną taką żyłkę przy kasku, która podczas uderzenia podcina gardło, by kierowca od razu stracił życie bez cierpienia. Niektórzy mają też w kasku zamontowane kamerki i nagrywają swoje przejażdżki, niekiedy niestety nagrywając własną śmierć.

Tak było w tym przypadku, zobaczcie ……   :(



Uważam, że sposób jazdy zależy dużo od wieku.
Znajomy męża, zapalony motocyklista, właściciel pięknego ścigacza, powiedział kiedyś, że, gdy był młody i głupi, to tak właśnie sobie szarżował i kusił los. Na szczęście, jednak nic mu się nie stało, i nie chcę nawet myśleć, ileż to osób nie miało tyle szczęścia. Szpan, wyluzowanie, a do tego brak wyobraźni i odpowiedzialności bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i ogładą.
Dziś ów kolega jest dużo starszy, można powiedzieć o 20 lat i mówi, że dopiero teraz, tak na prawdę, dojrzał do jazdy na motorze. Już tak nie szaleje, nie kusi losu, lecz bardziej rozsądnie i rozważnie z dużą uwagą podchodzi do swoich przejażdżek. Można by rzec, że bardziej mu zależy na życiu, niż wtedy, gdy był dużo młodszy.

Zapewne słyszeliście, że mamy wiele rodzai tych dwukołowych potworów, począwszy od skuterów, ścigaczy, poprzez choppery (czopery), a skończywszy na Motocrossach. Jest, to głównie zabawka, którą najczęściej posiadają mężczyźni, chociaż coraz częściej słyszy się, że i kobiety lubią tego typu środek transportu :)

Powiem Wam, że jak byłam jeszcze taką smarkulą, a potem podlotkiem, to lubiłam przejażdżki na motorze. Nie byłam wtedy jeszcze tak świadoma, czym może taka przyjemność grozić. Woził mnie wujek, woziło kuzynostwo, ale wszystko odbywało się całkiem bezpiecznie.
Natomiast, gdy dużo później, parę razy przewiózł mnie chłopak mojej psiapsióły, to już nie było tak całkiem  spokojnie. W jazdę wkradała się brawura i zbyt duża prędkość. Wtedy mi się to podobało, ale patrząc z perspektywy czasu, nie wiem, czy teraz bym się odważyła na taką przejażdżkę.
Człowiek z biegiem lat nabiera pewnego dystansu do życia, staje się bardziej zrównoważony, rozsądny i odpowiedzialny. Doświadczenie, które nabywa wraz z wiekiem, uświadamia co może się wydarzyć, gdy zbyt nieumiejętnie i nierozważnie podchodzi się do pewnych spraw.

Mi podobają się ścigacze, mężowi Choppery, ale na szczęście nie mamy funduszy na takie zabawki, więc możemy spać spokojnie ;)
Syn, natomiast był posiadaczem dwóch skuterów. Miał nawet dwa, na szczęście nie groźne wypadki, nie ze swojej winy.
Pierwszy, gdy syn ustawiając się do skrętu w prawo, miał zielona strzałkę, nagle w obok stojącym samochodzie otworzyły się drzwi uderzając w nadjeżdżającego syna, który wywrócił się wraz ze skuterem. Skończyło się na siniakach i otarciach.

Drugi zaś wyglądał poważniej, mianowicie, syn jechał prosto główną drogą i na skrzyżowaniu, nagle z bocznej drogi, z jego lewej strony wyjechała kobieta samochodem, uderzając w skuter syna, który wywrócił się. Dobrze, że podczas jazdy młody miał zawsze na głowie kask. To jest ważne, nawet, gdy jedzie się gdzieś bardzo blisko.
Kobieta twierdziła, że nie zauważyła nadjeżdżającego skutera. Jednak zachowała się bardzo w porządku, zatrzymała się, udzieliła chłopakowi pomocy i zadzwoniła po policje i karetkę. Po telefonie od ratowników medycznych nogi się pode mną ugięły. Jednak po szybkim przybyciu na miejsce (wypadek stał się niedaleko od domu) okazało się, że nic groźnego się nie stało. Pogotowie zabrało jednak syna do szpitala, gdzie po badaniach potwierdzono, że nic poważnego oprócz siniaków i otarć nie wykryto.
Od tego czasu minęło kilka lat. Syn w międzyczasie zrobił prawo jazdy i teraz jeździ bezpieczniejszym pojazdem. Natomiast ma zapowiedziane, że motor może sobie kupić po moim trupie :)

Na drogach ginie bardzo dużo motocyklistów. Podczas jakiegokolwiek wypadku kierowca motoru uderza bezpośrednio swoim ciałem. W samochodzie jest inaczej, osłania nas mimo wszystko karoseria pojazdu, więc często jest szansa na wyjście z wypadku bez większych obrażeń, co po motocyklowej kolizji jest rzeczą niemożliwą. Najczęściej kończy się to śmiercią, bądź trwałym i całkowitym kalectwem.

Na koniec, mocno wsłuchajcie się w słowa pewnej smutnej i prawdziwej piosenki ….


Chciałam życzyć wszystkim przede wszystkim rozważnego i bezpiecznego wypoczywania oraz udanego i miłego weekendu majowego :)

Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji … odcinek 2

Święta, święta i po świętach. Czas przelatuje nam między palcami szybko i nieubłaganie.
A ja znów siedzę i pisząc wspominam ten ostatni feralny pobyt nad morzem.

Pierwszą część już mam za sobą, a jeżeli ktoś nie czytał to zachęcam … odcinek I

A teraz ZAPRASZAM na odcinek 2 …

Brzuch cały czas mnie bolał, przez co droga strasznie mi się dłużyła. Panowie z karetki transportowej jechali co prawda na skróty, ale i tak trwało to około godziny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Na szczęście na SORze było mało ludzi, więc szybko zostałam przyjęta, lecz niestety wakacje, czas urlopowy przyczynił się do zbyt małej liczby  personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy. Wyobraźcie sobie, że w tym dniu przypadał jeden chirurg na SOR, oddział i blok operacyjny. Jak dla mnie totalna porażka. Przyjęli mnie bardzo sympatyczni ratownicy, którzy cały czas się mną zajmowali i nawet pozwolili mężowi siedzieć przy mnie. Mój stan ciągle się pogarszał, więc ratownicy próbowali usilnie skontaktować się z lekarzem, który cały czas operował. Jednak, gdy po zmierzeniu ciśnienia okazało się, że spadło do 70/40 (a idealne jest 120/80) i saturacja do 70% zaczęli działać na własna rękę. Podłączyli mi płyny w kroplówce i podali mocniejsze przeciwbólowe, mówiąc, że nie mogą już dłużej czekać, bo mój stan zagraża życiu. Na szczęście po jakimś czasie funkcje życiowe zaczęły się poprawiać.

Na lekarza czekałam 6 godzin. Przez chwilę udało mi się zasnąć. Po przebudzeniu zauważyłam, że ratownicy się zmienili. Byli bardzo nieuprzejmi, wygonili męża, a jak próbowałam ich prosić, by go zawołali, bo lepiej się czuję jak jest przy mnie, to się wydarli, że nie wolno mu tu przebywać. Zapewne tak jest, ale dlaczego tamci poprzednicy potrafili być tacy ludzcy, pomóc, powiedzieć coś miłego, a Ci jak takie chamidła z mordą do cierpiącej osoby.
W między czasie przywieźli jakiegoś pijaka, który się przewrócił i miał rozbite czoło. Położyli go obok mnie nie oddzielając nas żadnym parawanem. Gościu wydziwiał niesamowicie. Starałam się cały czas odwracać głowę i zatykać nos, bo strasznie od niego śmierdziało. Rozebrał się do naga i potem się ubierał na nowo. W związku z tym, że nie trzymał moczu założyli mu pampersa, którego zdjął, przy czym odwrócił się do mnie dupskiem i zesikał się na swoje łóżko :(  Myślałam, że zwymiotuję. Poprosiłam niemiłych ratowników by mnie przewieźli dalej od tego gościa i postawili parawan. Na szczęście tak zrobili. Wiecie co, ja wszystko rozumiem, że pijak to też człowiek, ale dlaczego nie trzymają ich osobno od innych poważnie chorych? Przecież nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i czy coś nie zrobi drugiej osobie, a poza tym nie jest przyjemnie znosić jego żenujące pijackie zachowanie i wąchać jego smrody. Według mnie SOR powinien mieć taką szpitalną izbę wytrzeźwień i tam tacy delikwenci powinni być trzymani.

W oczekiwaniu na chirurga przywieźli helikopterem młodego chłopaka, który był w ciężkim stanie po wypadku na motorze. Zlecieli się anestezjolodzy i lekarze z innych oddziałów, by go reanimować. Nie wiem co się z nim stało, bo zaraz zabrali go na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej).
Wreszcie pokazał się chirurg. Zlecił mi USG brzucha. Po badaniu powiedział, że najprawdopodobniej jest to wyrostek. Oczywiście ja i mój mąż nie zgadzaliśmy się z diagnozą. Przedstawiliśmy lekarzowi historię sprzed roku, którą opisywałam wcześniej ( KLIK w kilku częściach, oraz karty informacyjne z poprzedniego pobytu w szpitalu dotyczące właśnie tych moich boleści brzucha. Oczywiście nie docierało do lekarza to co mówiliśmy. Powiedział krótko, że konieczna jest operacja wycięcia wyrostka i daje nam chwilę na zastanowienie się. Po chwili przyszedł niefajny ratownik i z szyderczym uśmiechem powiedział do nas: „o widzę, że pacjent chce być mądrzejszy od lekarza”.
Odpowiedziałam: - Żeby pan wiedział. Od dziecka choruję i wiem o sobie i moich chorobach więcej niż lekarze, mało tego znam swój organizm na wylot.
Ratownik zrobił głupia minę i poszedł sobie. Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, bo czułam, że to nie jest wyrostek. Po rozmowie z mężem zdecydowałam się jednak na zabieg, bo chciałam żeby przestało boleć, bo miałam nadzieję, że jak mnie otworzą, to wszystko się wyjaśni i mi pomogą.

Po chwili zawieziono mnie na oddział i tam zaczęto przygotowywać do zabiegu. Pielęgniarki były bardzo sympatyczne i pomocne. Zaczęłam z nimi rozmawiać i jedna taka wesoła powiedziała mi, że jak mnie na początku zobaczyła, to pomyślała, że jestem murzynem i zaczęła się zastanawiać, jak ona się ze mną dogada    :)
Pewnie Was to zdziwiło dlaczego ona tak pomyślała? Otóż moja bujna i kręta szopa na głowie, plus mocna opalenizna, widoczna wieczorową porą, oznaczała jedno, MURZYN   :)
Sytuacja szybko się wyjaśniła, gdy spojrzały w moje dokumenty, okazało się, że to tylko JA.
Mąż był bardzo zmęczony od 5:30 cały czas na nogach i w pełnej gotowości. Zdenerwowany, głodny bez dachu nad głową. Poprosił ową wesołą pielęgniarkę podając swój numer telefonu, żeby dała mu znać jak będę już po zabiegu, bo on musi iść znaleźć sobie jakiś nocleg, bo jest bardzo późno, a były to godziny nocne. Pielęgniarka zgodziła się bez problemu. Po około 30 minutach zabrały mnie na blok operacyjny. P. odprowadził mnie pod same drzwi i pożegnał się słowami: „Nie martw się wszystko będzie dobrze, na pewno się uda i już nie będziesz cierpiała. Kocham Cię i po zabiegu się zobaczymy”.
Niestety nie udało się i nic nie było dobrze. Nie byłam świadoma tego, że moje cierpienie dopiero się zacznie.